Pierwsza lekcja szacunku była wymuszona. Musiałam się pokłonić – przechodząc przez bardzo niskie drzwi do klasztoru Mar Musa. Kilka chwil później sama pochylałam głowę przed niezwykłymi ludźmi, tradycją i przyszłością, które łączą się z tym miejscem…

– Jesteś głodna, spragniona? Chcesz zostać na noc? Siostra Huda nie czeka na odpowiedź. Od razu prowadzi mnie do dormitorium w kamiennych murach.-O 19.30 medytacja, o 20.30 msza. Nie musicie się przyłączyć, ale musicie być cicho – dodaje.

GOŚCINNOŚĆ
Zrzucam plecak i idę na dziedziniec. Tam czeka już pożywna zupa, chleb i sałatka. Razem ze mną przy stole siedzi Simona z Libanu i Leo z Niemiec. Leo już drugi rok włóczy się po świecie. Ostatnio był w Indiach, gdzie kupił sobie rower i na tym rowerze przyjechał do Mar Musa. – Siedzę tu od czterech tygodni. Chyba za tydzień będę się zbierał… – Urywał w pół zdania. Mnisi właśnie zbierali się na modlitwę.

POWRÓT
W Syrii recykling dotyczy przede wszystkim kamieni. Antyczne budowle służą jako niewyczerpane źródło budulca. Tak też było z klasztorem Mar Musa. Od chwili, kiedy opuścił go ostatni mnich w 1831 r., topniał w oczach, rosły za to domy w okolicznych wioskach. Być może zniknąłby, tak jak w milczeniu odchodzą stąd chrześcijanie, gdyby niefra. Paolo Dall’Oglio, jezuita. Kiedy przybył tu w 1982 r. klasztor, którego początki sięgają VI w., znajdował się w ruinie. Odwiedzali go jedynie pasterze owiec. Na przepiękne freski z XI w. padał deszcz i śnieg. Fra Paolo patrzył na wąskie usta świętych i aniołów, które wymodliły jego przyjście. Patrzył w ich oczy wymalowane do oglądania boskiej chwały, które wciąż nie straciły swej nieziemskiej mocy. Postanowił działać. Zebrał fundusze na remont; zgromadził specjalistów od konserwacji fresków, rozpoczęto prace archeologiczne. W 1991 r. zamieszkali tu mnisi. Klasztor odżył.

KORZENIE
Przed drzwiami do kaplicy stoją buty. W środku podłoga wyścielona jest dywanami. Jak w meczecie… Nie ma ławek, siadamy na poduchach i na dywanach. Jak w meczecie. .. Przed ikonostasem leży Biblia na takim samym stojaku jak Koran. Mnisi już tu są. Ich szaty przypominają galabije, które noszą mieszkańcy okolicznych wiosek. Muzułmanie. I siadają przez ołtarzem Jahwe, tak jak oni, zanim zaczną bić pokłony Allahowi. Siostra Huda wiąże na głowie chustę. W skąpym świetle świec wygląda jak Maryja ze średniowiecznych obrazów… Mszę sprawuje brat Jihad. Maronita. Siada na schodku przed ikonostasem. Tak jak my. Pierwsze czytanie i… rozmowa. Jak w domu. Tak musieli się czuć pierwsi chrześcijanie na spotkaniach z apostołami i pierwsi muzułmanie na spotkaniach z Mahometem… Kątem oka spoglądam na Simonę. Swoją twarz skryła w cieniu, ale widzę jej oczy – szklane i błyszczące… Brat Jihad łamie zwykły chleb i dzieli się z nami. Ofiarowuje wino i każdemu podaje kielich, aby go skosztował. Jedynie Muhammad przekazuje kielich i chleb, bez kosztowania.

SYMBIOZA
Muhammad jest muzułmaninem i dziennikarzem. Przyjeżdża do Mar Musa przynajmniej raz w miesiącu. — Kultura jest jak ekosystem — zaczyna swój wykład, kiedy razem zmywamy naczynia po śniadaniu. W Syrii i na całym Bliskim Wschodzie składają się na nią sunnici, szyici, alawici, druzowie, maronici, grekokatolicy, Asyryjczycy… Każda z tych grup jest niezbędna i niezastąpiona. No i właśnie powoli zaczęło ubywać chrześcijan… Zachwiała się wypracowana przez stulecia równowaga. Klasztor Mar Musa ma swój sposób na rozwiązanie tego problemu. Trzeba stworzyć takie warunki, aby ludzie nie chcieli stąd wyjeżdżać i aby wrócili ci, którzy już wyjechali. Dlatego mnisi zaangażowali się w działania na rzecz ekologii, by ludziom żyło się zdrowiej, pomagają w odbudowie starych domów, by żyło się lepiej i prowadzą eksperymentalną hodowlę owiec, aby nauczyć okolicznych mieszkańców nowoczesnych metod gospodarowania. Ale przede wszystkim chodzi o dialog. – Byłaś w bibliotece? – pyta Muhammad. – Mnisi zgromadzili tam książki, które wam pozwalają poznać islam, a nam chrześcijaństwo. Chciałam odpowiedzieć, że spędziłam w bibliotece kilka niezwykłych godzin, ale Muhammada już nie było. Musiał zdążyć na ostatni autobus do Damaszku.

SAMOTNOŚĆ
Podczas spaceru wokół klasztoru próbuję zliczyć skalne groty. Ich ściany wciąż są czarne od dymu świec. Nic dziwnego, przez setki lat mieszkali i modlili się tu pustelnicy. W VI w. do ich wspólnoty przyłączył się młody etiopski książę Musa el-Habashi (Mojżesz z Abisynii). Niestety, wkrótce na krętych ścieżkach pojawili się również bizantyjscy żołnierze, wysyłając do nieba nową „dostawę” męczenników. Wśród nich był Musa. Zrozpaczeni rodzice postanowili sprowadzić jego ciało, powrotem do Etiopii. Wtedy zdarzył się cud. W nocy kciuk prawej ręki odłączył się od jego doczesnych szczątków i powrócił do swej groty. To był znak. Wkrótce Musa stał się Mar Musą (czyli po arabsku świętym), a w miejscu, gdzie miał swą grotę wyrósł klasztor – Deir Mar Musa. Ścieżka, po której idę, kieruje się na strome zbocze. Co robić? Brnę dalej. Nagle widzę coś, jakby wystającą ze skały rurę… Komin? Podchodzę wyżej. Coś się mieni w słońcu – to plecione srebrnym sznurkiem krzesła, a obok stolik, piecyk, czajnik i zamknięte na kłódkę drzwi do groty. Teraz już wiem, gdzie medytują mnisi, gdy w klasztorze jest zbyt wielu turystów.

SPOTKANIE
Trzy tygodnie później znalazłam się Damaszku. Był zimny i ponury wieczór. Na ulicy nie było nikogo poza majaczącą w słabym świetle latarni postacią. Wyglądała znajomo… Szukam w pamięci… – Leo? Co ty tu robisz? – Właśnie dzisiaj wróciłem z Mar Musy. Chwilę później wpada na nas Muhammad. Nie wierzymy w przypadki. Ktoś zdecydował, byśmy dokończyli urwane rozmowy -ja katoliczka, Leo – protestant i Muhammad – muzułmanin…

Tekst: Dorota Chojnowska

Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze maj 2009 na str. 56-61.