Kuba – dwa światy

– Dlaczego przyjechałaś właśnie tu? – pyta znajomy Kubańczyk podczas spaceru po bulwarze ciągnącym się wzdłuż Zatoki Hawańskiej. – Znalazłam tani bilet lotniczy – mówię trochę zawstydzona banalnością odpowiedzi. – To dziwne – stwierdza znajomy – gdy zadaję to pytanie, nikt nie wspomina o salsie, pięknych plażach czy kolonialnych miasteczkach. Wszyscy chcą zobaczyć kraj, w którym czas zatrzymał się 50 lat temu.

– Stare auta jeżdżą, jak chcą! Sprawne hamulce to duży luksus! Kierowca może się nie zatrzymać nawet, jeśli będzie chciał. Zatem zawsze ustępujcie pierwszeństwa samochodom. Pamiętajcie też, aby cygara kupować w oficjalnych sklepach, pieniądze wymieniać tylko w bankach – Senora Mary udziela nam wskazówek przed pierwszym spacerem po Hawanie. Jeden z trzech pokoi, jakie zajmuje w kamienicy w centrum miasta, wynajmuje turystom. W ten sposób starsza pani dołącza do grona Kubańczyków, którzy mimo wysokich podatków, zdecydowali się na otworzenie prywatnej działalności. Rząd ogranicza i kontroluje inicjatywę gospodarczą obywateli, zezwalając na 178 przedsięwzięć głównie o charakterze usługowym. To bardzo duży postęp, bo do października tego roku było zabronione praktycznie wszystko.

Ząb czasu
Zwiedzanie stolicy zaczynamy od Habana Vieja, czyli Starego Miasta, wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Choć mieszkamy niedaleko, spacer do celu zajmuje parę ładnych godzin. Co chwila zatrzymujemy się, patrząc z zachwytem i przerażeniem na kolonialne budynki. Większość z nich jest w opłakanym stanie. Z nieremontowanych od lat kamienic odpadają tynki, ozdobne kafelki, a podczas silnych huraganów nawet balkony. Mimo to noszą ślady dawnego piękna i splendoru. Stare Miasto wygląda już zupełnie inaczej. Dzięki rządowym pieniądzom i dotacjom z UNESCO Habana Vieja dobrze sobie radzi, jest remontowana i dopieszczana. Każdy z głównych placów ma inną atmosferę i charakter. Plaza de Armas wypełniają stragany z książkami i komiksami, głównie biografie Che Guevary, Fidela Castro, historia rewolucji. Na Plaza de la Catedral, nad którym góruje kolonialna katedra z XVIII w., gromadzą się poprzebierani Kubańczycy pozujący do zdjęć turystom. Jest starszy pan z ogromnym cygarem w garniturze i słomkowym kapeluszu, są kobiety z kwiatami we włosach i w okularach jak denka od butelek. Stary plac, czyli Plaza Vieja, wypełnia muzyka dobiegająca z licznych restauracji. Habana Vieja jest piękna, pełna kawiarenek, galerii i muzeów. To jednak strefa czysto turystyczna, do której Kubańczycy przyjeżdżają tylko do pracy.

Żywimy się muzyką
Na Kubie istnieją dwa światy – turystów i miejscowych. Są dwie waluty, dwa rodzaje sklepów, dwie główne sieci autobusowe. Kubańczyków nie stać na podróżowanie turystyczną linią Viazul, przyjezdni natomiast na żadną inną biletów kupić nie mogą. W sklepach dewizowych, gdzie obowiązuje tzw. peso wymienialne, zakupy może robić każdy, ale tylko w teorii. Miejscowi dostają wynagrodzenie w tzw. peso kubańskim. Stosunek jednej waluty do drugiej to 1:25. Za peso kubańskie niewiele można kupić: jajka, chleb, owoce, warzywa. „Żywimy się muzyką”, żartują Kubańczycy. Casas de la musica, czyli domy muzyki, znajdują się w prawie każdej miejscowości na wyspie. Salsę, najpopularniejszy z kubańskich tańców, zna praktycznie każdy. A jeśli mówi, że tańczyć nie potrafi, to znaczy, że kokietuje. Mieszkańcy wyspy mają muzykę we krwi, jest to ich czwarta namiętność po kobietach, rumie i baseballu. – Salud! – słyszymy na każdym rogu ulicy. W niewielkich barach, nawet w ciągu dnia Kubańczycy popijają rum. Najczęściej czysty Havana Club. My, mniej zaprawione w bojach, spędzamy wieczory przy mojito (koktajlu na bazie białego rumu z dodatkiem limonki i mięty). Do gustu przypadła nam też mieszanka rumu z coca-colą, czyli słynna Cuba Libre.

Cukrowa stolica
Turystyczne ceny wysysają nasze portfele w zastraszającym tempie. Chcąc trochę zaoszczędzić, czasem jeździmy autostopem, czasem korzystamy z pomocy tzw. amarillos. Przy drogach wylotowych stoją funkcjonariusze w żółtych mundurach. Zatrzymują wyjeżdżające z miast samochody i autobusy i wolne miejsca rozdzielają wśród oczekujących podróżnych. W taki sposób po Kubie jeździć można za grosze, nigdy jednak nie wiadomo, kiedy amarillo znajdzie dla ciebie miejsce. Może to potrwać pięć minut, godzinę lub pół dnia… Tutaj jednak nikt się nie śpieszy. Życie płynie wolniejszym, spokojniejszym rytmem. Ćwicząc cierpliwość, jedziemy z Hawany na wschód. Naszym pierwszym przystankiem po drodze jest Trynidad. Urocze kolonialne miasteczko pełne jest niskich domów w pastelowych kolorach, krytych czerwoną dachówką i brukowanych uliczek, po których wciąż jeżdżą bryczki konne. Trynidad był niegdyś stolicą niewolnictwa i ośrodkiem przemysłu cukrowego. Lokalnym pociągiem jedziemy na plantację trzciny cukrowej Valle de los Ingenios. Choć trzcina nie jest już uprawiana, można zobaczyć tu rezydencję plantatora, domki niewolników i wieżę, z której właściciel doglądał pracujacych w polu. Po opuszczeniu Trynidadu udajemy się do Camaguey z labiryntem uliczek chroniącym niegdyś miasto przed częstymi najazdami korsarzy i do Santiago de Cuba. Stolica rewolucji, afrokubańczyków, muzeów i najhuczniejszego na wyspie karnawału, jak przystało na drugie co do wielkości miasto, jest gwarna i zanieczyszczona. Marząc o spokoju i wypoczynku, ucie- kamy stąd czym prędzej do miejscowości Baracoa na wschodnim krańcu wyspy. Z tej osady konkwistador Diego Velázquez de Cuéllar rozpoczął podbój wyspy. Prawdopodobnie było to także pierwsze miejsce na Kubie, do którego dotarł Krzysztof Kolumb.

Sztuka hamowania
Otoczone górami porośniętymi dżunglą miasteczko przez lata pozostawało w izolacji od reszty kraju. Hotel jest co prawda jeden, ale ze znalezieniem kwater prywatnych nie ma problemu. Dni tu spędzone upłynąły nam na spacerach po czarnej plaży, zwiedzaniu pobliskiej wioski rybackiej i wspinaczce na El Yunque (560 m n.p.m.), najwyższy szczyt górujący nad Baracoa. Teraz z taksówkarzem do złudzenia przypominającym Billa Cosby’ego jedziemy na jedną z najładniejszych plaż na Kubie. Choć dzieli nas od niej zaledwie 20 km, podróż trwa prawie godzinę, co chwila podskakujemy na dziurach i wertepach. Bill Cosby opowiada o rodzinie, urokach i problemach życia w Ba- racoa. Znienacka zadaje mi pytanie: – Masz ochotę poprowadzić moją maszynę? Zgadzam się bez zastanowienia. Z przejęciem i wypiekami na twarzy prowadzę samochód marki Plymouth z 1949 roku. – Zatrzymaj się tutaj – mówi po paru kilometrach taksówkarz. Naciskam hamulec, pojazd jednak nie reaguje. Jeszcze raz, mocniej! Nic… W końcu naciskam hamulec z całych sił i Plymouth zaczyna współpracować. Przypominam sobie ostrzeżenia Senory Mary z Hawany i z ulgą oddaję stery.

Z Kuby do Angoli
Cały dzień wygrzewamy się na idyllicznej plaży pod palmami, na białym drobnym piasku, kąpiąc się w turkusowych wodach Pacyfiku i popijając mleczko kokosowe prosto z orzecha. Gdy nasza skóra zmienia kolor na wściekle różowy, wracamy do Baracoa. Musimy odpocząć trochę od słońca i zdążyć jeszcze na popołudniowe rozgrywki lokalnych drużyn w baseball. Bill Cosby zatrzymuje się tylko na chwilę, aby pogadać z przyjacielem. – To mój kompan z wojny w Angoli – przedstawia mężczyznę. W latach 1975–1991 w angolskiej wojnie domowej po opuszczeniu kraju przez Portugalczyków walczyło ok. 300 tys. kubańskich żołnierzy wspierających lewicowy Ludowy Ruch Wyz- wolenia Angoli. Bill Cosby był wśród nich. – Zgłosiłem się na ochotnika, miałem 20 lat, a żona była w zaawansowanej ciąży – opowiada mężczyzna i pokazuje ślady po kulach. – Cudem się z tego wylizałem. – Nie żałuje pan tej decyzji? – pytam nieśmiało – O nie! Che pomógł nam, choć Kubańczykiem nie był. Naszym obowiązkiem było pomóc Angoli – wyjaśnia. Po dwóch dniach z żalem żegnamy się z Baracoa i wracamy do Santiago de Cuba. Po pielgrzymce do sanktuarium Matki Boskiej z El Cobre, gdzie co roku w rocznicę objawień gromadzą się tysiące wiernych, nadchodzi czas na powrót do Hawany. Na dworzec autobusowy jedziemy z taksówkarzem, star- szym i przemiłym panem. Słysząc, że jesteśmy z Polski pyta przyciszonym głosem: – A jak tam Wałęsa? Jak się czuje? I powiedzcie mi, jak naprawdę jest teraz w Polsce? Lepiej?

Dokumenty: na pobyt do 30 dni wiza nie jest wymagana. Konieczna jest tzw. karta turysty, którą za 20 euro można kupić na lotnisku w Hawanie. Dojazd: najtańsze loty z Warszawy do Hawany przez Moskwę oferuje Aeroflot (ceny biletu w dwie strony od 600 euro). Warto sprawdzać promocje linii Condor (wylot z Frankfurtu). Na Kubę latają także Air France oraz Iberia (ceny ok. 4000 zł). Waluta: turyści posługują się głównie peso wymienialnym (CUC). 1 CUC = ok. 3 zł.

Noclegi: najtańsze oferują prywatne kwatery, czyli casas particulares (oznaczone niebieskim znaczkiem na drzwiach). Pokój dwuosobowy kosztuje od 10 CUC (w małych miejscowościach) do 30 CUC (w miastach). Można się targować. Transport: sieć autobusów turystycznych Viazul jest dobrze rozwinięta, ale dość droga. Przejazd z Hawany do Santiago de Cuba kosztuje 52 CUC

www.solidarnizkuba.pl www.desdecuba.com/generaciony

Tekst i zdjęcia: Joanna Szyndler

Tekst publikowany na łamach magazynu "Świat Podróże Kultura" w numerze zima 2010/2011 na str. 16-23.

 

...