Dawid Czupryński gwiazda serialu “Na wspólnej” opowiada o podróżowaniu autostopem

Czy to był pomysł ad hoc, czy planowana podroż życia?
Dawid Czupryński (DC)⇒ Wynikło to z faktu, że producenci serialu zaproponowali wybranym aktorom, żeby przesyłali jakieś ciekawe zdjęcia i inne materiały z miejsc, w których spędzają wakacje. Miały być one publikowane na portalach społecznościowych i stronie serialu, aby widz nie tracił kontaktu z bohaterami; taki rodzaj promocji. Koniec końców okazało się, że w wakacje będzie emisja premierowych odcinków, więc nasz pomysł, mój i Michała, wspólnego wyjazdu dobrze komponował się z jednym z wątków serialu, dotyczącym Wietnamczyka, od którego kupowaliśmy pierścionki i srebro, które następnie sprzedawaliśmy z zyskiem; w serialu zarobiliśmy na tym sporo pieniędzy. Chcieliśmy więc uzupełnić asortyment, ale niestety Wietnamczyk zmył się i tu właśnie narodził się pomysł podróży poszukiwawczej. Ustaliliśmy budżet, w tym środki na szczepienia, bilet powrotny i to właściwie tyle. Z TVN dostaliśmy też dwie kamery (gopro i handycam) w celu dokumentacji eskapady. Pojechaliśmy jako Bruno i Norbert. Opracowaliśmy najdogodniejszą trasę – zależało nam na powrocie w jednym kawałku i nie w żadnym sarkofagu (śmiech). Początkowo chcieliśmy jechać przez Rosję, bo tak było by szybciej - Rosja, Mongolia i jesteśmy w Chinach - ale ze względu na gorący okres, wydarzenia na Ukrainie, oni się nie zgodzili, więc obraliśmy ostatecznie trasę przez Bałkany do Bułgarii i Turcji, następnie przez Gruzję i Azerbejdżan. Stamtąd chcieliśmy się promować do Kazachstanu, ale okazało się to niemożliwe, więc przedostaliśmy się z Baku do kazachskiego Aktau. Przejechaliśmy przez cały Kazachstan, żeby dotrzeć do Chin, do Pekinu. Tak to wyglądało w wielkim skrócie.

Ile trwała wasza podróż?
(DC)⇒ Zajęło to nam 5 tygodni, troszeczkę gonił nas czas, ponieważ długo czekaliśmy na decyzję TVN, a pod koniec sierpnia mieliśmy już zaplanowane zdjęcia. Tak, że musieliśmy wrócić dzień wcześniej, żeby zdążyć na plan serialu. Czas podróży z pewnością byłby dłuższy, gdybyśmy wcześniej dostali zielone światełko. Przez 5 tygodni parliśmy cały czas do przodu, szybko, szybko, „Azja Ekspres” – gonił nas czas. Oczywiście dużo po drodze zwiedzaliśmy. Zrobiliśmy 12 tysięcy km stopem i przywieźliśmy ze sobą mnóstwo materiału.

Jakie masz rady dla osób, które chciały by udać się waszymi śladami?(DC)⇒ Przede wszystkim trzeba optymistycznie myśleć, wierzyć w drugiego człowieka, w jego dobroć. Ważne są dobre relacje między sobą, garść szczęścia i jak najmniejszy plecak, jak najmniej wypchany. Im mniej kilogramów na plecach, tym jest lżej - zbędne buty, fatałaszki nie sprawdzają się. Wystarczą podstawowe rzeczy: szybkoschnący ręcznik, a jeżeli chcemy pójść w góry niezbędne są buty trekkingowe, pare skarpetek, trochę bielizny, kilka podkoszulków, para krótkich spodenek, para długich spodni, kurtka przeciwdeszczowa, no i przede wszystkim marker po to żeby notować miejsca, do których chcemy pojechać. Duże znaczenie ma strategia łapania stopa. Teraz w XXI w. mamy dostęp do smartfonów z mnóstwem użytecznych aplikacji, np. mapą, na której zaznaczono miejsca, gdzie najlepiej łapać stopa. Rzecz jasna na autostradzie nikt nas nie zabierze, to graniczy z cudem. Dobre miejsca to stacje benzynowe, zatoczki postojowe, punkty poboru opłat, a także skrzyżowania dróg i wylotówki. Miejsce łapania stopa jest istotne, ale i szczęście trzeba mieć. Po pierwszej podróży stopem, w kolejną zabrałem swoją dziewczynę, bo była ciekawa takiej podróży. Miałem plan wrócić do Gruzji, bo jest przepiękna: i morze i góry, a przy tym niezbyt drogo. Chcieliśmy jechać przez Turcję, ale w między czasie wybuchł tam pucz, sytuacja była niepewna, więc spontanicznie polecieliśmy do Grecji i stamtąd stopem udaliśmy się w Meteory – masyw górski w okolicy miasta Kalampaka. Pojechaliśmy na Półwysep Chalcydycki (Chalchidiki), dalej wzdłuż wybrzeża, żeby móc się wykąpać w morzu i… umyć się pod plażowym prysznicem. Z Kalampaki ruszyliśmy do Macedonii, byliśmy m.in. w Skopje. Po atrakcjach macedońskich przyszedł czas na Albanię. To przepiękny kraj, zakochałem się w nim. Polecam południe Albanii nad Morzem Jońskim. Saranda jest dość zatłoczona, to taki Sopot, ale na południe od miasta rozciągają się dziewicze plaże, z których jedna została zaliczona do najpiękniejszych plaż na świecie. Czysty piasek, turkusowe morze, a w pobliżu brzegu znajdują się trzy niewielkie wysepki, na dwie z nich można dojść, a na trzecią można już tylko przepłynąć. Prawdziwy raj!

Kolejny etap podróży wiódł do Czarnogóry, następnie do Bośni i Hercegowiny oraz Chorwacji – skąd wróciliśmy do Polski. Od opuszczenia pokładu samolotu w Grecji jechaliśmy tylko i wyłącznie autostopem, spaliśmy przede wszystkim w namiocie, tylko od czasu do czasu trafialiśmy do jakiegoś hostelu lub hotelu. Trasę zaplanowałem tak, aby wiodła jak najczęściej w pobliżu wody: morza lub jeziora. Ambitnie spisałem sobie najpiękniejsze moim zdaniem miejsca w poszczególnych krajach i liczyłem, że uda się nam je wszystkie zobaczyć, ale tam gdzie docieraliśmy było tak pięknie, że często zatrzymywaliśmy się na dłużej, dwa-trzy dni, nie spieszyliśmy się, więc pierwotny plan nie w pełni zrealizowaliśmy.

Co jest najfajniejsze, a co najmniej fajne w podróżowaniu autostopem?
(DC)⇒ Najmniej przyjemny był brak dostępu do bieżącej wody, bywało, że przez kilka dni nie mieliśmy sposobności umyć się, co przy temperaturze powietrza 40 stopni C jest dosyć niemiłe, szczególnie dla człowieka który przywykł do czystości. Nie lubię jak się wszystko na mnie lepi, a wycieranie się wilgotnymi chusteczkami nie wystarcza. Wiele nocy spędzonych w namiocie również daje się we znaki, brakuje wygodnego łóżka. I po trzecie brakowało własnego kąta, zacisznego azylu, w którym można było się schronić przed ludźmi. To są trzy podstawowe rzeczy, które doceniłem dopiero podczas podróży, na co dzień wydają się oczywiste.

Trzy największe pozytywy to po pierwsze cudowni ludzie, których spotykaliśmy: o wielkim sercu, życzliwi. Często byliśmy zapraszani do prywatnych domów, proponowali nam, w końcu całkowicie obcym przybyszom, gościnę i nocleg. Po drugie nieograniczona swoboda: jedziesz gdzie chcesz, robisz co chcesz i poznajesz piękne zakątki, ciekawe obyczaje, kulturę. Po trzecie odpoczywasz od codziennych spraw i kłopotów. Nie martwisz się o to czy jutro będzie praca czy jej nie będzie; można się od tego odciąć, a skupić się tylko na tym czy uda się złapać stopa.

Opowiedz o swoich wrażeniach kulinarnych, co jedliście, jakie lokalne potrawy wam smakowały?
(DC)⇒ Do gustu przypadły mi tureckie słodycze, np. baklava, w Gruzji smakowały mi najbardziej pierogi chinakli z baraniną wypełnione rosołem. Pyszna jest również czurczchela – nawleczone na nitkę orzechy laskowe zatopione w gęstym soku z winogron. Oczywiście wyborne są gruzińskie wina, ale również lokalny, niezwykle mocny bimber cza-cza, gdy jest gorąco szybko uderza do głowy!

Z Kazachstanu zapamiętałem kobyle mleko i potrawy z baraniny (koniny nie próbowałem), a przede wszystkim pełne słońca, soczyste owoce.

Powiedz coś więcej o Kazachstanie, dla Polaków to przecież egzotyczny i mało znany kraj, położony gdzieś daleko w Azji.
(DC)⇒ To niekończący się step. Jedziesz i widzisz tylko suchą równinę, którą przemierzają wielbłądy i tabuny koni, tudzież pasterze ze stadami baranów. Tamtejsze autostrady wyglądają jak zwykłe lokalne drogi z jednym lub dwoma pasami ruchu. Zjazdy z autostrady wiodą w głąb stepu, to prawdziwe wertepy, które ciągną się przez kilkadziesiąt kilometrów i prowadzą do kolejnej asfaltowej drogi. Porażające są tam odległości: miasta oddalone są od siebie nawet o 500 km. Nocowaliśmy w wielu dzikich miejscach, pod rozgwieżdżonym niebem. Gdzieś po drodze widzieliśmy Bajkonur, byliśmy nad zanikającym jeziorem Aralskim – poznaliśmy tam wspaniałych ludzi, którzy kilkukrotnie udzielali nam gościny. Poznaliśmy ich rodziny, a bywało i tak, że chcieli nas wyswatać! Chociaż to muzułmanie, to na suto zastawionych stołach nie brakowało również trunków, ale trzeba przyznać, że młodzież nie piła alkoholu, starsi ojcowie rodzin byli bardziej skłonni…

Zachwyciło mnie przepięknie położone u stóp pasma górskiego Tienszanu miasto Ałmaty. Weszliśmy na jeden ze szczytów, który miał około 3200 m n.p.m., z którego widać było wysokie ośnieżone góry. Pomyślałem wówczas, że jestem wyżej niż najwyższy szczyt w Polsce. W porównaniu z naszym Zakopanem, Ałmaty jest wielką aglomeracją, w końcu to największe miasto Kazachstanu. Znajduje się tam na przykład najwyżej położone lodowisko na świecie.

Kazachstan to kraj wielu kontrastów, z jednej stronie nowoczesna zabudowa miast, a z drugiej tradycyjne jurty, domy koczowników. Zdarzyło nam się nocować w takiej jurcie, widzieliśmy je często w pobliżu dróg. Zatrzymywaliśmy się przy nich by napić się orzeźwiającego kumysu i coś przekąsić.

Czy turyści mogą się czuć bezpiecznie w Kazachstanie? Jak to oceniasz?
(DC)⇒
Jak już wspomniałem Kazachowie są nastawieni bardzo przyjaźnie. Podczas całej podróży przez ten kraj nie spadł nam włos z głowy, ani przez chwilę nie czuliśmy zagrożenia, raczej czuliśmy się niczym atrakcja turystyczna, wszyscy chcieli nas zobaczyć, przywitać się. Byliśmy takimi maskotkami: robili sobie z nami zdjęcia, pytali skąd jesteśmy. Dla nas Kazachstan był egzotyczny, a my byliśmy egzotyczni dla mieszkających tam ludzi. Okazuje się jednak, że Kazachowie dobrze znają Polaków, spotkaliśmy wiele osób, które wiedziały gdzie jest położony nasz kraj i znały jego historię! Z rozmów z kierowcami, którzy nas podwozili wynikało, że wielu z nich pracowało u Polaków, w polskich firmach. O naszych rodakach wypowiadali się bardzo ciepło, Polska ma z pewnością pozytywny wizerunek w Kazachstanie.

Kazachowie nie wiedzą czym jest auto stop, a mimo to średnio czekaliśmy na podwózkę najwyżej 20-30 minut. Pewnego razu trafiliśmy do wielkiej kopalni odkrywkowej: rozległy krater wyryty w ziemi na dnie którego błyszczało małe jezioro – niesamowity widok. Czasami nasze plany korygowała rzeczywistość: pierwotnie chcieliśmy przedostać się z Aktau nad Morzem Kaspijskim do Chin jak najkrótszą drogą, ale okazało się, że… nie ma tam żadnych dróg. Musieliśmy pojechać daleko na północ, aż pod Uralsk i dopiero stamtąd mogliśmy jechać dalej na wschód, w stronę Ałmaty, dzięki temu zresztą obejrzeliśmy cały kraj, zobaczyliśmy zmieniające się krajobrazy i spotkaliśmy wielu miłych ludzi. Tu jeździ się inaczej niż w Europie, zdarza się, że przez autostradę przechodzi stado krów, więc jest czas żeby przyjrzeć się okolicy.

Ile was kosztowała ta podróż?
(DC)⇒
Około tysiąca złotych wydaliśmy na szczepienia, nie wszystkie były potrzebne, ale zrobiliśmy je profilaktycznie (lepiej dmuchać na zimne). Lotniczy bilet powrotny był drogi, około 2 tysięcy zł, bo późno rezerwowaliśmy, gdybyśmy zrobili to wcześniej kosztował by o połowę mniej. Kolejny wydatek to wizy, nieco ponad tysiąc złotych. Myślę, że te konieczne wydatki nie przekroczyły 4-4,5 tysiąca złotych. W czasie podróży stopem, mieszkając pod namiotem lub u spotkanych ludzi nie wydaliśmy zbyt wiele...

Które kraje wywarły na tobie największe wrażenie? Gdzie chciałbyś powrócić?
(DC)⇒
Gruzja, Kazachstan najchętniej. Wielkie wrażenie zrobił na mnie piękny grobowiec sufickiego świętego Chodży Ahmada Jasawiego, wzniesiony w XIV w. w Turkiestanie (chodzi o miasto w południowym Kazachstanie). To najważniejszy cel pielgrzymek, taka kazachska Mekka. Chętnie wróciłbym także do Chin i Albanii. Gorzej wspominam Azerbejdżan, ale może to tylko moje indywidualne wrażenia. Baku, mówiąc kolokwialnie, dało nam trochę w kość. Próbowaliśmy przepłynąć przez Morze Kaspijskie promem, ale okazało się, że pośrednicy, z którymi to załatwialiśmy byli po prostu zwykłymi bucami, chcieli nas wyrolować finansowo. Chociaż i z tego kraju mamy miłe wspomnienia, na przykład z granicy gruzińsko-azerskiej zabrał nas i jeszcze dwójkę przygodnie spotkanych rodaków, kierowca, który zaprosił nas do siebie, pozwolił nam rozbić namiot na podwórku, zaoferował śniadanie. Generalna zasada jest taka, że im ubożsi ludzie, tym mają więcej serca. Bogate Baku, choć robi wielkie wrażenie, okazało się bardziej bezduszne.

Jakie masz wakacyjne plany na 2017 r.? Ponownie autostop, czy może coś innego?
(DC)⇒
Myślę, że póki mi się to nadal podoba, pojechałbym jeszcze gdzieś stopem. Od kilku lat marzą mi się Azja Południowa i Ameryka Południowa. W pierwszej kolejności Indie, Nepal, Wietnam i Tajlandia.

Co jest wyjątkowego w podróżowaniu autostopem? Dlaczego warto poznawać świat w ten sposób?
(DC)⇒
Cenne jest to, że jeździmy z lokalsami, którzy niejako „od kuchni” pokazują nam swój kraj, tłumaczą obyczaje, zabierają czasami w mniej znane miejsca, do których nie opisuje żaden przewodnik, bo trudno tam dotrzeć i nie mieści się w kanonie sztampowych atrakcji turystycznych. Wyjeżdżając na standardową wycieczkę z biurem podróży tak naprawdę nie poznamy ani kultury ani obyczajów panujących w kraju czy regionie.

Zdarzyły wam się jakieś zabawne sytuacje, coś co was rozśmieszyło?
(DC)⇒
O tak, na przykład jadąc przez Chiny, w punkcie poboru opłat na autostradzie zaatakował nas rój pszczół. Jechaliśmy zdezelowanym tirem bez klimatyzacji, który wiózł owoce. Zresztą w kolejce stało więcej wyładowanych owocami ciężarówek, które przyciągnęły chmurę owadów. Zaczęliśmy się oganiać, wszyscy jak jeden mąż zapaliliśmy papierosy, by dymem odstraszyć pszczoły. Jeden z kierowców wybiegł machając rękami i wskoczył do pobliskiego jeziorka, jak w zwariowanej komedii. Otworzyłem drzwi, żeby wygonić owady i nie zauważyłem, że wypadł mi jeden z butów, które wcześniej zdjąłem, bo było gorąco. Zorientowałem się, że go nie mam dopiero po 50 km. Pal sześć buta, ale miałem w nim specjalną przeciwpotną wkładkę, która chroniła przed odparzeniami. Chciałem zawrócić i go szukać, kierowca kręcił głową, że to niemożliwe, bo jedziemy przecież autostradą, a w pobliżu nie ma żadnego zjazdu. Kolega wkurzył się, a ja mu mówię, że wracam, niech jedzie dalej sam. Wysiedliśmy, atmosfera była napięta, ale szybko złapałem samochód, którym dojechaliśmy z powrotem do punktu poboru opłat. Szczelnie otuliłem się ubraniami, założyłem kaptur i pędem pobiegłem przez rój pszczół by poszukać zguby i… znalazłem! Cała sytuacja z perspektywy czasu wydaje się groteskowa, choć wówczas nie było nam do śmiechu.

Czy mieliście kłopot z różnicami kulturowymi? Jakieś nieporozumienia, sytuacje dwuznaczne?
(DC)⇒
Było takie zdarzenie w Baku, przyczepił się do nas człowiek, który za wszelką ceną starał się nas naciągnąć. Zabrał nas w piękne, ale dziwne miejsce, na sam koniuszek półwyspu, na którym położone jest miasto i zaproponował nam nocleg w opuszczonym domku, który wyglądał jak squat. Facet ciągle nas na coś namawiał, a my odmawialiśmy. W końcu odczepił się, a my zostaliśmy na noc w tym domeczku. Rankiem znowu się pojawił, tym razem ze swoim kolegą i jakimś dzieckiem, dziwacznie to wyglądało, ale odwiózł nas do Baku i rozstaliśmy się w pokoju.

W Kazachstanie pewnego razu przesadziłem z baraniną i kumysem i nieźle się strułem. Byłem przekonany, że dokonam żywota i pochowają mnie w kazachskiej ziemi. Wymiotowałem, zwijałem się z bólu - oszczędzę niemiłych szczegółów. Zwykle posiłek popijaliśmy mocnym alkoholem, na zdrowie, a tym razem zapomniałem to zrobić, może dlatego dopadła mnie niedyspozycja. Mimo, że byłem schorowany, ruszyliśmy dalej. Kierowca zaproponował, ze zabierze nas do szpitala, ale koniec w końcu dotarliśmy gdzieś w szczery step, z dala od cywilizacji. Wyglądało na to, że kierowca pogubił się w tym stepie, błądził, nie wiedział gdzie jechać. Po kilku godzinach dotarliśmy do jakiegoś osiedla i tu nasz szofer stwierdził, że nie możemy dalej jechać i poszedł spać. Ja byłem w malignie, nie wiedziałem co się dzieje i też zasnąłem. Obudziłem się rano całkiem zdrowy, na szczęście, bo poprzedniego dnia wyglądało to naprawdę źle. Kierowca robił pokątne interesy, wymieniał akumulatory na jakieś flaszki. Taka absurdalna sytuacja: ja schodzący, blady, błądzę gdzieś po bezdrożach, zamiast jechać do szpitala i podłączyć się pod kroplówkę. Całe szczęście, że ta przykra przygoda dobrze się skończyła. W końcu pojechaliśmy pod granicę kazachsko-chińską. Kolega poprosił wcześniej szofera, który znał chiński o taki rodzaj listu-przewodnika, który moglibyśmy pokazywać. Miało być w nim napisane, że jesteśmy turystami z Polski, nie mamy pieniędzy na transport i chcemy dojechać do Pekinu. W Chinach dziwiło nas, że niemal za każdym razem, gdy ludzie nas zabierali, to częstowali nas jedzeniem, a nawet zostawiali prowiant i pieniądze. Dopiero gdy dotarliśmy do Xi’an, gdzie znajduje się słynna Terakotowa Armia, w hostelu młodzi ludzie mówiący po angielsku przetłumaczyli list. Co się okazało, kierowca napisał, że jesteśmy z Portugalii i nie mamy środków na życie a jedziemy do Pekinu. Sprawa się wyjaśniła…

Podczas innej podróży, w Bułgarii, też mieliśmy kuriozalną akcję. Zabraliśmy się z Turkiem, który jechał do Stambułu. Pierwsze faux pas nastąpiło, gdy kolega nie zdjął butów w szoferce wysłanej dywanami, kierowcę bardzo to zdenerwowało. Warto zapamiętać, że w tureckich tirach trzeba zdejmować obuwie! Po drodze zatrzymaliśmy się w tureckim zajeździe, ale jeszcze na terenie Bułgarii, gdzie sprzedawano „lewe” paliwo. Żadnych znaków informujących o stacji benzynowej, sprzedaż odbywała się gdzieś na tyłach ponurej szopy, za którą stał stary samochód z pompą na dachu. Zaczęliśmy tą nielegalną operację filmować z ukrycia, ale nie zauważyliśmy, że obiekt był monitorowany. Kierowca szybko nas stamtąd zabrał, ale przy najbliższej okazji wysadził i powiedział, że spotkamy się w umówionym miejscu i tyle go widzieliśmy. Pewnie przez te buty (śmiech).

Rozmawiała Dorota Olendzka
Opracowanie materiału Robert Szewczyk

...