Opowieść o królu Władysławie, jego ożenkach, długo oczekiwanym dziedzicu tegoż imienia, którego śmierć na bułgarskich błoniach wielkim echem rozbrzmiała po całej chrześcijańskiej Europie… i tym co było dalej.
Gdy na Wawelu koronowano Jagiełłę nie był on już młodzikiem i liczył sobie trzydzieści pięć lat z górą. Oczywiście, nikt nie miał jakichkolwiek wątpliwości, że to on zapewni ciągłość dynastii. Niestety, nie można było tego powiedzieć, o wywodzącej się z Andegawenów, Jadwidze.
Kandydatka na żonę rokowała jak najgorzej. Po pierwsze: wywodziła się z rodu w młodych latach uśmiercanego przez wrodzony syfilis. Po drugie: była bigamistką, bowiem znacznie wcześniej poślubiono ją Wihelmowi Habsburgowi. Ponadto przed jej powtórnym ożenkiem z Władysławem pojawiły się poważne wątpliwości co do tego, czy aby owo wcześniejsze nie zostało przypadkiem skonsumowane. Dopiero uroczysta przysięga królowej- jeśli nie uciszyła obaw – to przynajmniej uspokoiła skołatane nerwy, przygotowujących wiekopomne dzieło parów królestwa. I tylko, niedowierzający wszystkiemu, Grzegorz z Dalewic zmuszony był wyrokiem sądu wejść pod ławę, by niczym pies odszczekać swoje łgarstwa.
Jadwiga zmarła w połogu, a więc problem sukcesji pozostawał nadal nie rozstrzygnięty.
Przywiązani do tradycji możni decydenci i tym razem wybrali piastowskiej krwi księżniczkę – Annę de Soneck-Cylejską hrabiankę, nie dość że pochodzącą z rozpustnego i krwiożerczego rodu, to w dodatku jeszcze „potwornej brzydoty”, co tylko wzmogło ociąganie się Jagiełły z powtórnym ożenkiem.
Ania okazała się niezwykle temperamentną kobietą. Jej romanse z dworakami dla kilku z nich skończyły się więzieniem lub koniecznością ucieczki z kraju. Pewne intymne stosunki łączyły ją również z arcybiskupem Mikołajem z Kurowa. Do ujawnienia skandalu jednak nie doszło, bowiem dostojnik wezwany przed sąd koronny, w podroży do Krakowa „szczęśliwym trafem” spadł z konia i wyzionął nieomal natychmiast ducha.
Trzecią z kolei żoną Jagiełły była Elżbieta Granowska. To właśnie małżeństwo wzbudziło na europejskich dworach większą sensację, niźli pełna chwały grunwaldzka victoria.
Doprawdy: było o czym plotkować. Dbał o to szczególnie, piszący na krzyżackie zamówienie, Falkenberg. Ale i krajowi autorzy nie byli dla nowej królowej łaskawi. Nawet królewski sekretarz Stanisław Ciołek nazwał nową królową cuchnącą maciorą, wyjałowioną wielu połogami, niezdolną już do rodzenia. Elżbieta nie należała do kobiet szczególnie młodych, ale miała w sobie to coś, co zawsze przyciąga mężczyzn. W tym czasie dochowała się już potomstwa, i zdążyła trzykrotnie owdowieć. Pierwszy mąż – Wisław Czambor uprowadził ją w młodości z domu. Drugi – Jańczyk Hiczyński – zapaławszy do niej uczuciem, zabił pierwszego, ale sam wkrótce też wyzionął ducha. Trzeciego- Wincentego z Granowa struli Krzyżacy.
Stadło to jednak nie trwało długo, i po upływie zaledwie trzech zim król został ponownie wdowcem. Tym razem wzrok królewskich oczu zatrzymał się na młodszej odeń o ponad pół wieku Sońce Holszańskej. I w tym wypadku – ma się rozumieć – nie obyło się bez plotek. W wawelskim lochu gniła nawet czwórka podejrzanych o zdradę stanu – jak eufemistycznie nazywano niegdyś nielegalne stosunki z małżonką panującego. Królowa, z zarzutów wybroniła się podobnie jak wcześniej Jadwiga, przysięgą.
To małżeństwo również nie przypadło do gustu poddanym. Przynajmniej tym, którzy zostawili po sobie zapiski w annałach. Długosz, który nigdy za Jagiełłą nie przepadał, wytykał bliskie pokrewieństwo „młodej pary” oraz niestosowność królewskiego występku w wieku lat siedemdziesięciu trzech. Zofia urodziła jednak Jagielle długo oczekiwanych trzech synów, z których jeden zmarł przy porodzie. Do historii przeszło dwu. Jeden przez swoją bezrozumną śmierć, drugi dzięki swemu rozumnemu życiu.
Narodziny męskich potomków uradowały niepomiernie monarchę, który niemal natychmiast zaczął czynić starania by zabezpieczyć im wawelski stolec. A kwestia dziedziczenia była w ich wypadku nader skomplikowana. O ile bowiem na Litwie nikt nie miał wątpliwości co do jego prawomocnej władzy, o tyle w Koronie władca był co najwyżej jedynie mężem dawno już zmarłej królowej. Większe szanse zdawała się mieć królewska córka Jadwiga, niż obaj tak późno narodzeni synowie. I dopiero zagadkowa śmierć dziewczyny, za którą prawdopodobnie stała Sońka oraz postanowienia przywileju jedleńskiego utorowały chłopcom drogę do tronu.
Władysław, zwany później Warneńczykiem, tak swą koronę, jak i śmierć zawdzięcza w zasadzie kanclerzowi Zbigniewowi Oleśnickiemu. To on wyswatał młodego monarchę z Elżbietą – ciężarną wdową po władcy Węgier Albrechcie Habsburgu. I mimo zerwania przez nią wcześniej złożonych obietnic, sejm węgierski opowiedział się za władzą kandydata Oleśnickiego, który przy pomocy swych nowych poddanych szybko opanował napiętą sytuację wewnętrzną Węgier. Koronował się nawet na króla Węgier, i to przy użyciu legendarnej wówczas korony św. Stefana. Uzyskał na to papieskie poparcie, ale za cenę zawiązania antytureckiej ligi. Wojna, którą rychło wywołano, przyniosła tyle korzyści Węgrom, że zawarty w jej wyniku dziesięcioletni rozejm powszechnie uznano za sukces. Jednak, pod wpływem legata papieskiego Cesariniego, Władysław zerwał go. W nowej wojnie zupełnie zawiodła wenecka flota, zaś najwybitniejszy z ówczesnych dowódców Jan Hunyadi, notabene nieślubny syn Zygmunta Luksemburczyka, popełniał błąd za błędem. Nie zdążyły na czas również spodziewane posiłki polskie. W efekcie, po ataku na ufortyfikowany obóz janczarów, Turek imieniem Kodża Khizr przeszedł do historii jako ten, który obciął królewską głowę.
Ciała władcy nigdy nie zidentyfikowano, zaś głowę nieszczęsnego monarchy Turcy odesłali do swej ówczesnej stolicy w Brussie. Tu widział ją jeden z przedstawicieli Wenecji i to on poinformował świat, że nie mogła być ona w żaden sposób wcześniej przyozdabiana koroną.
W ten sposób właśnie zrodziły się wszelkie, późniejsze spekulacje na temat cudownego ocalenia niefortunnego monarchy. Rozmaici, mniej lub bardziej, wiarygodni świadkowie co rusz spotykali go, to w Konstantynopolu, to w Wenecji, na Wołoszczyźnie, w Siedmiogrodzie, w Albanii, w Raszce. Lew z Rożentalu widział się z nim w Portugalii, a Mikołaj Floris spotkał króla pokutującego na Maderze i rozpoznał dzięki sześciu palcom u jednej ze stóp.
Wiara w cudowne ocalenie władcy była tak powszechna, iż Kazimierz długo jeszcze zwlekał z koronacją wypatrując powrotu brata. W tym zaś czasie zaczęło się już kręcić po szerokim świecie wielu pseudowarneńczyków. Najsłynniejszym z nich był ex-dworzanin królewski Rychlik z Krukienic, którego zdemaskowawszy w Poznaniu zamierzano stracić na szafocie. To jednak wywołało wśród mieszkańców miasta tak poważne niepokoje, iż dla dobra sprawy postanowiono go oszczędzić.
Mimo że i inne oszustwa rychło zostały udowodnione, Władysław żył ciągle w ludowych wierzeniach jako obrońca chrześcijan i władca, który po powrocie ulży ciężkiej doli swych, najniżej stojących w społecznej hierarchii, poddanych. Do światowej literatury wszedł dzięki dramatowi Król bez królestwa Lope de Vegi. Ostatnim zaś jego admiratorem był car Mikołaj I, który nosił się nawet z zamiarem wzniesienia mu pomnika ze spiżowych luf armat zdobytych w wojnie tureckiej.
A co dzisiaj? Dzisiaj będąc w Stambule koniecznie musimy wstąpić do pomijanego przez większość Polaków Aseri Muzei (Muzeum Wojska). Zaskoczy nas tam ilość poloników, a najbardziej dwa, wiszące w tej samej sali obrazy dziewiętnastowiecznego mistrza batalistycznego – Stanisława Chlebowskiego. Ten, pracując na sułtańskie zamówienie Abdul Aziza, porównywalną chyba tylko do hollywoodzkich twórców umiejętnością, mieszał epoki, style, ludzi, ich ubiory i uzbrojenie.
Tekst: Krzysztof Łukaszewicz
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze Marzec–Kwiecien 2005.

