Słowacka granica

Dość późno zacząłem oglądać prawdziwą Słowację. Poznałem ją głównie dzięki ludziom mieszkającym po drugiej stronie Tatr. Było to już w końcowych latach bezstresowego studenckiego życia, gdy większość z nas w najrozmaitszy sposób starała się choć trochę dorobić do ciągle niewystarczającego „kieszonkowego”.

Byliśmy na wakacjach. Starając się spędzić czas możliwie jak najlepiej, wielokrotnie po prosu naruszaliśmy granicę państwową naszych południowych sąsiadów, by w kulturalnych warunkach usiąść i wypić kilka kufelków - nawiasem mówić doskonałego - piwa. Początkowo zaopatrywaliśmy się w napoje u zaprzyjaźnionych góralskich przemytników. W porozumieniu z WOP-em (a przynajmniej z wieloma jego przedstawicielami), górale przeganiali na tereny CSRS tabuny koni, za które uzyskiwali tam zupełnie „niezłą przebitkę". I chyba trwało by to póki żyłby choćby jeden koń po polskiej stronie, gdyby nie nadgorliwy i nie rozumiejący niczego szef jednego z pogranicznych regionów. Nie bardzo szło mu zrozumieć, że taki już jest styl góralskiego życia, że jeśli nie potrafiła go powstrzymać kara śmierci, jaka w czasie okupacji groziła za podobne procedery, śmieszna grzywna tym bardziej. No ale cóż, major się zawziął, a biedni pogranicznicy, nabijający sienniki pieniędzmi z łapówek, też musieli się czyś wykazać. Myśmy właśnie trafili na taki moment. Przekraczając kilkakrotnie w ciągu doby międzypaństwową granicę, ani nam na myśl nie przyszło, ze stanowimy dogodny pretekst do działań dzielnych żołnierzy wojsk MSW. Jak się później okazało, byliśmy na tyle niebezpiecznymi przestępcami granicznymi, że sił strzegących jednego państwa było na naszą kilkuosobową grupę stanowczo za mało. Do rozpracowania, a następnie ujęcia nas zaangażowały się również siły po stronie czechosłowackiej. Prawdziwi przemytnicy, widząc wzmożony wysiłek zbrojny po obu stronach granicy, zawiesili nawet swój, przynoszący takie krocie, proceder. My nie. Tak jak poprzednio, z uporem godnym lepszej sprawy, szliśmy po prostu na drugą stronę „na piwo".
Trudno nas było jednak namierzyć. Nie dlatego, że w jakiś szczególny sposób się maskowali, lecz zdarzało się nam zostawać u zaprzyjaźnionych Słowaków nieraz po kilka dni, a także wracać najrozmaitszymi drogami. Kilkakrotnie urządzane przez pograniczników zasadzki kończyły się fiaskiem, co jeszcze bardziej utwierdzało obie służby graniczne w przekonaniu o „rozpracowywaniu szczególnie groźnych przestępców". W końcu sami wpadliśmy „idąc nową drogą" wskazaną nam przez jednego z mieszkańców gór. Otoczeni przez prawie trzy dziesiątki uzbrojonych po zęby pograniczników, nie stawialiśmy oporu i zakuci w kajdanki trafiliśmy do aresztu.

aa

Poza dwoma lub trzema butelkami piwa, jakie znaleziono przy każdym z nas, brak było innych, obciążających nas dowodów winy. Na rozprawę nie stawił się nawet nasz „przewodnik", który potraktowany przez współziomków „po swojemu" długo jeszcze lizał rany w szpitalu. Po kilku rozprawach nowotarski sąd skazał nas na śmieszne kary w zawieszeniu oraz - co było bardziej dolegliwe - na kilkadziesiąt godzin pracy społecznej. W jednym - konkretnie moim - przypadku, sąd odstąpił od wymierzenia kary, biorąc pod uwagę moją dotychczasową postawę. W tym czasie od Ministra Spraw Wewnętrznych otrzymałem medal „Za ochronę granic PRL". Nadany mi w nagrodę za wcześniej publikowany króciutki cykl reportaży o pracy wojsk pogranicza.

Tekst: Krzysztof Łukaszewicz

Tekst publikowany na łamach magazynu "Świat Podróże Kultura" w numerze październik 2004.

...