W ostatnich dniach wiosny 1914 roku sytuacja w Europie była napięta choć daleko jej jeszcze było do tego, co zwykle określamy słowem dramatyczna. Kryzysy w polityce zdarzały się prawie zawsze i nikt tak naprawdę nawet nie podejrzewał, że tym razem „zawali” się cały znany ówczesnym świat.

A wszystko zaczęło się na Bałkanach, w tym „kotle” ludów i religii, które zdaniem Bismarcka – najwybitniejszego dziewiętnastowiecznego niemieckiego męża stanu nie było warte nawet kości jednego pruskiego grenadiera. Ale teraz właśnie Austro-Węgry zachciały za wszelką cenę pokazać krnąbrnej Serbii, kto tu naprawdę rządzi. Wiedeń gotowy był nawet sprowokować określone działania by tylko móc szybko uporać się z ambitnym konkurentem do władzy nad południowymi Słowianami. Na początek do anektowanych niedawno Bośni i Hercegowiny miał się udać z wizytą następca tronu. Termin wizyty nie był jednak przypadkowy.

Niemal na tydzień przed owymi tragicznymi wydarzeniami serbski ambasador w Wiedniu przybył do pałacu Ballhaus-Platz z prośbą, aby Jego Cesarska Wysokość książę następca tronu i Jej Wysokość księżna von Hohenberg „zechcieli łaskawie wstrzymać się od przybycia do Sarajewa” akurat w dniu świętego Wita. Dzień 28 czerwca jest bowiem w Serbii (po dziś dzień zresztą) dniem żałoby narodowej. W tym bowiem dniu w 1389 roku na polach Kosowa Turcy zadali Serbom ostateczną klęskę. Tak totalną, że nawet śmierć tureckiego wodza naczelnego z rąk Serba Miłosza Oblicia – nie mogła uchronić ich od trwającej ponad pięć wieków barbarzyńskiej niewoli.

Mimo to, a może właśnie dlatego, że chodziło o upokorzenie Serbów arcyksiążę Ferdynand zdecydował się na „złożenie wizyty” w Bośni właśnie w tym dniu. W swym uporze tkwił tak dalece, że postanowił nawet odbyć powtórny przejazd przez miasto, mimo że chwilę wcześniej pod jego samochód rzucono bombę. Zakończenie tego tragicznego dnia znane jest dobrze wszystkim. Szwejk licytując w grze mógł chwaląc się dobrą bijącą inne karty rzec: „szóstka pik jak sześć strzałów w Sarajewie”. W miesiąc później zaczęła się Wielka Wojna.

„Tannenberg, bai Tannenberg gross waren unsere Siege!”
2 Armia rosyjska generała Aleksandra Samsonowa operująca wzdłuż Narwi miała zaatakować Prusy Wschodnie od południa. W jej składzie znajdowały się 4 korpusy (XIII,VI,XV, XXIII), trzy dywizje rezerwowe, 1 brygada strzelecka i 4 dywizje kawalerii.
W drugiej połowie sierpnia 1914 roku obie armie rosyjskiego Frontu Północno-zachodniego przystąpiły do działań. 1 Armia Rennenkampfa uderzyła na siły niemieckiej 8 Armii dowodzonej przez generała von Prittwitza i 17 sierpnia starta się z nią pod Gąbinem. Walka nie została rozstrzygnięta bowiem siły niemieckie wycofały się na wieść o przekroczeniu granicy przez 2 Armię rosyjską, która zagrażała ich tyłom. Rozsądne działania Prittwitza pozbawiły go jednak dowództwa. Na czele niemieckiej 8 Armii stanął Paul von Hindenburg. Jego szefem sztabu został uważany za zdolnego generał Erich Ludendorff.

Wobec powolnych postępów 2 Armii Rennenkampfa Niemcy zwrócili się przeciwko bardziej ich zdaniem groźnej 2 Armii i w trakcie walk 26-31 sierpnia doprowadzili do jej okrążenia i całkowitego zniszczenia pod Tannenbergiem. Do niemieckiej niewoli dostało się ponad 92 tysiące jeńców. Zdobyto 350 dział i olbrzymie tabory. Już wieczorem 29 sierpnia w okrążeniu znalazł się sztab Samsonowa składały się z niewielkiej, kilkunastoosobowej grupki sztabowców nie mających już najmniejszego wpływu na losy walczących jeszcze w osamotnieniu jednostek. W najbliższym otoczeniu niefortunnego wodza znaleźli się między innymi generał Lebiediew i pułkownik Wiałow, którzy w oparciu o posiadane bardzo niedokładne mapy usiłowali wyprowadzić z kotła najważniejsze dokumenty oraz ciągnioną przez dwa konie taczankę z metalową skrzynią zawierającą pieniądze na żołd i prowiant armii tj. około 300 tysięcy rubli w złocie oraz wykonane ze srebra i złota medale, które po opanowaniu Prus Wschodnich miano wręczać wybijającym się oficerom i szczególnie zasłużonym żołnierzom. Według dzisiejszej wartości kruszców ów „skarb” należy szacować na jakieś 170 mln obecnych złotych.

Po naradzie, która – jak głosi jedna z legend – miała się odbyć w cieniu ponad czterystuletniego dębu zwanego „Karolinką” koło Wielbarku położonego nieopodal leśniczówki o tej samej nazwie, zdecydowano rozdzielić się na mniejsze grupki. Każda z nich miała już na własną rękę przedzierać się do Królestwa. W pewnej chwili grupa w której przedzierał się generał Samsonow usłyszała pojedynczy strzał. Jednocześnie stwierdzono brak dowódcy. Aleksander Samsonow popełnił samobójstwo.
Wiadomość o śmierci dowódcy i klęsce 2 Armii dotarła 31 sierpnia wraz z grupą Wiałowa do Ostrołęki.

Ponieważ zwłoki rosyjskich żołnierzy rozrzucone były na powierzchni kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych, a wycofujący się oficerowie masowo pozbawiali się pagonów, Niemcom stosunkowo trudno było doszukać się zwłok szczególnie dla nich ważnych. Jednak już w pierwszych dniach września 1914 roku robotnicy leśni wykorzystywani do grzebania ofiar walk znaleźli ciało niezidentyfikowanego oficera z pięknie wykonaną i bogato zdobioną szablą oraz złotym bogato zdobionym zegarkiem z medalionem. Nie potrafili jednak dochować tajemnicy. W rok po tragicznej śmierci, żona generała, Maria Fiodorowna Samsonowa z pomocą Duńskiego Czerwonego Krzyża trafiła na coraz popularniejsze wśród mieszkańców Prus opowiadania o znalezisku i… dotarła do owych robotników. Dzięki temu mogła z cała pewnością rozpoznać rzeczy męża, dowiedzie się o miejscu jego pochówku, uzyskać zgodę władz na ekshumację i zabrać ciało męża do Rosji.
Niemieckie dokumenty mówią o przejętych 22 sztandarach i 32 tysiącach rubli w złocie zdobytych wraz z kasami poszczególnych pułków. Bez wątpienia w ręce prywatne dostała się również znaczna ilość tak pieniędzy, jak i kosztowności należących do zabitych czy mniejszych jednostek. Co jednak stało się ze „złotą taczanką”? Jej poszukiwania trwają już dziewięć dziesiątków lat i, jak dotąd nie zostały zakończone sukcesem. Pierwsze wiadomości o skarbie stały się znane już na początku lat dwudziestych. Ten i ów z grzybiarzy co rusz znajdował garść lub dwie złotych monet. Wykorzystując te opowieści miejscowej ludności były carski generał Noskow ruszył na poszukiwania. Nie dały one jednak jakich oszałamiających rezultatów. Później w okolicach Wielbarka utworzony został poligon. W ramach ćwiczeń wzdłuż i wszerz przekopali go zarówno żołnierze Werhmachtu, jak i Ludowego Wojska Polskiego. Rezultaty ich poszukiwań były jednak dalekie od sukcesu, choć należy przyznać, że udało się m.in. znaleźć wykonany z najlepszego kruszcu szczerozłoty Krzyż Świętego Jerzego pochodzący z głowicy sztandaru 2 Armii. Nie powiodła się również podjęta w połowie lat sześćdziesiątych ekspedycja uzbrojonych w najnowsze zdobycze techniki poszukiwaczy z Wojskowej Akademii Technicznej z Warszawy, wraz z towarzyszącym im i pochodzącym z okolic Pułtuska byłym żołnierzem rozbitej armii, który – jak się wydawało – miał w ostatniej wyprawie powozić „złotą taczanką”. Według jego zapewnień obciążony ponad miarę pojazd utknął w przegniłych belkach mostu. Nie mogąc jechać dalej postanowiono wykopać dół i tam umieścić tak poszukiwany dotąd metalowy pojemnik.

Jest jeszcze inna wersja wydarzeń i ta wcale nie wydaje się być mniej prawdopodobną. Jednak jakoś nie chcą w nią uwierzyć ciągle jeszcze liczni poszukiwacze szczęścia. W jednych z opublikowanych w porewolucyjnej Rosji pamiętników świadek tamtych wydarzeń twierdził, iż kasa armii została rozdzielona pomiędzy znajdujących się do końca przy Samsonowie oficerów, którzy próbowali wraz z gotówką wydostać się z okrążenia. Nawet gdyby ta wersja okazała się ona prawdziwa to i tak nie wyjaśnia, co stało się ze złotymi i srebrnymi precjozami. Z drugiej strony trudno jest sobie jakoś wyobrazić by ścigani, zmęczeni, brudni i głodni oficerowie przedzierający się w dodatku przez mało sobie znane tereny potrafili w tajemnicy utrzymać fakt posiadania przez każdego nich co najmniej kilkukilogramowego skarbu. Dlatego też poszukiwacze wolą opierać się na relacjach innego z oficerów, który w swych memuarach twierdził, ż kasę 2 Armii zakopano w cieniu najdłuższego konara wielkiego dębu.

W kilka dni po spektakularnej klęsce armii Samsonowa w tzw. bitwie nad jeziorami mazurskimi (5-15 września 1914) klęskę poniósł Rennenkampf.
Rok później zgodnie z planem Falkenhayma w ofensywie niemieckiej na froncie wschodnim miały uczestniczyć 3 armie (12, 8 i 10), które operując z północy miały dotrzeć do lini Niemna i Narwi i zdobyć broniące tych rzek twierdze i rejony umocnione stawiając tym samym pod znakiem zapytania obecność sił rosyjskich w Królestwie. W ich rękach znalazł się Modlin, Zegrze i Warszawa.

Tekst: Krzysztof Łukaszewicz

Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze Lipiec 2005.