W ciągu zaledwie 150 lat stolica Malezji wyrosła na globalną potęgę i ważne centrum biznesowe świata. Kosmopolityczne i pełne kontrastów Kuala Lumpur jest fascynującym wieloetnicznym i wielokulturowym tyglem. Zapraszamy na spacer po mieście rozpostartym u stóp niebosiężnych wież.
Jadąc na lotnisko Heathrow w Londynie, wiedzieliśmy, że samolot odlatuje o godz. 22, a w Kuala Lumpur wylądujemy o 17.30 dnia następnego. Wiedzieliśmy jeszcze, jak nazywa się guesthouse, w którym mamy zabukowaną pierwszą noc. Reszta to puste strony, które zapełnimy dziesiątkami zdumiewających przygód, setkami anegdot, kilometrami olśniewających pejzaży, smakami egzotycznych potraw oraz nieznanymi zapachami.
Nowoczesne KL
Był czerwiec. Kuala Lumpur przywitało nas tropikalną wilgocią i gorącem. Z okien pociągu pędzącego do centrum widzimy majaczące w oddali bliźniacze wieże Petronas. Ten widok wywołał dreszcz emocji. W takich sytuacjach musimy się wzajemnie szczypać, by uwierzyć w to, co widzimy. Nasz guesthouse odnajdujemy bez większego trudu i nie chcąc marnować czasu, wyruszamy na podbój miasta. Postanawiamy zmierzyć się z KL, jak zwą miasto mieszkańcy, na własnych nogach, by chłonąć atmosferę panującą na ulicach. Drogowskazem podczas wędrówki są górujące nad miastem szpice Petronas Tower. Co chwilę podnosimy głowy, by spojrzeć na dwie igły naszego kompasu. Mimo to błądzimy w labiryncie wąskich uliczek, ścisła zabudowa nie pozwala dojrzeć iglic. Gdy trafiamy w końcu na plac pod wieżami, zadzieramy głowy wysoko i zastygamy w zdumieniu z otwartymi ustami aż do zesztywnienia karków. Dwie niebosiężne wieże, pomniki ludzkich możliwości i nieposkromionych aspiracji, lśnią w słońcu niczym manifestacja postępu muzułmańskiej Malezji. Wieże wzniesiono w 1989 r. na planie Rub el Hizib – gwiazdy będącej jednym z symboli islamu. W niczym nie przypominają gładkich brył wysokościowców piętrzących się w centrach finansowych świata. Inspirowane sztuką islamu mają przypominać minarety i symbolizować potęgę islamskiego świata. Naszym zdaniem spełniają to zadanie w stu procentach. Łączy je Sky Bridge, czyli 58-metrowy dwukondygnacyjny most zawieszony 170 m nad ziemią i zakończony iglicami. Dzięki nim Petronas Towers do 2004 r. uchodziły za najwyższy budynek na świecie. Wieżę numer 1 zajmuje największa w Malezji firma Petronas trudniąca się wydobywaniem oraz przetwarzaniem ropy i gazu. Druga wieża jest siedzibą wielu międzynarodowych koncernów, a na dolnych kondygnacjach mieszczą się jedno z największych centrów handlowych w kraju oraz malezyjska filharmonia. Po krótkiej wizycie w galerii handlowej udajemy się do stacji kolejki miejskiej w podziemiach Petronas Towers, którą szybko docieramy do Kampung Baru – zamieszkanej przez Malajów dzielnicy położonej w sąsiedztwie centrum biznesowego.
Malajskie KL
Błądząc wśród uliczek zastawionych tradycyjnymi drewnianymi chatami, nie możemy uwierzyć, że jesteśmy w centrum nowoczesnej metropolii. Na ulicy bawią się dzieci, a wokół panuje urokliwy nieporządek. Wieże Petronas oraz okoliczne biurowce wyglądają surrealistycznie z tej perspektywy, przy akompaniamencie piania koguta (ludzie hodują kury i inne zwierzęta na własne potrzeby). Niedostatek zakonserwował te okolice, tworząc żywy skansen w najbardziej muzułmańskiej z dzielnic KL. Gdy zatrzymujemy się na posiłek w jednej z przydrożnych jadłodajni, po okolicy rozchodzi się głos muezina nawołującego do modlitwy, a wierni zmierzają do meczetu. Jesteśmy dość dużą atrakcją dla mieszkańców, którzy oglądają się za nami na ulicy. W Malezji znajomość angielskiego jest powszechna, tu jednak trafiliśmy na miejsce, gdzie językiem urzędowym była kombinacja uśmiechów i gestów wpleciona w angielskie zdania. W knajpce, gdzie oprócz nas siedziała grupa starszych mężczyzn bezwstydnie zezujących w dekolt mojej dziewczyny, zamówiliśmy nasi lemak oraz mrożoną herbatę. Będąc w centrum uwagi, czujemy się dosyć nieswojo. Lody pękają, gdy zostajemy poczęstowani garścią rambutanów, przypominajacych w smaku liczi, oraz szerokimi uśmiechami staruszków. Wymieniając uśmiechy, napełniamy brzuchy i ruszamy do Sikh Temple – największej świątyni sikhijskiej w południowo-wschodniej Azji, miejsca kultu 75000 wyznawców sikhizmu w stolicy. Budynek nie jest zbyt imponujący ze względu na charakter religii, której wszyscy wyznawcy są sobie równi. Na północ od świątyni ciągną się kramy Chow Kit Market. Idąc w stronę meczetu Kampung, oglądamy egzotyczne owoce piętrzące się na straganach. Nasze nosy wypełnia odrażający zapach durianów, owoców o miękkim, żółtym miąższu ukrytym w kolczastej skorupie. Jest to jeden z tych smaków (przypomina budyń z serem i cebulą), które można pokochać lub znienawidzić. Nas niestety odrzuca.
Indyjskie KL
Następnie kierujemy się w stronę Little India, dzielnicy opanowanej przez mniejszość hinduską, która zamieszkuje Malezję od wieków. Zaledwie parę przecznic i znajdujemy się w kompletnie innym świecie. Kobiety nie noszą chust, tylko różnobarwne sari, a większość mężczyzn z dumą obnosi wąsy. Tu najlepiej spróbować specjałów, które powstały z połączenia kulinarnych tradycji hinduskich oraz malajskich. W Little India jest gwarno i głośno. Co drugi sklep oferuje płyty DVD z filmami „made in Bollywood”, a muzyka wylewa się strumieniami na ulice. Dominuje stylowa zabudowa z czasów kolonialnych nadgryziona zębem czasu. Upragnione chwile spokoju wśród zgiełku miasta odnajdujemy w meczecie Masjid Jamek, malowniczo położonym u zbiegu dwóch rzek Klang i Gombak. Od tego miejsca nazywanego błotnistym rozlewiskiem pochodzi nazwa Kuala Lumpur. Choć nie ma tu fantastycznych muzeów i zabytków najwyższej klasy, warto odbyć krótki spacer. Okolica ta jest jednym z najlepszych miejsc na zakup jedwabiu i delektowanie się smakiem azjatyckich potraw.
Chińskie KL
Ulice biegnące pomiędzy stacjami Pasar Seni na zachodzie oraz Plaza Rakyat na wschodzie zajmuje Chinatown, barwna i gwarna dzielnica mniejszości chińskiej. Turyści oraz miejscowi mieszają się wśród stoisk z jedzeniem i kramów oferujących wszystko, co można sobie wymarzyć. Spacerując niespiesznie ulicami, odkrywamy pełne spokoju buddyjskie oraz taoistyczne świątynie po dach wypełnione intensywnym zapachem palonych kadzidełek. Zapada zmierzch, jesteśmy zmęczeni i szukamy miejsca odpowiedniego na kolację. Zapuszczamy się w wąskie, ciemne i brudne uliczki, gdzie na małych plastikowych krzesełkach siedzą tłumy miejscowych. Nie możemy się zdecydować, przy którym stoisku usiąść. Z pomocą przychodzi starszy pan, który gorąco zachwala jedzoną przez siebie zupę. Obawiając się, że chce nas naciągnąć, długo się opieramy. Okazuje się, że jest jednym z klientów. Widząc nasze niezdecydowanie, zamawia na swój rachunek dwa duże talerze zupy. Twierdzi że, nie darowałby sobie, gdybyśmy opuścili Malezję, nie spróbowawszy tego specjału (zupa jest wyborna i sycąca). Pan Lin, Chińczyk, którego rodzina od wielu pokoleń mieszka w KL, jest dumny nie tylko z zupy, miasta, lecz także z Malezji. Proponuje, abyśmy zostali u niego na dłużej, a on pokaże nam cały kraj. Niestety musimy ostudzić jego zapał, mówiąc, że następnego dnia z samego rana lecimy do Kambodży. Rozczarowany pan Lin żegna się z nami czule, po czym wsiada na motorower i odjeżdża w stronę zachodzącego słońca. W dobrych nastrojach udajemy się do guesthouse’u, by przy szklance piwa podsumować pobyt w KL. Być może miasto nie jest najpiękniejsze, ale za to zaskakuje gościnnością, otwartością i kontrastami. Tylko tu podczas jednego spaceru można poznać smaki, zapachy i zabytki wielu kultur. Nowoczesność i tradycja nie wykluczają się, lecz harmonijnie uzupełniają. Ludzie mają wystarczająco miejsca w sercu, by pamiętać o swoich chińskich czy hinduskich korzeniach. W głowach zaś wystarczająco oleju, by szanować inność.
Dojazd: samolotem z Londynu, bezpośrednie połączenia oferują Air Asia (ok. 2000 zł za bilet w obie strony). Z lotniska do centrum kursują autobusy (bilet 10 RM).
Kiedy jechać: w Kuala Lumpur, leżącym niemal na równiku, cały rok utrzymuje się wysoka temperatura 23–32 st. C, wilgotność powietrza ok. 82%. Pory deszczowe: od lutego do kwietnia, od października do grudnia.
Wiza: nie jest wymagana. Waluta: malezyjski ringgit, 1RM = 1 zł. Najkorzystniejsze kursy wymiany oferują kantory.
Warto wiedzieć: Malezja jest droższa niż inne państwa południowo-wschodniej Azji. Oprócz luksusowych hoteli nocleg oferują także guesthousy (trzeba uważać, większość ma niski standard i wygórowaną cenę). Hotel: 150–500 RM/noc, guesthouse: 30–70 RM/noc.
Przykładowe ceny: porcja laksy – ok. 5 RM, kawa – 4 RM, piwo –10 RM.
Tekst: Bartek Stanny
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze październik 2010 na str. 28-33.
