Zależność z wyboru, czyli dlaczego Papuasi nie są samotni

Podróżuję po to, by doświadczać innej perspektywy: tego, co jest z pozoru bardzo daleko, a dotyczy tego, co najbliżej nas. Najbardziej interesuje mnie właśnie to, co jest tak blisko, że aż trudno to zauważyć. Stąd jedno spostrzeżenie z Papui Zachodniej – o byciu niezależnym.

Pojechałam tam sama, bałam się, to jasne. Opowieści o ludożercach, o wojnie domowej, o braku szacunku względem kobiet nie pomagały. „Kobieta na Papui jest warta kilka świń” – słyszałam przed wyjazdem. I choć samotne podróżowanie sprawia mi już coraz mniej radości, to zrobiłam to po raz kolejny, pojechałam w miejsca bez nazw, których reprezentacji w postaci kropki albo choćby plamy nie można znaleźć w internecie. Mój satelitarny lokalizator przestał działać, telefon poddał się w obliczu zbyt dużej wilgotności lasów deszczowych, a jedyną mapą było wyliczanie na palcach kolejnych szczytów pośród gęstej dżungli. Ważniejszą mapą i o wiele bardziej niezawodną byli dla mnie – jak to zwykle w moich wędrówkach – ludzie. To oni kierowali mnie dalej i głębiej do serca swojej codzienności. To oni są dla mnie mapą, a ich historie, za którymi idę, są drogowskazami. Był ze mną też tłumacz, dzięki któremu mogłam tych historii słuchać i próbować je na swój, ograniczony sposób zrozumieć.

Gdzie zostawić plecak?
Kiedy podróżuje się samemu, a sprzęt fotograficzny i filmowy to 2/3 bagażu, zawsze powstaje jeden podstawowy problem: gdzie zostawić plecak. Nie można przy nim cały czas być, trzeba coś z nim zrobić. Nie można zostawić go w hostelu, bo takowego nie ma. Nagle pojęcie „bazy”, chociażby tymczasowej, kurczy się, aż przestaje istnieć. Co może w takim razie być bazą?

Dla mnie taka baza przestaje mieć walory fizycznej obecności. Bazą jest zaufanie. To ono jest moim jedynym gwarantem bezpieczeństwa. W mojej książce o dzisiejszych Majach nazwałam to „zaufaniem na kredyt”, bardzo piękna i rzadka postawa w dużych miastach. Myślę jednak, że w jej obliczu odwagą wcale nie jest udać się na drugi koniec świata do miejsc odciętych od kontaktu z jakąkolwiek infrastrukturą, odwagą jest przełamać się, by takie „zaufanie na kredyt” wprowadzić w codzienność. Tak też robiłam w Papui, ale dzięki mojemu tłumaczowi odkryłam coś jeszcze.

Jechaliśmy autostopem, na pace pick-upa, którego udało się złapać, by wrócić z gór od plemienia Yali. Przed dotarciem do kolejnej rodziny musieliśmy zrobić zapasy żywności, by nie być dla nich ciężarem. Łączyło się to z całodniową wyprawą do miasta, a owa rodzina mieszkała po drodze. „Zostawimy u nich plecaki i potem wrócimy”, powiedział Rufus, mój tłumacz. „Tak nagle pojawimy się, zrzucimy plecaki i wyjdziemy?”. Rufus wzruszył ramionami, jakby to było oczywiste. Tak też się stało i dla mnie było to surrealistyczne doświadczenie.

Samochód zatrzymał się i uprzejmie na nas czekał. Musieliśmy przejść przez płot i wejść do tradycyjnej chaty wodza. Wódz był przybranym synem przewodnika z Jawy, którego nigdy nie widziałam na oczy, ale to on mnie tutaj wysłał. Rufus też znał tego wodza i jedynie to tłumaczyło dla mnie nasze zachowanie.

Zrzuciliśmy plecaki w ich sieni. Jedna kobieta zdążyła wpaść zziajana z pracy w polu. Przywitałyśmy się, jej synek zaplątał się wokół moich nóg, ona miała na sobie sprany T-shirt w amerykańską flagę, w jednej ręce papierosa, w drugiej małe radyjko, na nogach kalosze, a na głowie dredy. Kiedy wracaliśmy w stronę czekającego na nas samochodu, z pola zaczął nadbiegać sam wódz. W kontraście do kobiety był tradycyjnie ubrany, czyli… rozebrany. Miał na sobie tylko kothekę zasłaniającą jego intymne części. Oderwaliśmy go od pracy w polu. Biegł w naszą stronę i coś krzyczał, nie wiedziałam, czy miłego, czy wręcz przeciwnie, ale pomachałam mu przyjaźnie. Chciałam się z nim przywitać, ale Rufus powiedział, że wrócimy tu później i musimy już iść. „Oni zrozumieją”. Pomachałam więc z daleka wodzowi, odczepiłam od swoich nóg synka charyzmatycznej kobiety za zasłoną dymu papierosowego i zniknęłam. Wszystko trwało może kilka minut. Nie mogłam zrozumieć, co tu się stało. „Jak to? Przecież to bardzo niegrzeczne tak się pojawić, zrzucić jakiś ciężar, obarczyć nim kogoś i zniknąć”, powiedziałam do Rufusa. On jednak nie mógł zrozumieć, dlaczego mam z tym problem.

Odwróciłam tę sytuację i wyobraziłam ją sobie w Warszawie. Nie widzę kogoś kilka lat i nagle ta osoba wchodzi bez pytania do mojego domu, by zostawić plecak, bo wróci po zmroku i zostanie u mnie na nie wiadomo ile. Żeby nie być ciężarem zrobi zakupy. Niezłe. Po krótkiej chwili stwierdziłam jednak, że w sumie nie miałabym z tym problemu gdyby to był ktoś, kto jest tak blisko jak rodzina. Co jednak decyduje o takim rodzaju bliskości?

Zostawienie plecaka było paradoksalnie zbudowaniem tej bliskości, narzuceniem jej od samego początku, komunikatem: „traktujcie mnie jak rodzinę, przychodzę od Waszej rodziny, jestem częścią Waszej rodziny. I choć jeszcze o tym nie wiecie, to dowiecie się wtedy, kiedy wrócę.” Dziwne to dla mnie, wręcz niepojęte. Nikt nie zadał pytania: „kiedy wrócicie?”, nikt nie zapytał, dlaczego i po co. Domownicy przyjęli ten fakt jako coś zwykłego. Wyższy poziom „zaufania na kredyt”. Nikt nie pyta nawet, czy wódz sobie życzy wizyty gości, takie pytanie nie istnieje.

Zależność z wyboru
Zrozumiałam wtedy, że ową bliskość można zbudować dzięki zależności. Zostawienie plecaka było okazaniem: „jestem od was w pełni zależna, ale ufam wam”. I to wszystko z wyboru, jako decyzja, a nie przymus sytuacji. Jest to możliwość, ale nie potrzeba. Co ciekawsze, ten rodzaj polegania na sobie, zrzucania na siebie swoich ciężarów wcale przez nich nie jest odbierane jako ciężar, tylko jako coś naturalnego, zwykłego. Oczywiście możliwe to było dzięki temu, że Rufus ich dobrze znał i dzięki temu, że przysłał nas ich przybrany syn. Mieliśmy wejście właśnie jak rodzina. Pomyślałam wtedy, ile można stracić przez bycie niezależnym.

Nasza kultura niezależność punktuje. Jest to coś dobrego. Osoba niezależna jest postrzegana jako zaradna, odnosi sukces. Kobieta niezależna jest kobietą silną, gdyż wcześniej w swoim uzależnieniu od mężczyzn była wykorzystywana i poniżana. Dlaczego bycie zależnym kojarzy nam się właśnie z tym? Z ograniczeniem wolności, z relacją sił i podległością. A co, gdyby bycie zależnym dawało właśnie wolność i głębię doświadczania więzi, o wiele silniejszych jakościowo więzi – bez kalkulacji, bez mierzenia, kto komu i na jakich warunkach, ale tak po prostu w zrozumieniu, szacunku i zaufaniu, bez zadawania pytań „dlaczego” czy „po co”. Czy chęć bycia niezależnym w naszej kulturze nie wynika właśnie z bólu, z tego, że ktoś kiedyś tę zależność zdefiniował jako słabość? A co, gdyby zależność od siebie nawzajem była siłą, wyróżnieniem, zaszczytem?

Nazwałam to moje nowe odkrycie „zależnością z wyboru”. Rodzi się ona, kiedy mamy wybór. Kiedyś relacje budowane były na potrzebach. Małżeństwo potrzebowało siebie nawzajem, aby przetrwać. W tej potrzebie zarysowana była silna zależność, a poprawniej: współzależność. Dzisiaj, kiedy każdy może być niezależny, nie jest to czynnikiem, który łączy z powodów pragmatycznych. Staje się więc wyborem. Możemy być silni, zaradni, niezależni i jednocześnie samotni w tym albo możemy wybrać zależność od kogoś, co w efekcie niesie dużo więcej komplikacji i pytań. Niesie też dużo więcej odpowiedzi o nas samych i o tym, co nas z tymi ludźmi tak naprawdę łączy. „Zależność z wyboru” to takie sprawdzam kultury nowoczesnej, na ile nasza relacja jest prawdziwa, czy tak naprawdę w ogóle istnieje.

Moje podróże do ludów rdzennych zawsze pokazywały mi, że pragmatyka życia jest wartością nadrzędną w budowaniu świata dookoła. Możemy to negować w naszej wygodnej, miejskiej dżungli, ale możemy też dopuścić się pewnej obserwacji. W tych społecznościach wartości zbudowane są na czynach, a nie słowach. Miłość czy przyjaźń nie istnieje jako abstrakcyjny koncept, ale objawia się w czynach. Po doświadczeniu z zostawieniem plecaków u wodza plemienia Dani nauczyłam się właśnie tego: że to jest wybór, w którą rolę się wchodzi. Że ten czyn może być, ale nie musi. I taka właśnie „zależność z wyboru” buduje te abstrakcyjne uczucia i więzi, których żaden filozof, poeta ani pisarz do końca nie opisze, ale każdy z nas cieszy się, że one są, kiedy są. Niech będą! Tego nam z całego serca życzę!

Tekst i zdjęcia: Weronika Mliczewska

...