Wielbłądem na pustynię

Z Magdą Waligórską, aktorką teatralna i filmową, rozmawia Mirosław Mikulski.

Jaki kierunek wybiera Pani zwykle na krótki, weekendowy wypoczynek?

Magda Waligórska (MW) ⇒ Lubię Polskę. Jest w niej wciąż wiele do odkrycia. Latem mam swoje ulubione miejsca na Mazurach, Warmii i na Suwalszczyźnie. Wiosną i jesienią lubię pojechać w góry: w Bieszczady czy Sudety, które schodziłam z plecakiem od schroniska do schroniska. Pamiętam, jak kiedyś oburzyłam się, widząc okładkę amerykańskiego przewodnika po Polsce, na której była jakaś anonimowa drewniana kapliczka pośród zbóż. Uważałam, że ta okładka pokazuje nas jako jakichś rolników-dzikusów, pomija cały nasz kulturowy dorobek. Dziś myślę, że w Polsce właśnie to jest najcenniejsze – zaskoczenie, wzruszenie, kiedy widzę jakiś przepiękny, zupełnie nieturystyczny krajobraz.

Dokąd wybiera się Pani na tegoroczny dłuższy wypoczynek?

MW ⇒ Jeszcze tego nie wiem, zwłaszcza że prawdopodobnie przypadnie on dopiero zimą, bo latem pracuję. Marzę o Ameryce Południowej, Peru, Meksyku. Chciałabym zobaczyć pozostałości kultury Indian i zjeść świnkę morską. Moje zainteresowanie tym kontynentem bierze się z literatury, jestem wielką fanką Mario Vargasa Llosy.

Czym Pani się inspiruje, wybierając kierunek podróży?

MW ⇒ Inspiracją są ludzie. Jeśli ktoś gdzieś był i opowiada o tym w taki sposób, że budzi mój wilczy głód, to sama chcę to zobaczyć. Tak było na przykład z Marokiem i podróżą na pustynię. Przed podróżą do Azji miałam okres wielkiego zainteresowania kinem azjatyckim. Nasiąkłam tym klimatem. Poza tym czytam sporo książek podróżniczych. Teraz sobie uświadamiam, że często myślę o danym kraju przez pryzmat literatury, np. Turcję widzę oczami Orhana Pamuka.

Co zwykle przywozi Pani z podróży?

MW ⇒ Przyprawy i rękodzieło. Lubię zwłaszcza ceramikę, ale zdarza mi się przywieźć rzeczy dziwne, pozornie bezużyteczne, jak na przykład kawał kwiecistej tkaniny, której przeznaczenie objawiło mi się niedawno. Parę lat leżała w szafie, zanim zrobiłam z niej zasłonę do sypialni. Zawsze przywożę też przyprawy, charakterystyczne zapachy. Z Maroka przywiozłam ichniejszą zieloną herbatę i miętę. Takich rzeczy szukam zawsze w sklepach dla lokalesów.

Jaka podróż najbardziej zapadła Pani w pamięć?

MW ⇒ Nie mam chyba takiego naj, naj. Olbrzymie wrażenie zrobiła na mnie Niagara, podobały mi się amerykańskie autostrady, te wielkie przestrzenie... Generalnie lubię doświadczać ogromu i potęgi przyrody. Niesamowite wrażenie zrobiła na mnie pustynia, którą oglądałam przy pełni księżyca. Noc na Saharze była na pewno takim magicznym momentem.

Gdzie poczuła Pani niebo w gębie?

MW ⇒ Zawsze bardzo lubiłam kuchnię azjatycką, więc wszystko, co tam jadłam, zaliczam do „the best”. Uwielbiam takie sprzedawane i robione na ulicy sakiewki, których podstawą jest cieniutki, przezroczysty naleśnik, a w środku są krewetki i warzywa. Mniam. Nie zapomnę też smaku jedzonego na plaży mango albo młodego kokosa, którego lekko słone mleko pije się, bo nawadnia lepiej niż woda. No i homar w sosie Thermidor – to było coś!

Ma Pani miejsce, do którego lubi często wracać?

MW ⇒ To Paryż. Pierwszy raz pojechałam tam z tatą, później jako nastolatka, ponieważ uczyłam się francuskiego i zdawałam maturę z tego języka, a potem już sama – dla przyjemności i z przyczyn zawodowych, brałam udział w zdjęciach próbnych do francusko-brytyjskiego filmu. Kocham kuchnię francuską, siedzenie w knajpce na rogu ulicy, poranną kawę i croissanta, muzea, galerie i sklepy. Nigdy się tam nie nudzę, a to dla mnie ważne, bo generalnie nie lubię wracać do miejsc, w których już byłam. Cenię sobie pierwsze wrażenie.

Jaki środek lokomocji najbardziej zapadł Pani w pamięć podczas podróży?

MW ⇒ Wielbłąd, którym pojechałam na pustynię 🙂

Wywiad był publikowany na łamach magazynu "Świat Podróże Kultura" w numerze maj 2014 na str. 36-37.

...