Nikt chyba w bogatych dziejach, jakie to miasteczko ma za sobą, nie byłby w stanie wyobrazić sobie, że przyjdą takie lata, gdy znajdzie się ono nie tylko na uboczu wielkiej polityki, ale i gospodarczego rozwoju otaczających go regionów.

A tak stało się po pierwszym rozbiorze, gdy silna i działająca w porozumieniu z Prusami i Rosja Austria „odebrała” sobie region Spiszu. Ten sam, który 360 lat wcześniej oddala w zastaw Władysławowi Jagielle za 37 tysięcy kop praskich groszy niezbędnych stojącemu na skraju bankructwa Zygmuntowi Luksemburskiemu, królowi Węgier i cesarzowi rzymskiemu. Było to kilka lat po tym, jak ten sam Zygmunt w porozumieniu z Władysławem Opolczykiem i Krzyżakami planowali pierwszy w historii rozbiór Polski. Wówczas nie udało się, Krzyżacy dostali łupnia pod Grunwaldem, zaś wojska Zygmunta gotujące się do ataku musiały zawrócić. Doszło do porozumienia pomiędzy dość spolegliwym Litwinem a cesarzem i do wspomnianej już wcześniej pożyczki.
Prawdziwa jednak historia, tak miasta, jak i zamku ukryta jest w pomroce dziejów. Dzisiaj wiadomo tylko tyle, że pod koniec pierwszej połowy XIII wieku znajdował się tu kościół i fortalicja. W czasie buntu żupana Rolanda, córka Beli IV – w tym już czasie księżna polska Kinga – kazała obsadzić okolice swym wojskiem, czym jeszcze bardziej pogłębiła węgierską anarchię.

Sam zamek wzmiankowany jest po raz pierwszy w roku 1311, w dokumencie wdowy po Amadeju Abie -tym samym, który lokował Nową Lubowlę licząc, że i ta – podobnie jak Stara – przynosić mu będzie zupełnie pokaźne zyski.

Zamek
[…] W Lubowli huczały działa na powitanie, aż wieże i blanki pokryły się dymem, dzwony biły jakby na pożar. Dziedziniec, na którym wysiadł król, krużganek i schody zamkowe wysłane były suknem czerwonym. W wazach z Włoch sprowadzonych paliły się wschodnie aromaty. Większą część skarbów Lubomirskich: kredensów złotych i srebrnych, makat, kobierców, gobelinów misternie flamandzkimi rękoma tkanych, statui, zegarów, szaf klejnotami zdobnych, biur perłową macicą i bursztynem wykładanych, sprowadzono już wcześniej do Lubowli, aby je uchronić przed drapieżnością szwedzką; teraz zaś wszystko to było rozstawione, rozwieszone, ćmiło oczy i zmieniało ów zamek w jakąś czarodziejską rezydencję. I pan marszałek umyślnie roztoczył taki, sułtana godny przepych, aby okazać królowi, że chociaż wraca jako wygnaniec, bez pieniędzy, bez wojska, nie posiadając pra wie szat do zmiany, przecie jest panem potężnym, mając sług tak potężnych i równie wiernych. Zrozumiał ową intencję król i serce wezbrało mu wdzięcznością, co chwila więc brał marszałka w ramiona, ściskał go za głowę a dziękował. […]
Do uczty, która po wypoczynku nastąpiła, król zasiadł na wywyższeniu, a pan marszałek sam mu usługiwał, nie pozwalając nikomu się zastąpić. Po prawicy króla wziął miejsce nuncjusz Widon, po lewicy książę prymas Leszczyński, dalej po obu stronach dygnitarze duchowni i świeccy, jako ksiądz biskup krakowski, poznański, ksiądz arcybiskup lwowski, dalej łucki, przemyski, chełmiński, ksiądz archidiakon krakowski, dalej pieczętarze koronni i wojewodowie, których ośmiu się zebrało, i kasztelani, i referendarze, a z oficerów zasiadł do uczty pan Wojniłłowicz, pan Wiktor, pan Stabkowski i pan Baldwin Szurski, lekkiego znaku imienia Lubomirskich przywódca.
W drugiej sali stół był zastawiony dla szlachty pomniejszej, a obszerny cekhauz dla ludu prostego, wszyscy bowiem mieli się w dzień przybycia pańskiego weselić. A przy wszystkich stołach nie było o niczym innym rozmowy, tylko o powrocie króla, o strasznych przygodach, które w drodze zaszły i w których ręka boża króla broniła. […] – tak wyobrażał sobie pobyt Jana Kazimierza na zamku w Lubowli Henryk Sienkiewicz, pisarz, który znał ów kasztel jedynie z opisów i ilustracji.
Prawdziwa kariera zamku zaczęła się jednak od wielkiego nieszczęścia, jakim było „zbyt huczne” przyjęcie w 1553 roku nowego spiskiego kapitana Jana Bonera, syna Seweryna. W trakcie obfitującego w wiwaty i armatnie wystrzały triumfalnego wjazdu doszło do zaprószenia ognia w prochowni, wybuchu i wielkiego pożaru. Z zamku ocalała, istniejąca po dziś dzień, wieża i fragmenty obronnych murów. Reszta była gruzowiskiem. Na szczęcie zginęło tylko dziewięć osób, reszta szczęśliwe przyglądała się owemu nigdy niezapomnianemu wjazdowi.
Boner wykorzystał okazję i energicznie przystąpił do przebudowy, unowocześnienia i wzmocnienia fortalicji. Pracami kierowali Jan Frankenstein z Krakowa i Antonius Włoch. Właśnie im lubowiecki zamek zawdzięcza dzisiaj swój wygląd.
W 1587 r. zamek w Lubowli został zajęty przez austriackie wojska arcyksięcia Maksymiliana Habsburga, który po śmierci Stefana Batorego „ruszył na Kraków”. Maksymilian przegrał, ale twierdza przez dwa lata była w rękach Austriaków. W sześć lat później, w nie do końca jasnych okolicznościach, nastąpiła „prywatyzacja” zamku, który od tej chwili, przez pięć pokoleń, był własnością Lubomirskich. Do Korony powrócił dopiero w czasach saskich. W 1768 roku pojawił się tu Maurycy Beniowski, ożeniony z Zuzaną Hónsch ze Spiskiej Soboty, której ponoć przecudna uroda nie była w stanie go utrzymać w małżeńskim łożu dłużej niż miodowy miesiąc. Nie powiodły się próby nakłonienia zarządcy majora Elstermana do przejścia na stronę konfederatów barskich i nasz dzielny Maurycy wylądował w lochach wieży. Szybko zresztą stamtąd uciekł. Ale to tu właśnie zaczęła się jego słynna światowa przygoda zakończona na dalekim Madagaskarze.
11 kwietnia 1769 r. węgierski generał Almassy wysłał na zamek 150 huzarów i 100 żołnierzy piechoty. Ci bez walki opanowali zamek, kończąc tym samym jego polski rozdział. Definitywnie został on zakończony trzy lata później formalnym aktem roz-
biorowym. W 1825 roku Austria sprywatyzowała zamek sprzedając go za 57 tysięcy złotych reńskich niejakiemu Jurajowi Feliksowi Raiszowi. Ostatnimi prywatnymi właścicielami zamku byli przedstawiciele polskiego rodu Zamoyskich, którzy w 1883 r. odkupili twierdzę. Zamoyscy byli już właścicielami położonego po sąsiedzku uzdrowiska Wyżnie Drużbaki. Mieszkali co prawda w kasztelu pod zamkiem, a samą budowlę wykorzystywali jedynie w celach reprezentacyjnych. Ostatnim z nich był hrabia Jan Zamoyski, żonaty z hiszpańską księżniczką Izabelą de Bourbon.

Muzeum
Zrujnowany po wojnie zamek jest obecnie, dzięki staraniom miejscowych władz, powoli odbudowywany. Na razie udostępniono zwiedzającym pokrytą dachem wieżę, z której rozciąga się przepiękny widok na dolinę Popradu i daleki łańcuch Tatr, a także kilkanaście pomieszczeń w dolnej części fortecy. Uwagę zwiedzających przyciągają, zgromadzone w dawnej zamkowej kaplicy, ołtarze – z najstarszą na Słowacji XIII wieczną Pietą oraz oryginalna żałobna chorągiew, o której opowiada się następującą legendę:
„W połowie XVIII stulecia na zamkowych murach pojawiać się zaczęła nocą Śmierć. Nikt nie potrafił poradzić sobie siejącym grozę zjawiskiem, aż pewien warszawski kupiec, znający legendę o bazyliszku, poradził skorzystać z luster. Niestety Śmierć się ich nie przestraszyła i je porozbijała. Zajęło jej to jednak trochę czasu, z czego skorzystał miejscowy artysta aby naszkicować portret paskudy. Posłużył on pewnemu krawcowi, któremu przyszło do głowy uszycie czarnej chorągwi i wyhaftowanie tak udanej podobizny Śmierci, że gdy doszło do konfrontacji. Ta się tak swego wizerunku przestraszyła, że czmychnęła czym prędzej za góry, za lasy…”
Jest jeszcze i legenda o dwóch żołnierzach, którą chętnie opowiadają przewodnicy. Jednak by ją usłyszeć zapraszam w gościnne progi zamku lubowieckiego zamku, który znajduje się wszak tylko kilka kilometrów za polską granicą.

Tekst: Krzysztof Łukaszewicz

Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze Lipiec 2005.