Dla zdrowia, wypoczynku i doborowego towarzystwa ściągała tu kiedyś polska elita. Po długich latach zapomnienia Otwock przeżywa swój renesans.
Błądzę po Otwocku w poszukiwaniu centrum miasta, mam jednak wrażenie, jakbym cały czas spacerowała po ogromnym parku. Drzewa otaczają sklepy, urzędy, domy mieszkalne, żaden budynek nie wystaje ponad linię sosen. Jest cicho i spokojnie, zamiast spalin w powietrzu unosi się zapach lasu. Rynku nie znajduję. W przewodniku czytam, że miasto od początku powstawało jako osada letniskowa, a rozproszona zabudowa, bez wyraźnego centrum sprzyjała wypoczynkowi. Niezwykły mikroklimat spowodował, że zaczęto przyjeżdżać tu nie tylko na wakacje, ale także leczyć choroby płuc. Otwock w 1923 r. otrzymał status uzdrowiska. Choć dzisiaj nie jest już miastem sanatoriów, ponownie zaczynają doceniać go turyści. Zmęczonych gwarem stolicy warszawiaków wabi pięknem przyrody, trasami spacerowymi i hasłem „świdermajer”.
Wycieczka Gałczyńskiego
Pierwszą charakterystyczną drewnianą willę wybudował polski rysownik o włoskich korzeniach Michał Andriolli. Kolejne rezydencje powstawały jak grzyby po deszczu w różnych częściach miasta i już na początku XX w. było ich ponad 600. Wszystkie drewniane, przypominające alpejskie schroniska. Ich specyficzny styl ochrzczonym przez Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego mianem „świdermajer” w żarcie nawiązującym do popularnego wówczas stylu biedermeier. Początkowo staram się trzymać trasy po najważniejszych zabytkach miasta. Docieram do willi Lala, w której Reymont pisał „Chłopów”, dalej do jednego z największych drewnianych budynków w Polsce – dawnego uzdrowiska Garewicza. Szybko jednak chowam mapę do kieszeni, tutaj na każdym rogu znajduje się coś ciekawego.
Przygoda kontrolowana
Pieszo, na rowerze, kajakiem – istnieje wiele sposobów na odkrywanie uroków Otwocka. Niezdecydowani mogą wybrać opcję „trzy w jednym”: spacerując uliczkami miasta, następnie jadąc na rowerze nad Świder, aby tam w końcu przesiąść się do kajaka. Rzeka Świder okala praktycznie połowę miasta. Płynie się wśród wierzb, olch i osik, mija piaszczyste plaże. ¾ godziny wiosłowania wystarczą, by z Wólki Mlondzkiej, północno-wschodniego krańca Otwocka dopłynąć do ujścia Wisły na jego przeciwległym krańcu. Nie ma jednak mowy jedynie o kontemplowaniu przyrody i przysypianiu w kajaku, rzeka pełna jest zakrętów, naturalnych przeszkód i wysp. Z objętego ochroną Świdra nie wolno usuwać kamieni ani konarów, kajakarz musi zmierzyć się z przyrodą. – Spływ Świdrem jest wyzwaniem, ale zdecydowanie bezpiecznym – mówi Michał Stachurski organizujący spływy wokół miasta. – Z reguły woda ma nie więcej niż pół metra głębokości, w drogę mogą ruszyć rodziny nawet z małymi z dziećmi. Kajakować można przez cały rok, gdy tylko rzeka nie jest zamarznięta. Spływ zimą to opcja dla doświadczonych zapaleńców, jednak wiosną i latem spodoba się on każdemu.
Tekst: Joanna Szyndler
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze kwiecień-maj 2010 na str. 84-85.
