U stóp góry, na której według Biblii spoczęła Arka Noego, leży Armenia – niewielkie państwo o fascynującej kulturze i tragicznej historii. Ormianie pierwszy rozbiór przeżyli 2500 lat temu. Dziesięć stuleci przed nami zaczęli pisać we własnym języku, a chrzest przyjęli siedem wieków wcześniej. I jak tu nie ulec fascynacji.

W górach południowej Armenii na szczycie samotnej pionowej skały wznosi się niezwykły klasztor Tatew. Za nim zionie przepaść. Jak głosi legenda, podczas jednego z najazdów miejscowi zbiegli w góry. Uciekali, lecz nagle stanęli nad skrajem przepaści, z tyłu otaczali ich wrogowie. Padli więc na kolana i błagali: „Boże, daj nam skrzydła!”. Wtedy między skałą, na której stali, a górą wytrysnęła rzeka, skutecznie ratując ich przed nieprzyjaciółmi. W podzięce wznieśli później monastyr.

Łakomy kąsek 
Ta legenda wymownie obrazuje los Armenii – niewielkiego kraju na Zakaukaziu wciśniętego między Gruzję, Iran, Azerbejdżan, Turcję i azerską eksklawę Nachiczewan. Od początku istnienia Armenia padała ofiarą najeźdźców. Okupowali ją: Scytowie, Persowie, Aleksander Wielki, ponownie Persowie (razem z Bizantyjczykami), Arabowie, jeszcze raz Bizantyjczycy, znów Persowie i wreszcie Turcy (i Rosjanie). Po zniszczeniu w XI w. królestwa Ani przez Bizantyjczyków Ormianom nigdy nie udało się odbudować kraju w historycznych granicach Wyżyny Armeńskiej. Jak pisze w „Imperium” Ryszard Kapuściński, „obecna republika Armenii zajmuje zaledwie 1/10 obszaru tej dawnej, wyżynnej Armenii. Reszta leży w Iranie i przede wszystkim – w Turcji”.

Sakralne skarby
Klasztory w Armenii budowano zazwyczaj w najbardziej niedostępnych i nieprzyjaznych miejscach, by nikt ich nie zniszczył. Dziś te unikalne budowle sakralne ukryte w górach i na przełęczach, w lasach i na skrajach urwisk są największym skarbem kraju. Wewnątrz proste, surowe, spowite mrokiem. Orientowane na wschód, tak by promyki słońca rozświetlały wnętrze kościoła podczas nabożeństwa i tworzyły aurę sacrum. Na zewnątrz zdobią je płaskorzeźby przedstawiające sceny biblijne, ormiańskie krzyże (chaczkary) i słowa zapisane alfabetem pochodzącym z VI w. n.e. Nierzadko też, jak np. w Goshawank, na płaskorzeźbach widnieją symbole obcych religii. Gosh, założyciel tego klasztoru- -uniwersytetu, wplótł w architekturę budowli znane mu znaki wierzeń sąsiednich narodów: islamskie, zoroastriańskie, manichejskie… Dzięki temu monastyr ocalał od zagłady. Klasztory tchną ciszą i harmonijnym, mistycznym połączeniem kultury i natury. Taki nastrój odnajdziemy w będącym kolebką Armenii klasztorze Sewan (majestatycznie wznosi się nad jeziorem o tej samej nazwie) oraz w Chor Wirap – kompleksie monastycznym rozpostartym u stóp Araratu (zdjęcie na stronie obok). Z kolei mroczny zbudowany na skałach kościół Geghard urzeka pielgrzymów szemrzącym strumykiem płynącym przez jego środek.

Dziedzictwo minionych epok
Klasztory – nie są jedyną architektoniczną wizytówką Armenii. Odnajdziemy tu także ruiny poprzednika Erewania – urartyjskiego miasta Erubeni założonego w 782 r. p.n.e. Na południu kraju, w prowincji Sisian, znajdują się megalityczne skały tworzące starożytne obserwatorium. Nazywa się je armeńskim Stonehage, choć są od niego starsze o 500 lat. O duchowej przynależności kraju do kultury europejskiej świadczy efektowna świątynia hellenistyczna z I w. n.e. Zbudowano ją w Garni, na szczycie urwistego, skalnego jaru. Podróżując przez Armenię, nasycimy oczy widokiem wiecznie zielonych łąk i ośnieżonych szczytów Małego Kaukazu. Łagodne wzgórza stopniowo przechodzą w groźne, postrzępione wierchy. W krajobrazie górzystego kraju uwagę zwracają przełęcze. Jedną z najbardziej spektakularnych jest Przełęcz Sulema położona przy drodze wiodącej z prowincji Wajoc Dzor nad jezioro Sewan. Pod nią kryje się seldżucki karawanseraj z XIV w., pamiętający czasy świetności Jedwabnego Szlaku i przejeżdżające kupieckie karawany.

Gość w dom, Bóg w dom
Wyprawa do Armenii nie zapadłaby tak głęboko w mojej pamięci, gdybym nie spotykał się z ludźmi. Ormianie, jeden z najbardziej otwartych narodów, widząc gościa, częstują go tym, co mają najlepsze – i widać, że robią to szczerze. Radosne biesiadowanie stanowi kwintesencję ich życia. Zagadywanie do turysty na ulicy jest powszechne na całym świecie, ale z reguły rzadko wiąże się z zaproszeniem na kawę, ciastka, kefir ajran lub wyborne szaszłyki i kebaby. Na degustację wina lub ormiańskiego koniaku możemy liczyć nawet wtedy, gdy podróżujemy w grupie.

Święta góra Ormian
Nad Armenią góruje majestatyczny szczyt wulkanu Ararat. Widać go prawie z każdej części Erewania i okolic. Wiecznie biały wierch (5165 m n.p.m.) jest świętą górą Ormian – symbolem chwały i upadku, potęgi i tragedii. A przede wszystkim – niezłomnej siły wiary. To tu narodziła się Armenia: jej kolebką są tereny wokół Araratu i jezior Wan i Sewan. Widok tej góry przypomina Ormianom ostatnią tragedię, jaka wstrząsnęła ich losem. W 1915 r. Turcy zabili prawie półtora miliona ludzi i zagarnęli większość rdzennie ormiańskich ziem. W tym także Ararat.

Znaki ormiańskiej egzystencji
Armenia, pierwsze chrześcijańskie państwo świata, przyjęła chrzest w 301 roku. Chrześcijańskie dziedzictwo najwyraźniej jest obecne w Eczmiadzynie – duchowej stolicy Armenii. W mieście słynącym z okazałej katedry, kościołów św. Hripsime i św. Gajane, oraz pięknych ogrodów swoją siedzibę ma Katolikosa – główy Ormiański Kościół Autokefaliczny. W miejscowych wierzeniach zachowało się jednak sporo pozostałości pogańskich, m.in. zwyczaj składania ofiar ze zwierząt. Z czasów przedchrześcijańskich wywodzi się też najważniejszy symbol kultury ormiańskiej, czyli chaczkar. Ten misternie rzeźbiony kamienny krzyż stawia się w murach świątyń, na płytach nagrobnych, a także na rozstajach dróg. Jak pisze Ryszard Kapuściński, chaczkar to „znak ormiańskiej egzystencji”, tak jak książka.

Narodowa relikwia
Nieustannie prześladowani chronili się w górach bądź emigrowali (często nazywa się ich Żydami Wschodu). Zawsze zabierali księgi. Losy tych ksiąg odzwierciedlają historię Ormian. Dziś te manuskrypty znajdują się w ogólnodostępnej, erewańskiej bibliotece Matenadaran. „Ormianin wchodzi do Matenadaranu jak muzułmanin do Mekki – pisze w „Imperium” Ryszard Kapuściński. – To kres jego pielgrzymki, jest wzruszony, przejęty. W dziejach Ormian książka była ich narodową relikwią. Wiele tych manuskryptów, uratowano za cenę ludzkiego życia. Są tu stronice zaplamione krwią. Są księgi ukrywane latami w ziemi, w szczelinach skał. Ormianie zakopywali je, tak jak rozbite armie zakopują swoje sztandary”. Z Matenadaranu, jak z każdego punktu Erewania, widać Ararat. W tym kraju wszystko jest w jego cieniu.

Bilety lotnicze: z Warszawy do Erewania są drogie (co najmniej 1800 zł w obie strony). Z powodów politycznych Armenia ma zamknięte granice z Turcją i Azerbejdżanem. Lądem dostać się tu można tylko z Iranu i Gruzji (nie potrzeba wiz). Najtaniej będzie dolecieć samolotem do Gruzji (np. Liniami Airbaltic z Rygi; bilet w obie strony – ok. 1400 zł), a potem pojechać do Erewania autobusem (7–8 USD).
Wiza: uzyskamy ją w Ambasadzie Republiki Armenii w Warszawie (ul. Bekasów 50; tel. (22) 899 09 40, tel./faks (22) 642 06 43; sekretariat@armenia.internetsl.pl) albo na lotnisku w Erewaniu i przejściach granicznych z Gruzją i Iranem. W ambasadzie wiza kosztuje 30 USD. Na przejściach wizę wydają od ręki i kosztuje połowę mniej.
Waluta: dram (AMD); 1 EUR – 459 AMD

Tekst: Michał Lubina

Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze lato 2010 na str. 74-77.