Argentyna – Patagonia i Mendoza czyli wiatr i wino

Nazwa Patagonia pochodzi od hiszpańskiego słowa „pata”– co znaczy stopa i odnosi się do wielkich stóp mieszkańców tej ziemi, na które zwrócili uwagę pierwsi odkrywcy. Współczesnych globtroterów zdumiewają kapryśna pogoda oraz majestatyczny krajobraz. Zupełnie inny charakter ma Mendoza, kraina winem i słońcem słynąca.

Kiedy w 1520 r. portugalski żeglarz Ferdynand Magellan zawitał do brzegów wyspy położonej na południowych krańcach Ameryki Południowej, zauważył czarny dym. Pochodził on z ognisk, które tubylcy rozpalali jako ostrzeżenie przed zbliżającymi się przybyszami. Legenda głosi, że Magellan nazwał wtedy wyspę Tierra del Humo (Ziemia Dymu). Po powrocie żeglarza do Europy, król Hiszpanii Karol I, któremu Magellan zawdzięczał pięć okrętów na wyprawę dookoła świata, stwierdził, że „nie ma dymu bez ognia” i przemianował wyspę na Tierra del Fuego (Ziemia Ognista). Dziś jedyny ogień, jaki można tu zobaczyć, pochodzi z gazu ziemnego spalanego w pobliżu szybów naftowych. Obok turystyki i hodowli owiec wydobycie ropy naftowej jest najważniejszą gałęzią gospodarki. A po Jaganach – najliczniejszym plemieniu indiańskim zamieszkującym Ziemię Ognistą przed nadejściem kolonistów – nie pozostał już prawie żaden ślad. Kilka dni spędzonych nad kanałem Beagle daje wyobrażenie o tym, jak ciężkie musiało być życie w surowych warunkach dalekiego południa. Jest styczeń, czyli środek argentyńskiego lata. Większość okolicznych szczytów pokrywają lodowce i wieczny śnieg, jego granica zaczyna się już na wysokości 700 m n.p.m.

Na końcu świata
Ushuaia – stolica prowincji Ziemia Ognista, Antarktyda i Wyspy Południowego Atlantyku – leży na 54. równoleżniku, gdzie dają o sobie znać silne i nieustające wiatry zwane przez żeglarzy wyjącymi pięćdziesiątkami i gdzie najdłuższy łańcuch górski świata – Andy – znika pod powierzchnią oceanu. Na brzegach pobliskich wysepek wygrzewają się w słońcu lwy morskie i pingwiny magellańskie, a z portu Ushuaia wychodzą w rejs statki obierające kurs na Antarktydę. Mieszkańcy twierdzą, że to najdalej na południe wysunięte miasto świata i w celach marketingowych przylepili mu etykietkę „końca świata”. W Ushuaia kupimy kubki, koszulki i długopisy z napisem „fin del mundo”, wbijemy pamiątkową pieczątkę do paszportu z „fin del mundo” (za sześć peso). Chętni mogą też odwiedzić Museo del Fin del Mundo lub przejechać się kolejką wąskotorową Tren del Fin del Mundo, pozostałością po kolonii karnej dla najgroźniejszych kryminalistów stworzonej tu niegdyś na wzór brytyjskiej Tasmanii i francuskiej Diabelskiej Wyspy. Lokatorzy więzienia dawno się już wyprowadzili, a wyremontowana kolejka służy jedynie turystom.

Na początek Chile
Chilijski Park Narodowy Torres del Paine i argentyński Park Narodowy Los Glaciares to dwa najsłynniejsze miejsca w Patagonii. Jeszcze będąc w Ushuaia, zastanawiam się, które z nich odwiedzić. Nie mogąc dokonać wyboru, decyduję się zobaczyć oba. Wsiadam więc do autokaru i po kilkunastu godzinach jazdy docieram do Puerto Natales, a stamtąd do Guardería Laguna Amarga, gdzie rozpoczynają się trasy trekkingowe po Parku Narodowym Torres del Paine. Ruszam żwawo szlakiem, próbując wyprzedzić chmary turystów. Jak się okazuje, niepotrzebnie się śpieszę – większość z nich bierze kurs na tzw. W (krótszy i łatwiejszy trekking niż Curcuito Grande). Już po chwili wędruję sam przez łąki pełne wypalonych bukanów lenga (południowych odpowiedników naszych buków), od czasu do czasu mijając lamy guanaco obserwujące mnie z okolicznych pagórków. Wędrówkę kończę nad jeziorem Paine. Rozbijam namiot na kempingu Coirón i zasypiam jak dziecko, wsłuchując się w szum strumyka. Drugiego dnia kontynuuję marsz w kierunku jeziora Dickson. Mijam położone przy nim schronisko i po kilku godzinach dochodzę do Los Perros. Jest godzina 19., a przede mną najcięższa część szlaku – przełęcz John Gardner. Pogoda nie jest zbyt dobra. Czuję jednak przypływ mocy i mimo sprzeciwu pracownika schroniska, gnam pod górę w śniegu po kolana. Przed 22. docieram na szczyt przełęczy. Z zachodniej strony rozpościera się niesamowity widok na lodowiec Grey przypominający olbrzymią rzekę lodu. Pełen wrażeń zbiegam szybko na najbliższy biwak i padam zmordowany w namiocie. Rano budzi mnie ból zęba, który od kilku dni daje mi się we znaki. Jak do tej pory wysiłek i mijane po drodze krajobrazy były najlepszym lekiem przeciwbólowym. Ruszam więc na szlak z nadzieją, że zapomnę o bólu. Muszę przyznać, że sceneria Cordón Olguín zapiera dech w piersiach – z jednej strony lodowiec, z drugiej – ostre granie i głębokie wąwozy, huczące wodospady i rzeki wpadające do krystalicznie czystych jezior. Niestety, widoki nie uśmierzają już bólu zęba, więc kiedy docieram nad jezioro Pehoe, z ciężkim sercem postanawiam przerwać trekking.

Argentyńska Patagonia
Następnego dnia przekraczam granicę chilijsko-argentyńską i jadę do El Calafate. W szpitalu ze słownikiem w ręku tłumaczę, że „bardzo boli i proszę o pomoc”. Doktor Jorge robi, co w jego mocy i po trzech dniach znów mogę wrócić w góry. Tym razem udaję się do trekkingowej stolicy Argentyny, jest nią położona u stóp szczytów Fitz Roy (3375 m n.p.m.) i Cerro Torre (3128 m n.p.m.) wioska El Chaltén, która żyje wyłącznie z turystyki. Na moje szczęście jej mieszkańcy nie zapomnieli o podróżnikach ze skromniejszym budżetem. Oprócz drogich hoteli znajdują się tu darmowe kempingi (bez pryszniców) dla mochilero, czyli backpackerów. Przed wyruszeniem na szlak zaglądam do biura informacji turystycznej, gdzie dowiaduję się, jak powinienem się zachować, gdybym spotkał się oko w oko z pumą, największym drapieżnikiem parku. Tego dnia docieram do Campamento de Agostini położonego u podnóża Cerro Torre, tu kończę wędrówkę z powodu niesprzyjającej pogody. Nazajutrz wiatr wieje tak mocno, jakby próbował wyrwać z koryta przepływającą nieopodal rzekę, wzbija w powietrze strugi wody. Na biwaku, oprócz mnie, jest jeszcze kilkunastu turystów. Niespodziewanie ludzie wychodzą z namiotów i rozsiadają się na pobliskiej morenie. Wszyscy wpatrują się w bezchmurne niebo nad skalnymi iglicami Cerro Torre. O tym, że to jest niezwykle rzadki widok, najlepiej wiedzą wspinacze od kilku tygodni czekający na poprawę pogody. Wyjmuję szybko aparat i pstrykam – taka okazja może się już nie zdarzyć. Uzupełniam zapasy jedzenia w El Chaltén (odkąd ząb mnie nie boli, jem jak zwariowany) i ruszam dalej do Campamento Poincenot. Następnego dnia, w deszczu i pod wiatr, wędruję do Piedra del Fraile, gdzie po spędzeniu dwóch dni zaczyna mi doskwierać „gorączka namiotowa”. Oczekiwanie na poprawę pogody studzi moje zapały. Kiedy dwaj argentyńscy narciarze schodzący z lodowca przynoszą złe wieści dotyczące aury, poddaję się i jadę z nimi do miasteczka.

Winna Fiesta
Po miesiącu wędrówek w dzikiej i malowniczej Patagonii docieram wreszcie na umówioną randkę w Mendozie, by razem z moją dziewczyną degustować słynne argentyńskie wina. Rozpostarta u stóp najwyższych szczytów Andów Mendoza, stolica prowincji o tej samej nazwie, to królestwo argentyńskiego wina. W krajobrazie prowincji dominują ciągnące się aż po horyzont plantacje winorośli. Prawie każda winnica jest dostępna dla zwiedzających, a liczne wypożyczalnie rowerów ułatwiają poruszanie się między nimi. W Mendozie trwa właśnie obchodzone przez ponad tydzień Narodowe Święto Winobrania (Fiesta Nacional de la Vendimia). Winną fiestę kończy korowód przystrojonych ciężarówek, na platformach kandydatki na królową winobrania prezentują swe wdzięki i rzucają kiściami winogron w tłum. Każdy pojazd reklamuje inną winnicę. Tańce, muzyka i fajerwerki towarzyszą paradzie, a przerobione opryskiwacze rolnicze oblewają tłumy wodą. Tak przyjemnego w smaku zakończenia trekkingu potrzebowałem chyba najbardziej.

Dojazd: z Warszawy do Buenos Aires z Alitalia, Iberią oraz Lufthansą (z przesiadkami); z Europy do Santiago de Chile – z Lufthansą, Iberią i LAN. Kiedy jechać: lato w Patagonii trwa od początku grudnia do połowy marca.

Wiza: na pobyt do 90 dni wiza nie jest wymagana (dotyczy Chile oraz Argentyny). Język urzędowy: hiszpański

Waluta: peso argentyńskie (ARS); 1 ARS – 0,71 PLN, 100 peso chilijskich (CLP) – 0,60 PLN

Noclegi: namiot na kempingu – od 20 ARS/4000 CLP, łóżko w hostelu od 30 ARS/5000 CLP, pokój dwuosobowy od 60 ARS/8000 CLP.

Komunikacja: Argentyna i Chile mają świetnie rozbudowaną komunikację lotniczą oraz sieć autobusową. Ze względu na duże odległości firmy przewozowe gwarantują wysoki komfort.

www.argentina.gov.ar, www.conaf.cl

Tekst: Marcin Gwizdoń

Tekst publikowany na łamach magazynu "Świat Podróże Kultura" w numerze luty 2011 na str. 18-23.

...