Francja – mój Paryż | Świat PR

Francja – mój Paryż

Pierwszy raz jechałem do Paryża pociągiem. Mimo oczywistego znużenia wielogodzinną monotonią jazdy byłem niesłychanie podekscytowany i podniecony tym co mnie może tu spotkać. I właśnie chyba wówczas po raz pierwszy odczułem wielką magię tego miasta, które przez stulecia przyciągało jak magnes niepoliczalne tłumy zarówno tych, którzy liczyli tu na swoje szczęście, karierę czy takich jak ja - dla których miasto to stanowiło zarówno wyzwanie, jak i miało stać się przygodą. Wówczas jeszcze wydawało mi się, że przygodą życia.

Chciałbym ujrzeć miasto Paryż - wielokroć nucił mój ojciec przy goleniu. Ja też chciałem i ta chwila miała właśnie nadejść, a myśli kłębiły się po głowie jak szalone.

Pierwsze zaskoczenie czekało mnie już na dworcu. Wyglądał jak inne tyle, że wydawał się bardziej czysty. To jednak uświadomiłem sobie dopiero później. Po wyjściu z wagonu porwał mnie bowiem z peronu tłum i „wypluł" dopiero w ogromnej hali. I dopiero tu poczułem się naprawdę zagubiony... Jak sobie dam radę z moją minimalną znajomością języka i z tymi niewielkimi zasobami - przezornie poukrywanymi po kilku kieszeniach - franków?

W dodatku jako przybyszowi z „za żelaznej kurtyny" wydawało się mi, że wszyscy mi się tu przyglądają, patrzą na mnie i lada chwila zaczną nawet wytykać palcami.

Z trudem wyksztusiłem swoje pierwsze pytanie wybierając instynktownie chyba równie jak ja rozgarniętą osobę. Oczywiście mój interlokutor pytania chyba nawet nie potrafił zrozumieć chociaż - bardzo się starał. Ron okazał się Walijczykiem, który umówił się tu z poznaną listownie Niemka, studentką z Haidelbergu mającą w dodatku przyjechać tym samym co i ja pociągiem.

Hildę znaleźliśmy nadzwyczaj łatwo. Miała ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, włosy koloru dojrzałego żyta i mogła spokojnie obu nas i nasze bagaże wziąć pod pachę. I rzeczywiście nieomal tak się stało. Mimo, że Ron chciał imponować swoją znajomością miasta - wszak był tu już wówczas od ponad tygodnia - to właśnie Hilda objęła przywództwo nad naszą - pożal się Boże -międzynarodową grupą.

Dzisiaj, po ponad ćwierćwieczu sam się sobie dziwię jak my się między sobą wówczas porozumiewaliśmy. Żadne, tak naprawdę, nie mówiło językiem zrozumiałym dla drugiego, ale razem postanowiliśmy rzucić wyzwanie najwspanialszemu Miastu świata. Różniło nas też dosłownie wszystko, ale mieliśmy to coś, czego nie można nabyć za żadne pieniądze świata - po dwadzieścia lat.

Oszczędzając na czym się dało, przede wszystkim na transporcie, poznawaliśmy Miasto robiąc razem coraz dalsze piesze wycieczki. Przyznać się muszę, że największym dla mnie zaskoczeniem było nie to jak wygląda wieczorem Pigalle, ale fakt, że Pola Elizejskie i wieżę Eiffla - choć tak sobie bliskie - dzieli jednak nurt Sekwany. Kolejnym - stosunkowo mało zieleni. Następnie przyszło zadziwienie życiem prawdziwej bohemy na nadsekwańskich bulwarach, a także totalny brak zainteresowania Paryżan Paryżem.

Mimo jeszcze kilku późniejszych wizyt w stolicy Francji, mimo rozmaitych atrakcji, jakie oferowano mi później: drogich hoteli, klimatyzowanych aut czy naprawdę wysokiej klasy przewodników w moim Paryżu będzie zawsze panowało gorące lato 76.

Jesienią wróciłem do Polski odmieniony. Jak wymagało prawo oddałem paszport i psiocząc na swój parszywy los poszedłem odebrać należne mi bony na cukier. Długo jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z tego faktu, ze owe bony też będą stanowić przełom i wyznaczą początek długiej drogi, u kresu której cała nieomal Europa stanie się wreszcie naszym wspólnym, wspaniałym dziedzictwem, które poznawać będziemy mogli bez wcześniejszych problemów i przeszkód.

Od tamtych wakacji jestem po prostu w Paryżu zakochany. Szkoda tylko, że chyba bez wzajemności...

Tekst: Krzysztof Łukaszewicz

Tekst publikowany na łamach magazynu "Świat Podróże Kultura" w numerze listopad 2004.

...