Brazylia – Amazonka, rzeka-autostrada

Nie ma takiego państwa jak Amazonia. Przynajmniej formalnie. Jednak w rzeczywistości mieszkańcy dżungli czują się oddzielnym narodem, niezależnie od granic politycznych.

Wyznaczone na papierze granice są istotne tylko dla turystów, i to tych, którzy udają się dalej niż kilkaset kilometrów. Bliżej nie ma sensu zawracać sobie głowy papierkową robotą. Na trójstyku granic Peru, Kolumbii i Brazylii poruszamy się między trzema państwami bez zbędnych formalności. Nie zauważyłbym w ogóle zmiany granic, gdyby nie portugalski język w Tabatindze czy marynarka wojenna Peru w Santa Rosa. Amazonka jest tu tak szeroka, że bez trudu pływają po niej szybkie kanonierki.

W zielonym labiryncie
Do położonego niżej Manaus wpływają nawet statki handlowe. Rzeka rzeczywiście robi wrażenie. Pierwszego dnia. Poza tym jest przeraźliwie... nudna. Niczym autostrada. Ciekawie robi się, gdy tylko opuścimy główny nurt.

Malutką łodzią peke-peke można było zanurzyć się w prawdziwy zielony labirynt. Być może nawet kręciliśmy się w kółko, bo drogę znał tylko przewodnik, ale za każdym zakrętem starorzecze wyglądało inaczej. Kolorowe ptaki i leniwce sprawiały wrażenie raju.

Mały aligator i świadomość obecności anakond czy piranii skutecznie hamowały w nas ochotę do kąpieli.

Tradycja na potrzeby turystów
Spotykaliśmy też położone na palach osady, gdzie łatwiej między domami przepłynąć niż przejść. Ludzie prowadzą tu normalne gospodarstwa. Nie brakuje „cywilizacyjnych” udogodnień, takich jak odbiorniki telewizyjne czy światło. Chyba że trafimy do jednej z indiańskich wiosek. Te, które są w pobliżu większych miast (jak Iquitos), kultywują tradycję już tylko na potrzeby turystów. Południowoamerykańskich, bo biali nadal niezbyt licznie zapędzają się w rejon zagrożony malarią i dengą.

Skóra z anakondy
Do wiosek oczywiście dotrzemy tylko łodzią. To najpopularniejszy tu środek transportu. Niezależnie od liczby osób po opłaceniu „myta” wejściowego widzimy pokaz tradycyjnych tańców, po którym można oczywiście zrobić zakupy rękodzieła. Prawdziwego, a nie „made in China”. I tylko tubylcy nie mogli zrozumieć, dlaczego nie chcę u nich kupić skóry z anakondy. To przecież zabójczy i groźny pasożyt. Gdybym tam zabił anakondę, byłbym bohaterem wioski. W Europie trafiłbym do więzienia.

Tekst publikowany na łamach magazynu "Świat Podróże Kultura" w numerze listopad-grudzień 2014 na str. 38-41.

 

...