O organizacji tego wrześniowego rejsu w Otago Yacht Agency i w Saling rozmawialiśmy już od kwietnia. Spieraliśmy się o trasę, dojazd, o to które wybrać jachty, liczbę załóg i kto ma zostać kapitanem flotylli, gdyby załogi chciały płynąć razem.
21 września, gdy wreszcie nadszedł ten upragniony dzień wyjazdu, kiedy można zamknąć za sobą drzwi i powiedzieć „wracam za tydzień”, do Chorwacji pojechało autokarem 5 załóg. Pozostałe zdecydowały się na dojazd samochodami.
Marina „Zlatna Luka” (obecnie nazywa się Dalmacija) przywitała nas, jak przystało na „ciepły kraj”, lustrem wody, błękitem nieba i gorącym słońcem. Cały port rozgadał się różnymi językami i wypełnił załogami, które się odprawiały, stawiały żagle, sztauowały goniąc po marinie po zapomniane, ostatnie zakupy. Jednak gdy wychodziliśmy następnego dnia rano w morze, ono przypomniało sobie o nas. Założyliśmy sztormiaki. Jak się później okazało, był to najbardziej wietrzny (w porywach do 35m/s) i chłodny dzień całego rejsu (ostatniego dnia wracaliśmy w kostiumach kąpielowych). Nawet na zarefowanych żaglach nasz nowy Oceanis 331 s/y Einstein, szedł jak burza. Wiało mocno, świeciło ostre słońce, a bryzgi wody od dziobu co jakiś czas moczyły nam sternika, podczas gdy pozostała załoga siedząca na burcie robiła unik do kokpitu. Żal było zawijać do portu, ale na pierwszą noc zatrzymaliśmy się na Murterze – marina Hramina. Plusem żeglowania w Chorwacji jest gęsta sieć portów i marin, co pozwala w krótkim czasie bezpiecznie stanąć przy kei.
Wodospady rzeki Krk
W pełni słońca dopływamy do mariny Skradin, u ujścia rzeki Krk. Wygodny port i miasteczko wciśnięte w głęboka zatokę. Planujemy zwiedzanie wodospadów Krka, ale niestety ostatni stateczek, który dowozi tam turystów już odszedł. Ponieważ jest to zamknięty teren Parku Narodowego, żadne inne jednostki wodne nie mają tam prawa wstępu.
Zrywamy się bladym świtem, gdy w górach jest jeszcze ciemno. Wszystko jeszcze śpi, rozmawiamy ze sobą szeptem. Na spacerowym stateczku, który zwykle zabiera ok. 30 pasażerów jest nas raptem pięcioro. Pod mostem stanowiącym granice Parku, w gęstej mgle, powoli wsuwamy się do kanionu rzeki Krk. Zupełnie jakbyśmy wpływali w świat mrocznych baśni. Szum wodospadu narastał stopniowo wraz ze wstającym dniem. Po godzinie wędrowaliśmy już pod błękitem nieba, wąskimi ścieżkami wśród spadających kaskad wody i słońca przenikającego przez kolorowe liście drzew. Istna bajka… Polecamy zwiedzanie parku bladym świtem, kiedy jeszcze na ścieżkach nie pojawią się rzesze turystów.
W południe oddajemy cumy i z lekkim baksztagiem wracamy na pełne morze. Płyniemy od wyspy do wyspy zastanawiając się nad kolejnym portem na noc. Zgodnie z przyjętym zwyczajem pływamy z nasłuchem radiowym. Cisze w eterze przerywają co jakiś czas pogubione polskie załogi próbujące się odnaleźć. Ciekawe, że na „chorwackim oceanie” nie słychać prawie wcale żadnych innych języków.
Rogoźnica
Następny nasz cel to Rogoźnica. Gdy pod koniec dnia wpływamy do zatoki wita nas zwarta zabudowa miasteczka i szpaler palmowych pióropuszy odbijający się w tafli wody, a wszystko to skąpane w ciepłym, zachodzącym słońcu. Od strony zachodniej, ukrytej w gęstym cieniu, widzimy tylko las masztów wystających ponad kontury lądu. To marina ACI, bardzo rozległa i kusząca wygodnymi łazienkami. Bez wahania decydujemy się stanąć wzdłuż ciepłej, osłonecznionej miejskiej kei.
Wywieszamy wszystkie odbijacze na lewa, burtę i wychodzimy na połyskujące kamienie nadbrzeża. O tej porze roku nie ma problemu ze znalezieniem tu wolnego miejsca. A może odezwała się w nas odrobina lenistwa? Teraz stoimy przy samych knajpkach, a do mariny na druga stronę zatoki jest dobre pół godziny drogi.
Tribunji
Następnego dnia myśleć zaczynamy już o powrocie. Wiatry trochę kręcą, więc i my zmieniamy co chwilą cel naszej wyprawy.
Zajmujemy się bardziej żeglowaniem i najlepszym ustawieniem żagli niż trzymaniem kursu. Płyniemy tam, gdzie nas wiatry niosą. Wychodzi trochę zakosami, ale przeżywany przynajmniej trochę emocji.
Pod wieczór wchodzimy do małego porciku Tribunji, tuż powyżej znanej mariny Vodice. Przewodniki po Chorwacji nic nie mówią o tej miejscowości, a warto tu zajrzeć. W pierwszym basenie stoją duże, drewniane żaglowce wycieczkowe, głębiej dopływamy do mariny w budowie. Keje są już gotowe, ale bez żadnych wygód. Porcik ma urocze położenie na cyplu, u stóp zielonego wzgórza z kościółkiem. Wspinamy się na szczyt po krętych kamienistych ścieżkach wijących się pomiędzy sosnami i cyprysami. Na sam szczyt docieramy, gdy słońce chowa się za horyzontem. Jest jednak jeszcze na tyle widno, aby zachwycić się wspaniałym widokiem okolicznych wysp ciągnących się aż do archipelagu Kornatów. Obserwujemy jak ostatnie łodzie rybackie wracają do portu zostawiając długi ślad na spokojnej tafli wody. Wyspy stają się powoli czarnym kształtem zatopionym w złoto-czerwonym świetle zachodu. Nad pasmem wysp pojawiło się kolejne pasmo ciemnych kształtów, ale to już były chmury do złudzenia przypominające kolejny archipelag. Zapaliły się reflektory oświetlające biały kościółek. Teraz wygląda on jak dekoracja teatralna z wymalowanym nad nim księżycem. Długo siedzieliśmy na rozgrzanych kamieniach muru, zatopieni w ciszy wieczoru.

Archipelag Kornati
Z równym wiatrem szybko wychodzimy na pełne morze. Planowaliśmy opłynięcie wyspy Komat od strony zachodniej i wejście do mariny Piskera, ale zmieniamy zdanie i wpływamy w wąskie przejście pomiędzy wyspami Komat i Zut.
Obie wyspy to beżowe pagóry pokryte suchą trawą stanowiące tylko pastwiska. Zastanawiają nas proste linie przebiegające w poprzek wzniesień – czyżby były to granice pastwisk? Sama cieśnina jest tak wąska, że zmusza nas do częstej zmiany kierunku płynięcia. Wiatr wieje oczywiście wzdłuż wysp, więc trochę czasu zajmuje nam przejście całej trasy. Jest już zbyt późno, aby płynąć do wchodzenia do Parku Kornati, stajemy więc w marinie Aci na wyspie Zut. Sama marina, schowana w głębokiej zatoce, jest dość charakterystyczna. Stanowi ją jeden bardzo długo pomost, przy którym może stanąć 120 jachtów. Taka architekturę mariny narzuca szybko opadające dno i kierunki wiejących tu wiatrów. Przy silnej borze zalecane jest stawanie przy wschodniej części pomostu, a przy wiatrach południowych – przy zachodniej.
Już o 6 rano budzi nas ostre, wschodzące słońce. Cały brzeg ma tylko jeden kolor – pomarańczowy. Wędrujemy na najwyższy szczyt wyspy. Nie ma żadnej ścieżki, idziemy po suchej trawie i kamieniach, a z każdym krokiem coraz bardziej otwiera się przed nami horyzont i kolejne wyspy.
Szczyt jest kamienisty i jak na dłoni mamy stąd widok na cały archipelag Komat. Niektóre z wysp – bardzo surowe, a wszystko co na nich żyje jest suche, inne – wyraźnie zielone, porośnięte drzewami. W oddali dostrzegamy zabudowę miejscowości Sali na wyspie Długi Otok. W kierunku wschodnim obejmujemy wzrokiem całą wyspą Pasman, a za nią wzniesienia stałego lądu. Mimo wczesnej pory widać już kilka białych kresek. To jachty, które ruszyły z pierwszą poranną bryza.
Mamy jeszcze wystarczająca ilość czasu, by wpłynąć w długą zatokę Telascica stanowiąca Park Narodowy Kornati. To miejsce docelowe licznych dziennych wycieczek statków pasażerskich z okolic Zadaru.
Tydzień na chorwackich wodach to naprawdę mało. Już w drodze powrotnej myślimy o tych portach, które jeszcze przed nami zostały, wspaniałych zatoczkach, urokliwych marinach i dobrze wiemy, ze już niedługo powrócimy tu znowu.
Tekst: Joanna Rafalska
Fot.: Narodowy Ośrodek Informacji Turystycznej Republiki Chorwacji
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze Lipiec 2005.
