Chorwacja – wakacje z dzieckiem

Po pokonaniu pięknych gór Słowenii i zdobyciu wszystkich grodów i zamków na szlaku, przekraczamy granicę z Chorwacją. Gdy tylko Kalinka dostrzega wymarzony błękit Adriatyku, skręcamy nad sympatycznie zagospodarowaną plażę na obrzeżach Umag. Pięć sekund i jesteśmy przebrani w stroje kąpielowe i zakładamy specjalne obuwie chroniące stopy przed kamieniami i kolczatkami.

Kolejne pięć sekund i Kalka ląduje w wodzie. Natychmiast cała zanurza się w ciepłym morzu. Błyskawicznie wystawia jednak głowę ponad wodę, prychając „…ale słona!”. No tak, to nie nasz „słodki” Bałtyk. To dla niej zupełnie nowe doświadczenie.

Nie przeszkadza to Kalince w dalszej kąpieli i szalonych skokach w wodzie. Potem bierze prysznic zainstalowany przy kamiennym nabrzeżu, wypija pół butelki słodkiej wody, by zabić słony smak w ustach, i już jest gotowa, by zobaczyć, co kryje się za niewielkim półwyspem. A chowa się tam lodziarnia. Zakotwiczamy na dłuższą chwilę.

Agroturystyczna niespodzianka przy weneckiej perle
Miejsce na kolejny nocleg mamy właśnie w Rovinj. Naszym celem w Chorwacji jest wprawdzie Rijeka i wyspa Krk, ale… miasteczko Rovinj i jego okolice są tak malownicze, że zmieniamy plan. Jeśli uda nam się znaleźć tu ciekawe i niedrogie lokum, maksimum 40 euro za pokój – zostajemy.

Plan prosty i dobry (Kalka, mając morze w zasięgu trzech kroków, ani myśli o dalszej jeździe), ale obłożenie turystami jest tu tak duże, że po godzinie poszukiwań w różnych biurach niemal rezygnujemy. Bo albo ceny są z chmur, albo odległość do wody kosmiczna, albo miejsce, które nam zupełnie nie odpowiada. I kiedy już prawie wsiadamy do auta, miła pani z biura mówi: – Mam tu jedno zgłoszenie dosłownie sprzed chwili, jest gospodarstwo agroturystyczne, 35 euro za dobę, jeśli Wam to odpowiada… – Jasne, że odpowiada. Po chwili jedziemy za wiekowym samochodem, w którym siedzi starszy mężczyzna w stroju i ogólnym stanie wskazującym, że chwilę wcześniej pracował w polu.

Pośród melonów, arbuzów i truskawek
Mijamy zatłoczone centrum, bajeczną zatoczkę z widokiem na stare miasto… i jesteśmy! Jeszcze kilkaset metrów szutrowej drogi w głąb gospodarstwa i stajemy pomiędzy sadem i polem truskawkowym. Dookoła rosną pomidory, arbuzy i melony. Nasz wolno stojący pawilon nie wygląda może imponująco, ale jest łazienka z prysznicem, aneks kuchenny z wszelkim niezbędnym sprzętem, przestronny pokój i południowy tarasik ze stołem i krzesłami wychodzący na pole truskawek. Jest i telewizor z chorwackimi bajkami na dobranoc. Kalinkę natychmiast witają ciekawskie koty i merdający ogonem pies. Jest jak na wsi. Nad wodę rzut kamieniem, stare miasto pięć minut samochodem. Nie może być lepiej, zostajemy na tydzień. Zwyczajowo chcę się potargować i proponuję niższą cenę – 30 euro za dobę. „Dziadek”, bo taką ksywkę zyskał u Kalinki nasz mówiący jedynie po chorwacku gospodarz, z szerokim uśmiechem na ogorzałej twarzy zgadza się natychmiast. – Jeśli taka jest wasza wola – dodaje.

Skarby z dna Adriatyku
Wrzucamy nasz dobytek do pokoju i pędzimy na pobliską plażę. Ogromny trawnik kończy się piaszczysto-kamienistym wejściem do Adriatyku. Nasz obóz, łącznie z przeciwsłonecznym namiocikiem dla Kalinki, rozbijamy niemal nad samą wodą. Jest jasne, że Mała większą część czasu spędzi w morzu. Zakłada maskę do nurkowania, swoje butki …i już jest pod wodą, wyskakując co rusz ponad jej powierzchnię z nowymi zdobyczami w dłoniach. Dno Adriatyku kryje prawdziwe skarby! Muszle i muszelki, kolorowe kamyki i podwodne roślinki. Kalka jest zachwycona. Już nawet słona woda nie jest taka słona.

Kąpiemy się z nią, na zmianę to nurkując, to ucząc pływania, to szalejąc na dmuchanym materacu. Chwila na brzegu na kanapkę, coś niesłonego do picia, ciasteczko i Kalinka znów ląduje w wodzie. Nurkuję razem z nią. Udaje mi się złowić sporą muszlę. Idziemy pochwalić się zdobyczą. Gdy stawiamy łup na trawie, muszla nagle „dostaje nóg” i odchodzi. W jej wnętrzu zamieszkał jakiś mały krab. Po pierwszym zaskoczeniu śmiechu było co niemiara. Pomogliśmy naszemu krabiemu maluchowi wskoczyć do wody.Kiedy słońce zaczyna opadać w stronę horyzontu, Kalinka zauważa, że na zamykające naszą zatokę niewielkie wzgórze malowniczo wspina się stare miasto Rovinj, zwieńczone niemal 60-metrową wieżą katedry ostro wbijającą się w błękitno-różowe niebo. – Ale fajne, idziemy tam? – pyta natychmiast. Jasne!

Prysznic, obiad na naszej hacjendzie, szybka rozmowa z kotami i dziewczyny przebrane w eleganckie sukienki już gotowe są do wyjścia „na miasto”. Parkujemy przy nabrzeżu i spacerem pomiędzy morzem a straganami z pamiątkami i wszelkimi turystycznymi niezbędnikami docieramy do usytuowanej tuż przy starówce… ogromnej trampoliny. No tak, dawno nie odwiedziliśmy żadnego placu zabaw.

Ślady Rzymian, Wenecjan i Habsburgów
Wchodzimy w wąskie, malownicze uliczki starego Rovinja, dawnej wyspy, połączonej w XVIII w. groblą ze stałym lądem. Miasto jest tak malownicze, jak tylko jest to możliwe w krajach śródziemnomorskich. Nic dziwnego, że jest szczególnie ulubione przez artystów, malarzy i aktorów. Piękna zatoka ozdobiona jest architektoniczną perełką pamiętającą czasy starożytnych Rzymian, której wykwintnego szlifu od XIII w. nadawali Wenecjanie, a rozwinęli i jeszcze upiększyli Habsburgowie w latach 1813-1920, kiedy to stało się największym miastem na zachodnim wybrzeżu Istrii. Lew wenecki zdobi jedną z głównych bram, „Łuk Balbi” z 1680 r., wiodącą w zaułki pnącej się w górę kameralnej starówki. Jej szczyt zdobi największa świątynia całej Istrii – katedra św. Eufemii. Po drodze na wierzchołek mijamy zabytkowy pałac mieszczący obecnie ratusz. Snujemy się pod górę pośród stolików kawiarenek i restauracji wystawionych w każdym nadającym się do tego fragmencie uliczki czy placyku. Zaglądamy do niezliczonych sklepików z artystycznymi wyrobami, z których słynie Rovinj. Do maleńkich i całkiem pokaźnych galerii sztuki, które mieszczą się również… na schodach. Co roku w drugą niedzielę sierpnia odbywa się tutaj artystyczny jarmark, podczas którego malarze sprzedają swoje dzieła.

Żebyśmy zawsze byli szczęśliwi jak teraz
Gdy docieramy na szczyt wzgórza pod katedrę, zapada zmierzch, nadając miejscu nostalgicznego, magicznego uroku. Początkowo stała tu niewielka świątynia św. Jerzego, pierwszego patrona miasta. Kiedy jednak około 800 r. umieszczono w nim sarkofag z ciałem św. Eufemii, zastąpiono go wspaniałą średniowieczną katedrą. Obecna świątynia projektu Wenecjanina Giovanniego Dozziego pochodzi z I połowy XVIII w. Wchodzimy do wnętrza, którego główną ozdobą jest ołtarz i kamienny sarkofag z ciałem świętej. Kalinka zapala przy kaplicy jedną z setek maleńkich świeczek błyszczących złocistym światłem. Za to, jak mówi, żebyśmy zawsze byli szczęśliwi jak teraz.

Schodzimy w dół do portu, który z drugiej strony wzniesienia zamyka najstarszą część miasta. Siadamy na stopniach pod oświetloną późnorenesansową wieżą zegarową, pałaszując obowiązkową porcję lodów. Podziwiamy przycumowane jachty, słuchamy kameralnego koncertu odbywającego się przy nabrzeżu, chłoniemy atmosferę tętniącego życiem gwarnego placu. Ciepły, bezwietrzny wieczór sprawia, że nie chce się iść do łóżka. Ale pewnie kotki poszły już spać, więc i my wracamy do naszego „dziadka”.

Rano budzi nas słońce, które wyszło już zza otaczających nas wzgórz. Otwieramy szeroko drzwi. A tu niespodzianka. Na stoliku naszego tarasu leży wspaniały arbuz i melon oraz talerzyk truskawek. Gdy chcemy zapłacić, Chorwat zdecydowanie odmawia, zapraszając nas jednocześnie do zrywania wszelkich płodów z jego posesji. – Nie krępujcie się, zbiory są słabe, więc na targ z tym nie pójdę – namawia z uśmiechem.

Tekst publikowany na łamach magazynu "Świat Podróże Kultura" w numerze wrzesień-październik 2014 na str. 16-21.

 

...