Pieria – z wizytą u greckich bogów

Tu góry spotykają się z morzem, a bogowie olimpijscy czuwają nad światem. Pieria to nie tylko złociste plaże i 70 kilometrów pięknego wybrzeża, ale też wspaniałe dziedzictwo kulturowe i malownicze szlaki turystyczne, bogata infrastruktura z pięknie położonymi obiektami i przede wszystkim ludzie, którzy chętnie dzielą się swoją radością życia, miłością do gór i lokalnej kuchni.

Kłamałabym, twierdząc, że Pieria urzekła mnie od pierwszego wejrzenia. Wyglądając przez okno samochodu wiozącego mnie do Paralii – najsłynniejszej miejscowości greckiej riwiery w Centralnej Macedonii, poczułam się znużona jednostajnym krajobrazem. Płasko i wokół same pola. Jakbym przejeżdżała trasą przez Mazowsze. Innymi słowy, region mnie nie zachwycił.

– Mamy lekkie opóźnienie – zaczyna Alexandros, przewodnik naszej grupy, człowiek o niebywale cierpliwym usposobieniu (jak się później okaże) – dlatego od razu pojedziemy na lunch.

DSC00766

Uczta u Damianosa
I tak trafiamy do tawerny Koukos Inn w wiosce Koukos, gdzie wraz z rodziną podejmuje nas Damianos Pahoupulos, prawdziwy pasjonat lokalnych produktów. Na swojej ziemi uprawia specjalny rodzaj pszenicy o nazwie „zea”, bogatej w proteiny i – jak dumnie podkreśla – zawierającej śladowe ilości glutenu. – Dzisiejsza uczta będzie nawiązaniem do uczty starożytnych bogów – klaszcze w ręce, a na stół wjeżdżają kolejne potrawy. Sery, mięsa, makarony, sosy i oczywiście dużo, dużo wina. Wiem, że nie powinnam już więcej jeść, ale nie mogę się pohamować! Wszystko smakuje wyśmienicie. I do tego jest pięknie podane. No dobrze, jeszcze mam trochę miejsca na odrobinę pasty z bakłażana. I maleńki kawałek pieczonego kurczaka. I arbuza.

DSC00703_Molos-Beach-Bar

I zaraz pęknę.
Toczymy się niespiesznie do samochodu objedzeni do granic możliwości. I wtedy Alexandros mówi: – Teraz jedziemy trochę wypocząć i spotykamy się za niecałe trzy godziny. – Mimo że dzierżę w ręku plan wyprawy, naiwnie pytam, co nas czeka. – Jak to co? – dziwi się Alexandros. – Kolacja!

Fotolia_106690624_M

Wyprawa na Olimp
Vasilis przygląda się chwilę naszej czteroosobowej grupce, a następnie otwiera bagażnik, z którego wyjmuje kijki trekkingowe. – No, nie żartuj – patrzymy na niego jak na wariata. – Nie jesteśmy tak starzy, żeby ich potrzebować, damy sobie radę bez nich – powtarzamy butnie. W rezultacie każdy z nas rusza na wyprawę z kijkiem w ręku. Parę godzin później wiemy już, że bez nich nie dalibyśmy rady. Bo dziś od rana zdobywamy Olimp. Słońce pali niemiłosiernie, kamienie wrzynają się w cienką podeszwę tenisówek (co za błąd!) i tylko myśl o tym, że spalę wszystko, co wczoraj zjadłam, motywuje mnie do dalszej wspinaczki. Nie jest lekko, ale po półgodzinie łapię rytm i wyprawa zaczyna mi się podobać. Dowiaduję się, że w 1938 roku Olimp został objęty ochroną. Malowniczy Park Narodowy zamieszkują liczne gatunki ssaków, ptaków oraz płazów i motyli, a na jego terenie występuje ponad 17 tys. roślin. Muszę przyznać, jest pięknie.

Naszym celem jest drewniany kiosk na szczycie Golny (935 m n.p.m.), gdzie możemy skryć się w cieniu i odpocząć. Jesteśmy wykończeni, choć przeszliśmy zaledwie 1/3 drogi. Na najwyższy szczyt – Mitakas, wznoszący się na 2918 m n.p.m., wchodzą bardziej zaprawieni trekkerzy. A nasza czwórka pismaków na pewno do nich nie należy. Podziwiamy panoramę okolicy i ładujemy akumulatory. Nasz przewodnik w ogóle nie wydaje się być zmęczony. Dla niego to normalka. – Po raz pierwszy wszedłem na najwyższy szczyt, kiedy miałem 7 lat. To dziadek zaszczepił we mnie miłość do gór – wspomina z uśmiechem. I dlatego Vasilis Diamantopoulos, prowadzący grupy dla Guide Olymp, zna górę jak własną kieszeń i twierdzi, że mógłby ją pokonać z zamkniętymi oczami. Mimo to zawsze ma przy sobie mapę, kompas i małe radyjko. Bo wobec gór należy zachować pokorę.

DSC00703_Molos-Beach-Bar

Tętniąca życiem Paralia
Jesteśmy zmęczeni, spoceni, ale niezwykle z siebie zadowoleni, gdy niemal dwie godziny później docieramy do miasteczka Litochoro, skąd rozpoczęliśmy podbój Olimpu. Tu spotykamy się z Alexandrosem, który w nagrodę zabiera nas do Molos, najmodniejszego beach baru w regionie Pierii. Wszak zasłużyliśmy na orzeźwiające mojito! Z głośników płynie muzyka przenosząca nas w czasy ery disco lat 70. Po plaży paradują muskularni mężczyźni, a stroje kobiet przypominają te wyjęte z pokazów strojów kąpielowych Victoria’s Secret. Szyk i styl! Późnym popołudniem Molos pustoszeje. Zapełni się znowu za kilka godzin. Nie będzie nam dane tego zobaczyć, opiekunowie mają wobec nas inne plany. Niespełna dwie godziny później kroczymy promenadą spacerową Paralii, która wieczorami tętni życiem. Sklepiki, kawiarnie i tawerny wypełniają się ludźmi, którzy tak jak i my dopiero zaczynają swój wieczór. A intuicja mi podpowiada, że ten należeć będzie do udanych! Brodzimy stopami w piasku, delektując się lokalnymi specjałami podanymi w restauracji Zografos leżącej tuż przy plaży. – Jedz, jedz – namawia mnie Yorgos, nasz gospodarz. – Czeka nas długa noc – uśmiecha się, wznosząc kolejny kieliszek wina. I faktycznie, wieczór dopiero nabiera rozpędu. – Czy nie mieliśmy odwiedzić jakiegoś klubu? – pyta jeden z moich towarzyszy, gdy siadamy na drinka w jakimś barze. – Zgadza się – przytakuje Yorgos – ale jeszcze jest za wcześnie.

Patrzymy na zegarki. Dochodzi północ.
Do Gold Club – imprezowej mekki na obrzeżach Paralii – wyruszamy ok. 1 w nocy. Już z daleka oślepiają nas światła. Tłum spragnionych wrażeń balangowiczów pcha się do wejścia. To jedno z tych miejsc, w których warto się pokazać. Dziękuję sobie w duchu, że w ostatniej chwili wrzuciłam do walizki fajną sukienkę.

Pamiątki starożytności
Im więcej czasu spędzam w Pierii, tym bardziej ją doceniam. To miejsce, które można odwiedzić o każdej porze roku i atrakcji nie zabraknie. Miłośnicy przyrody mogą podziwiać rezerwaty wodne, w tym Aliakmonas, Nei Pori i Aliki Kitrous, przy czym ten ostatni znany jest z gromadzących się tutaj różowych flamingów. Pragnący wypocząć na czystych złocistych plażach z płytkimi wodami mogą wybierać spośród 16 rozciągających się na 70 km wybrzeża. Dodam jeszcze do tego rozbudowaną infrastrukturę, wspaniałe dziedzictwo kulturowe i malownicze szlaki turystyczne. Pokonując je, można m.in. zobaczyć tradycyjne wioski z kamiennymi domami, małe kapliczki oraz słynne stanowiska archeologiczne. Jednym z najważniejszych jest Dion, tzw. miasto Zeusa, święte miasto starożytnych Macedończyków położone ok. 15 km na południowy zachód od Katerini, stolicy Pierii. Prócz pozostałości domów, sklepów i budynków publicznych, można tu zobaczyć liczne świątynie bogów olimpijskich, willę Dionizosa, łaźnie rzymskie, a także teatr, w którym co roku ma miejsce Międzynarodowy Festiwal Olimpu. W tym czasie odbywają się spektakle teatralne, koncerty, a także występy taneczne. Część przedstawień w ramach festiwalu można również oglądać w bizantyjskiej twierdzy Platamonas.

DSC00761_oregano

Niedzielne popołudnie w winnicy
Ale jak można rozprawiać o greckich bogach, nie mając w ręku kieliszka wina? W tym celu udajemy się do wioski Rachi. Po drodze podziwiamy piękne krajobrazy falujących zielono-złotych wzgórz, które w niczym nie przypominają tych z początku mojej podróży. W winnicy „Oinovion” wita nas właściciel, Apostolos Kourtis, który na pierwszy rzut oka bardziej przypomina rockmana niż winiarza. Oprowadza nas po swojej piwniczce, a następnie serwuje pięć rodzajów produkowanego przez siebie wina wraz z lokalnymi specjałami, w tym z przepysznym owczym serem polanym oliwą i posypanym ususzonym na miejscu oregano. Nie mogę wyobrazić sobie lepszego sposobu na spędzenie słonecznego, niedzielnego popołudnia. Bo i po co, skoro tu jest cudownie?

Tekst i zdjęcia: Agnieszka Zawistowska

...