Ciemna, pachnąca wiosną noc. Mdłe światło latarenek omiata odnowione fasady kamieniczek, okalających staromiejski rynek w Zamościu.
Mój wzrok wędruje niespiesznie ku jednej z nich. Czy tylko mi się wydaje, a może rzeczywiście ktoś w mieszkaniu na piętrze domu przy Rynku Wielkim 2 stoi za firanką, której… już nie ma? Tak jak nie ma już samego mieszkania, bo jego miejsce zajmuje teraz biuro.
Wiekowa orkiestra
Dzisiejszej nocy, kiedy wracam z koncertu Orkiestry im. Karola Namysłowskiego mocno chcę wierzyć, że zegar jakimś cudem cofnął się o 100 lat. Wszystko jest wszak możliwe, skoro Włościańska Orkiestra Karola Namysłowskiego, która powstała w Zamościu w roku pańskim 1881 r., gra do dziś jako bodaj najdłużej działająca w Polsce, tylko już nie pod batutą Karola Franciszka, jej założyciela, ale kolejnego na przestrzeni lat następcy, błyskotliwego Tadeusza Wicherka. Myślę sobie, że moja prababcia Regina Kłossowska, żona wybitnego farmaceuty Zdzisława Kłossowskiego – właściciela Apteki Rektorskiej pod numerem 2 – musiała na koncerty Namysłowskiego chadzać. I to ona właśnie wyglądała oknem z nieistniejącego mieszkania z przeszłości, które przez ponad sto lat należało do mojej rodziny.
Apteka od Rektora
Niezwykłe jak ta noc są całe dzieje Rektorskiej, nazwanej tak już w PRL-u na cześć założyciela apteki, Szymona Piechowicza z Turobina, profesora i wieloletniego, zasłużonego Rektora Akademii Zamojskiej. Otwarta w 1609 r. okazała się najdłużej działającą – bo do dziś – apteką w Polsce. Przez sto lat (1842-1948) jej właścicielami byli Kłossowscy, moi antenaci. Karol, a potem jego syn, Zdzisław okazali się wybitnymi farmaceutami i społecznikami. Pierwszy założył w Zamościu straż ogniową, drugi był członkiem Ochotniczej Straży Pożarnej, Koła Polskiej Macierzy Szkolnej, opiekunem Zakładu dla Starców i Kalek, członkiem Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Zdzisław stworzył też przy aptece jedną z pierwszych w Królestwie Polskim pracowni analitycznych z nowoczesnym sprzętem laboratoryjnym pod nazwą Stacja Higieniczna Miejska. Badano tu głównie produkty spożywcze, wodę ze studni miejskich i przeprowadzano analizy lekarskie.
Bardzo piękni oboje
Zdzisław, jako reprezentant polskich farmaceutów brał udział w zjazdach naukowych w kraju i za granicą, był członkiem rzeczywistym Międzynarodowego Kongresu Farmacji, a następnie, jako jedyny Polak wszedł w skład Komisji Międzynarodowej Federacji Farmaceutycznej. Zdzisław, czyli mój pradziadek, był mężczyzną… obłędnie przystojnym nawet na dzisiejsze standardy: wysokie czoło, wąski nos, sumiasty wąs. Jego żona, a moja „panienka z okienka”, czyli prababcia Regina, musiała wywoływać przyspieszone bicie serca niejednego zamościanina, gdy spod gęstej fali blond włosów spojrzały na niego szaro-niebieskie czy szarozielone oczy (takie mają wszystkie panie w naszej rodzinie). W mieszkaniu nad apteką żyło im się dobrze. Jedna ze starych fotografii pokazuje fragment salonu z ciemną tapetą w delikatny deseń i choinkę do przekraczającego trzy metry sufitu, zdobioną zabawkami wykonanymi dziecięcymi rączkami, bo pradziadkowie doczekali się aż trzech latorośli.
Łóżko dla Gierka
Dziadek odszedł wcześniej niż prababcia, również społecznica odznaczona w dwudziestoleciu Złotym Krzyżem Zasługi. Gdy 17 września 1939 r. do Zamościa wkroczyła „czerwona hołota”, sołdaci porąbali na opał większość rodzinnych mebli. Po wojnie aptekę, już wtedy dzierżawioną komu innemu, rzecz jasna upaństwowiono. Potem zaś podatkami zmuszono naszą rodzinę do sprzedaży domu – za bezcen (mama zrealizowała za tę kwotę marzenie Kowalskiego, nabywając malucha). Polska Ludowa dopisała zaś do historii kamienicy jeszcze jeden rozdział. Otóż I sekretarz PZPR Edward Gierek wraz z małżonką na dożynki 1980 r.
wybierali się właśnie do Zamościa. Jako że w najlepszym wówczas stanie znajdowało się dawne nasze mieszkanie – postanowiono je szybko wyrychtować. Łazienkę zaopatrzono w szare marmury, w jednym z pokoi wyszykowano „gotowalnię” (ja słyszałam, że dla Stasi – ale tu wersje są różne). W każdym razie w mojej dziecięcej pamięci pozostał koszmarny widok ścian przykrytych od podłogi do sufitu lustrami ze szklanymi ćwiekami – takimi jak w publicznych WC w poprzednim ustroju. Pan Marcin Zamoyski, którego wieloletniej prezydenturze gród przodków zawdzięcza wiele cennych inwestycji, opowiadał mi, że łóżko dla Gierka, ponieważ nijak nie dało się wciągnąć go krętymi schodami na piętro, dygowano na nie przez okno za pomocą dźwigu! I to wszystko na zaledwie jedną noc, która… nigdy nie nastąpiła, bo w kraju „wybuchła” Solidarność. Za to do kamienicy na długie lata przylgnęła nazwa „Gierkówka”.
Jak za Ordynacji
Dziś już nie nasz dom ma się dobrze, apteka prosperuje znakomicie w sieci aptek Dbam o Zdrowie, a znajdująca się na pięterku, niewielka Izba Farmacji przypomina o dokonaniach moich antenatów. Gdy ją niedawno odwiedziłam, pokonać musiałam stareńkie, drewniane, trzeszczące przy każdym kroku wąskie schody, pamiętające zapewne dotyk stóp prababuni Reginy. Jestem przekonana, że cieszyłaby się tak jak ja, widząc, jak Zamość dosłownie pięknieje w oczach. Otoczony na nowo „reaktywowanymi” murami, staje się na powrót idealnym miastem-twierdzą z wizji I Ordynata, Jana Zamoyskiego.
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze czerwiec-lipiec 2015 na str. 76-79.
