Opowieść o Bracie Diabła,
 okrutnym admirale Nelsonie, francuskiej rewolucji i pewnej pamiętnej nocy pod rozgwieżdżonym niebem Włoch…

Dobiegał właśnie końca wiek osiemnasty. Trwał tyle co i inne, ale świat w tym czasie zmienił się bardzo. Zmienili się ludzie, którym nie do końca w smak były stare, oparte bardzo często na bacie i muszkiecie, porządki. Tu i ówdzie dochodziło do coraz silniejszych wystąpień przeciwko uzurpującym sobie boskie pochodzenie pomazańcom, co skończyło się ścięciem jednej z królewskich głów i rozlewem rewolucyjnych idei po całej nieomal Europie.

Narodzone naci Sekwaną szczytne hasło: Wolność, Równość, Braterstwo wraz z sukcesami francuskich armii, stawało się również popularne w sąsiednich Włoszech. Jednak – jak to w życiu zwykle bywa – wypisane na sztandarach słowa nijak się miały do codziennej praktyki szukających łatwego łupu oddziałów.

Nic dziwnego, że bezpardonowe rekwizycje, nadużycia i – co tu owijać w bawełnę – rabunki i gwałty, szybko zraziły do wyzwoleńczego, trójkolorowego sztandaru tłumy wyzwalanych, co oczywiście, wykorzystać potrafili koronowani przeciwnicy rewolucji.

Rozpoczynał się właśnie 1799 rok, gdy z północy uderzyły na Włochy połączone siły austriacko-rosyjskie, którym nie była w stanie przeciwstawić się zdemoralizowana armia francuska. Gdy zaś w Apulii wylądowały niewielkie oddziały rosyjsko-tureckie, słabe rewolucyjne wojska Ettore Carata odstąpiły na północ nieomal bez walki. Na dodatek w Kalabrii wylądował wraz ośmioma towarzyszami kardynał Fabrizio Ruffi, co samo w sobie nie byłoby niczym nadzwyczajnym, gdyby nie dalsze skutki tegoż desantu.

Ruffi wywodził się z neapolitańskiej arystokracji i przez długie lata uchodził za modelowego, konserwatywnego fanatyka. Swoją karierę zawdzięczał wstawiennictwu stryja, kardynała Tomasza, który potrafił wprowadzić go do służby watykańskiej. W 1791 roku papież Pius VI nie zważając na to, że jego protegowany nie ma nawet niższych święceń kapłańskich, mianuje go kardynałem i powierza faktyczne kierownictwo administracją finansową. Jednak ówczesna sytuacja finansowa papiestwa była tak zła, że na nic zadała się przebiegłość purpurata. Poróżniony z Kurią Ruffi opuszcza w końcu Wieczne Miasto i w Kalabrii staje na czele antyfrancuskiej ludowej Armata Christiana lub Armata della Santa Fede (Armii Świętej Wiary).

Ale i ta armia niewiele miała z prawdziwą armią wspólnego. Tworzyła przede wszystkim uciążliwe dla mieszkańców wyzwalanych terenów bandycko-rabunkowe grupy, którym jakiekolwiek próby przeciwstawienia kończyły się straszliwymi torturami i w efekcie śmiercią każdego z odważnych. Jednym z najbliższych współpracowników kardynała zostaje legendarny Fra Diavolo (Peza Michele – Brat Diabeł) – niesłychane połączenie religijności i okrucieństwa – postać, którą chyba nikomu bliżej przedstawiać nie trzeba.

Sukcesy powstańców wspieranych przez niewielkie oddziały koalicji przechodzą najśmielsze oczekiwania. Rzezie jakobinów nasilają się szczególnie po wkroczeniu do Neapolu. Niebawem w rękach Francuzów i ich miejscowych popleczników znajduje się już tylko zamek Sant’Elmo oraz trzy inne ufortyfikowane punkty oporu. Wielkoduszny Ruffo proponuje przeciwnikom honorową kapitulację, na co przystają. Stosowny dokument gwarantujący osobistą wolność podpisują ponadto wszyscy dowódcy wspomagających go oddziałów angielskich, rosyjskich i tureckich, co wydaje się nadawać mu stosowną rangę. Przez niecałą dobę. Pojawienie się nazajutrz admirała Horatio Nelsona, przyjaciela amoralnej – nawet jak na osiemnastowieczne standardy królowej neapolitańskiej Marii Karoliny – całkowicie zmieniło sytuację. Sędziwy admirał Francesco Caracciolo na osobisty rozkaz Nelsona zawisnął na rei jego flagowego okrętu, zaś włoscy jakobini zostali co do jednego wymordowani. Życie uratowali jedynie ograbieni nawet z rzeczy osobistych Francuzi. Południowe Włochy z powrotem stawały się monarchią.

No dobrze – powie ktoś – ale co to ma z kulturą czy turystyką, szczególnie polską, wspólnego? Nie trzeba chyba wyjaśniać, że wynikłe wówczas powszechne zamieszanie odbyło się nie bez skutków dla ówczesnego ruchu turystycznego. Przekonał się o tym osobiście jeden z największych i chyba najpodlejszych magnatów dopiero co upadłej Rzeczpospolitej – Stanisław Szczęsny Potocki z Tuczyna, któremu właśnie w tych niespokojnych czasach zachciało się wybrać w nieco opóźnioną poślubną podroż do słonecznej Italii z nie najmłodszą już, ale ciągle ponętną żoną. Pewnej nocy gospoda, w której nocowali została otoczona przez jeden z chłopsko-ban dyckich, choć walczących w słusznej sprawie, oddziałów. Jego herszt nie tyle zapałał z miejsca miłością do pochodzącej z osiadłej w tureckiej Bitynii greckiej rodziny Glavani ex-Wittowej, a obecnie Potockiej – jak chciała to widzieć rodowa legenda- co postanowił na własnej skórze doświadczyć jej temperamentu. A ten, trzeba przyznać, Zosia miała nie lada jaki. W dziewięć miesięcy później przyszedł na świat kruczowłosy i śniadej cery potomek starego magnata. I chociaż dokładna data narodzin spadkobiercy największej fortuny Rzeczpospolitej utrzymywana jest nadal w ściśłej tajemnicy, tak naprawdę nikt nigdy nie miał najmniejszej wątpliwości czyja krew zasiliła tych, których pycha i nieposkromiona żądza władzy legła u przyczyn upadku Rzeczpospolitej. Również Zosi owa noc musiała chyba na długo pozostać w pamięci, skoro w jej dokumentach przechowało się nazwisko owego „złoczyńcy” Caracolliego, a narodzony potem syn Mieczysław stał się oczkiem w jej głowie, ale to – jak i jego późniejsze losy – to już zupełnie inna historia.

Tekst: Krzysztof Łukaszewicz

Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze Kwiecień 2004.