Indonezja – płoną pogrzebowe stosy… | Świat PR

Indonezja – płoną pogrzebowe stosy…

Wychodząc jednak poza regiony kultury zachodnioeuropejskiej, odkryjemy odmienny sposób reagowania na śmierć oraz różny od naszego stosunek do niej. Tam, gdzie stosy wciąż płoną, a właściwie nigdy nie gasną, czerń zastępuje gra kolorów, łzy - niewybredne żarty, a smutek - pasja istnienia...
Mieszkając przez rok na Bali, gdzie studiowałam na Uniwersytecie Udayana w Denpasar język indonezyjski (Bahasa Indonesia), miałam okazję poznać kulturę balijską oraz inne spojrzenie na świat i prawa natury.

krem450_5

Ciało i dusza
Wedle hinduizmu balijskiego, ciało ludzkie jest mikrojednostką wszechświata, złożoną z tych samych, co on pięciu elementów: powietrza, ziemi, ognia, wody i przestrzeni. Konstrukt ten uważany jest za czasowe schronienie dla atmana, czyli nieśmiertelnej duszy. Z chwilą, gdy umiera ciało, nawiązując do założeń samsary - reinkarnacji, atman znajdzie schronienie w innym żywym organizmie. Zanim to jednak nastąpi może przez pewien okres przebywać w nereka - piekle, suarga - niebie, bądź też osiągnąć mokse - najwyższe zjednoczenie z bogiem.

Jednakże atman nie może natychmiast po śmierci fizycznej opuścić ciała, jakie zamieszkiwał. Wedle wierzeń Balijczyków, przybiera on początkowo formę ducha pilnującego ciało i mogącego nawet szkodzić rodzinie oraz bliskim zmarłego, jeśli zaniedbają oni swe obowiązki wobec niego. Dopiero po całkowitym zespoleniu się ciała z makrokosmosem, co następuje podczas spalenia zwłok, atman może zostać uwolniony.
Jednym z najbardziej spektakularnych wydarzeń, w jakim udało mi się uczestniczyć, była kremacja członka rodziny królewskiej z Ubud - miasta położonego w centralnej części Bali, słynącego z tradycjonalizmu i pieczołowicie przestrzeganego systemu kastowego. Tak się złożyło, iż dość dobrze znałam wspomnianą rodzinę, a nawet więcej - z wieloma jej przedstawicielami przyjaźniłam się, toteż traktowano mnie nie jak turystę, lecz jako członka społeczności.

Sposób praktykowania religii jest na Bali zupełnie inny niż w Indiach. Tam kremacja musi odbyć się tuż po śmierci, na Bali następuje szereg równie ważnych, jak samo spalenie ciała ceremonii (sakralne obmycie ciała, traktowanie zmarłego jeszcze przed samym spaleniem zwłok jako żywego członka rodziny i zapewnianie mu na ten czas wszelkich udogodnień, np. posiłków, toalety itp.). Tu można także ją odwlec na całe dziesięciolecia (w takim jednak wypadku ciało zostaje pochowane w ziemi, a przed samą ceremonią odkopane). Wszystko to jest uwarunkowane przede wszystkim możliwościami finansowymi, i pozycją (pochodzeniem kastowym) rodziny zmarłego.

krem430_5

Procesja
Przygotowania do procesji w Ubud rozpoczęły się około godziny 10.00. Co prawda procesja miała wyruszyć równo w południe, ale należało wszystkiego dopilnować, bo przecież na pół dnia został całkowicie wstrzymany ruch w obrębie obszaru, na jakim barwny pochód miał się poruszać (zmarły pochodził przecież z jednego z najbardziej wpływowych na Bali rodów ksatria -Tjokorda Sukawati z domu Puri Kantor, kompleksu pałacowego położonego w centrum Ubud).

Przed pałacem pojawiłam się wraz z zaprzyjaźnionymi przedstawicielkami lokalnej arystokracji. Wszyscy, nie wyłączając mnie, byli ubrani w tradycyjne stroje. Zwłaszcza kobiety prezentowały się niezwykle barwnie, ubrane w kolorowe kebaya'e - tradycyjne bluzki oraz swe najlepsze sarongi przepasane selendang'iem - szalem. Dookoła budynku panowało niezwykłe poruszenie, rzesze turystów i lokalna społeczność gromadziły się w oczekiwaniu na rozpoczęcie pochodu prowadzącego do Pura Dałem, świątyni położonej zazwyczaj przy cmentarzu i poświeconej bogini Durdze, małżonce boga Shivy.

Na placu przed pałacem uwagę przyciągały dwie okazałe konstrukcje: bade inaczej wadah, czyli monumentalna wieża kremacyjna symbolizująca całość uniwersum kosmologii balijskiej, na której miało być przenoszone ciało oraz lembu, czyli naturalnej wielkości czarny byk, ozdobiony licznymi ornamentami, a będący sarkofagiem, do którego przed spaleniem włożone zostanie ciało. Jak nakazuje tradycja, lembu może być używane jedynie przez kastę bramińską lub ksatria, chociaż obecnie, w dobie modernizacji i wszechmocnych wpływów demokracji, można pewne namiastki lembu (proste drewniane konstrukcje z głową byka lub miniaturowe byki będące jedynie symbolem, ale nie sarkofagiem) zaobserwować przy okazji pogrzebów członków kast niższych (wesia lub sudra).

Procesję rozpoczynało dwóch pemangku, czyli kapłanów z kasty innej niż bramińska. Oczyszczali oni drogę, jaką dusza miała przemierzać aż do miejsca kremacji przy Pura Dałem. Tuż za pemangku szła orkiestra gamelanów, tradycyjnych instrumentów, których muzyka towarzyszyła przez cały czas uroczystości. Następnie zauważyć można było grupę mężczyzn niosących lance i ubranych w jednolite sarongi. Symbolizowali oni oddział straży, wojowników, mających dodatkowo chronić duszę zmarłego przed niebezpiecznym wpływem złych mocy. Zazwyczaj na miejscu straży pojawiają się tancerze - wojownicy baris gede, sakralnego tańca wykonywanego w czasie palenia się zwłok, a symbolizującego walkę z demonami. W tym jednak przypadku, jak wytłumaczył mi kuzyn zmarłego, Tjokorda Gede Oka Sukawati, wystąpiły pewne utrudnienia i nie udało się zorganizować profesjonalnych tancerzy.

Dary dla bogów
Następnie pojawiła się grupa kobiet niosących na głowach, ułożone w srebrnych naczyniach ofiary, które następnie złożono u stop sarkofagu. Jakże niezwykły kunszt artystyczny wykazują te ręcznie robione kompozycje liści bananowych, kwiatów, owoców i ciasta. Niejednokrotnie widziałam- dla mnie żmudny, a dla balijskich kobiet niezwykle sprawny i prosty proces wytwarzania tych fantazyjnych darów dla bóstw. Coś jednak oderwało moją uwagę od tych bajecznych „dzieł sztuki". Słyszę gromkie i wesołe okrzyki towarzyszące kolejnemu, ważnemu elementowi procesji. Oto grupa mężczyzn niosąca lembu, czyli sarkofag w kształcie byka lub krowy - święty pojazd boga Shivy, żartuje, śmieje się i kołysze sarkofagiem, na którego szczycie siedzi syn księcia, czternastoletni Tjokorda Putra. Lembu powstało na bazie konstrukcji drewniano - metalowej oklejonej masą papierową, potem pomalowano je i ozdobiono barwnymi materiałami. Do jego wnętrza zostaną złożone zwłoki zmarłego.

Wreszcie, tuż za lembu pojawia się niesiona przez mężczyzn wieża kremacyjna, na której szczycie pnie się ku niebu, w tym wypadku 9 (a czasem 11) meru, zmniejszających się ku niebu dachów w kształcie pagody, a symbolizujących świętą górę Indii, Ma-ha Meru.

Dookoła bade panuje jeszcze większe zamieszanie niż dookoła lembu. Na niej, na wysokości maski Bhoma, znajdującej się z tyłu wieży (ma chronić duszę przed demonami), stoi najbliższa męska rodzina zmarłego oraz Pedanda, kapłan z rodziny bramińskiej, poświęcający otaczający go tłum świętą wodą, zwaną tirtaNa każdym skrzyżowaniu dróg wieża kremacyjna jest obracana trzy razy w lewą stronę. Ma to na celu wskazanie duszy właściwej drogi do absolutu. Wreszcie zbliżamy się do cmentarza. Wieża, na której umieszczone są zwłoki ustawiona zostaje w centralnym miejscu placu. Tuż obok niej stoi już kolejna wieża, na której ustawiony będzie sarkofag - lembu, a w nim złożone ciało. Zanim to jednak nastąpi Pedanda dokonuje kolejnego poświęcenia. Wreszcie sarkofag zostaje otwarty. W nim to złożone zostają owinięte w biały całun zwłoki.

Stos
Pedanda odmawia magiczne mantry, a najbliżsi krewni przynoszą kolejne ofiary żegnając się ostatecznie ze zmarłym. Wszyscy oczekują na moment podpalenia stosu. Rozglądam się dookoła i obserwuję reakcje zgromadzonych. Panuje atmosfera sielanki. Na placu znajdują się liczni sprzedawcy zimnych napojów i snack'ow, oferujący towary spragnionym uczestnikom ceremonii. Kobiety siedzące tuż obok mnie chwalą przebieg i rozmach uroczystości. Wzniecony pod wieżą ogień powoli obejmuje sarkofag z ciałem. Przez moment wszyscy zebrani zamierają w bezruchu, by już po chwili zacząć ożywione rozmowy. Towarzyszą im błyski fleszy - to liczni dziennikarze i turyści uwieczniają tę niesamowitą chwilę. Muzyka gamelanów rozbrzmiewa nieustannie pośród pogodnego nastroju. Robi to niesamowite wrażenie. Pierwsze smugi dymu unoszące się nad stosem i płomienie ognia wprowadzają nastrój patosu, ale rozpromienione twarze ludzi, a nawet flirtująca młodzież definitywnie burzy to wrażenie. Nie jest to pierwsza kremacja, w której uczestniczę, lecz wyraźnie różni się od poprzednich, przeze mnie widzianych. Może to siła tradycji regionu, a może fakt, iż zaczęłam wreszcie rozumieć poszczególne elementy i symbolikę obrzędu.

Jest już godzina 16.30. Stos kremacyjny jeszcze do końca nie spłonął, ale my udajemy się już do domów na krótki odpoczynek, kąpiel i zmianę garderoby. No cóż, tutejsze księżniczki traktują to jako konieczny wymóg zachowania świeżości i atrakcyjności. Do
Pura Dałem musimy wrócić na 19.00. Czeka nas jeszcze droga nad morze, do odległego Sanur i wiem, że ten ostatni etap dzisiejszej ceremonii nie skończy się przed 22.00.
Po 19.00 większość uczestników ceremonii oczekuje już na placu. Za chwilę pojawi się Pedanda i będziemy mogli rozpocząć modlitwę oczyszczającą. Wyruszamy do Sanur. Prochy zmarłego oddzielono już od chińskich monet (uang kepeng) i innych nie-dopalonych elementów i po szeregu wypowiedzianych mantr i poświęceniu przez kapłana schowano je w łupinie żółtego orzecha kokosowego oraz owinięto w święte materiały. Teraz rozpoczną swoją drogę ostateczną - muszą powrócić do makrokosmosu. Panuje mrok rozświetlany jedynie przez małe sklepiki oferujące grilowaną kukurydzę, gotowane orzeszki ziemne, czy inne popularne na Bali smakołyki. Jednak pewien element nie pasuje mi do znanego już krajobrazu. Byłam tu zaledwie 2 miesiące wcześniej i nic nie zszokowało mnie aż do tego stopnia. Nieopodal miejsca, gdzie wedle nie tylko tradycji, ale także regulacji władz lokalnych, kulminację swą ma większa część ceremonii pogrzebowych południowo wschodniej i centralnej części wyspy, otwarto nocny klub! Jak się okazało zarówno właściciel, jak i jego bardziej rozebrane niż ubrane pracownice nie pochodzą z Bali, ale z innych wysp, czym tylko można usprawiedliwić ów rażący brak szacunku wobec religii, czy tradycji! Oto sędziwy Pedanda skupiony na modlitwie, a tuż za nim hałaśliwa dyskoteka. Zebrani nie ukrywają swego oburzenia, ale chcąc uniknąć zakłóceń w przebiegu ceremonii tłumią w sobie emocje. Wreszcie słyszę kończące modlitwę dźwięki gunty - świętego dzwoneczka używanego przez Pedanda Shiva (na Bali są jeszcze Pedanda Budha). Kilku najbliższych krewnych zmarłego wsiada do motorowej łodzi i odpływa w głąb morza by tam, przy blasku pochodni, wysypać prochy w otchłań oceanu. Wreszcie ciało powróciło do swych źródeł-Bhuana Agung.

Życie wyznających hinduizm mieszkańców Bali wypełnione jest, a wręcz zdominowane przez cykl ceremonii, z których każda ma zasadnicze znaczenie, a jej dopełnienie decyduje o możliwości dostąpienia kolejnej. Ceremonia kremacji należy jednak do najbardziej spektakularnych, co więcej, ma w sobie pewną niepowtarzalną siłę, rzec można - magię, która nie tylko daje szansę duszy zmarłego na dostąpienie kolejnego, wyższego stopnia w kole karnacji, ale przede wszystkim pozwala na przeżycie misterium istnienia i zupełnie inne spojrzenie na problem śmierci i przemijania.

Tekst i zdjęcia: Monika Galicka

Tekst publikowany na łamach magazynu "Świat Podróże Kultura" w numerze Październik 2004.

...