Z okna widzę przeciwległy brzeg kanału z pochylonymi ceglanymi kamieniczkami o wysokich wąskich oknach, które przeglądają się w wodzie. Amsterdam, miasto pocięte wodnymi wstążkami, to perełka na mapie Europy. A ja znajduję się w jego sercu, na zielonej nieustannie ruszającej się barce. W Holandii życie na wodzie jest bardzo popularne. Oprócz mieszkalnych barek są też domy na wodzie – drewniane konstrukcje osadzone na podestach, przypominające trochę domki letniskowe. Nierzadko taki domek ma piękny ogródek, zaś skrzynka na listy i przyłączone media to pakiet obowiązkowy.  Obok mojego domu codziennie przepływa niezliczona ilość statków wycieczkowych wiozących turystów z całego świata. Ludzie z ciekawością zaglądają w okna. Pewnie zastanawiają się, czym różni się życie na wodzie od lądowego. Przede wszystkim tym, że dom się rusza. Ilekroć obok przepływa większy statek, łajba chybocze się góra-dół. Na początku trochę boli od tego głowa, ale można się przyzwyczaić. Łódka nie ma centralnego ogrzewania – zamiast kaloryferów gazowe piece typu koza. Ciepło szybko ucieka przez cienkie ściany. Poranki witają mnie chłodem, ale nie czuję, żeby bliskość wody miała na to wpływ. Po prostu taki klimat. Na szczęście zimy są tu łagodne jak baranki. Do wnętrza mojego domu wchodzi się z lądu po dwóch schodkach. Potem trzeba jeszcze pokonać kilka stopni w dół i jesteśmy w środku. Pierwsze pomieszczenie to kuchnia, w niej pod oknem stoi wanna. Na typową łazienkę nie ma miejsca, więc kuchnia pełni podwójną funkcję. Dalej znajduje się niewielki pokój dzienny, w którym śpimy. Pod dziobem jest jeszcze jeden „pokój” – niski, idealny na sypialnię lub garderobę. Ja traktuję to pomieszczenie jak piwnicę.Mieszkanie na barce to forpoczta pięknego marzenia o opłynięciu świata. Jeśli chcecie wyruszyć w rejs dookoła globu, spróbujcie najpierw pomieszkać na barce.

Tekst: Anna Dąbrowska

Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze grudzień 2011 na str. 12.