Było to – jakbyśmy dzisiaj powiedzieli – w czasach zmierzchłych. Tak się jakoś złożyło, że miałem szansę wyjechać do Austrii na ponad dwa miesiące. Republika ta, mająca na szylingach orła z herbową tarczą, ściskającego w szponach, które ledwo co rozerwały kajdany, sierp i młot, nie budziła na pierwszy rzut oka specjalnych nadziei.
Ale podobnie, jak w wypadku Finlandii, był to dla nas, Polaków zachód, że hej! Wiedeń okazał się miastem wyjątkowo zadbanym i czystym, w którym na dodatek pełno było naszych ziomków, piezoelektrycznymi zapalniczkami oszukujących tamtejsze automaty telefoniczne i dzwoniących za friko z banditenstad -jak cicho mawiano o polskiej enklawie w austriackiej metropolii.
Jednak, błękitne fale Dunaju nas nie urzekły i wraz z kilkoma przyjaciółmi udaliśmy się wnet na dalsze wojaże do Włoch. Dotarliśmy nawet na Sycylię, w owym czasie straszną dziurę, gdzie uchodzące w Polsce za rarytasy pomarańcze, stały się dla nas przekleństwem. Goszcząc u naszych nowych przyjaciół, dzieliliśmy z nimi troski i zmartwienia – sami nie będąc zamożni, żywiliśmy się tym, co i oni – a więc jedliśmy głównie pomarańcze, pomarańczowe dżemy, marmolady i powidła. Piliśmy pomarańczowe soki i takież wina… Boże, nigdy jeszcze i nigdy potem mój organizm nie przyswoił takiej ilości witaminy C! W końcu jednak, zmuszeni byliśmy ich opuścić i niczym ptaki, wracać do kraju. I wszystko by było dobrze, gdyby nie Czechosłowacy. Ci, jakoś za cholerę, nie chcieli uznać ważności naszych paszportów. Zatrzymali nocny pociąg. Wyciągnęli nas w półśnie na peron i zażądali pokazania pieczątek przekroczenia granicy austriackiej, a później nawet włoskiej.
Niestety, zarówno w jednym, jaki i w drugim wypadku, żaden z funkcjonariuszy tamtejszych służb granicznych, nawet nie pofatygował się przejść przez wagony, więc nie dostrzegliśmy nawet przekroczenia granic. Czechosłowacy jednak byli uparci. Twierdzili, że nie tylko nie było nas w Austrii, czy też we Włoszech, ale musieliśmy przez te parę miesięcy kręcić się w ich strefie przygranicznej, co stanowiło poważne przestępstwo. Cóż było robić? Wzięliśmy kilka butelek wina i powędrowaliśmy do austriackiego przejścia, by uzyskać jakiekolwiek pieczątki w paszportach. Teraz z kolei, Austriacy okazali się formalistami. Nie chcieli nas z Austrii wypuścić bez uprzedniego wpuszczenia, czego z kolei nie potrafiliśmy zrozumieć. Wszystko to razem trwało dość długo. A pociąg stał. Ludzie spali, a my dyskutowaliśmy z funkcjonariuszami obu, oddzielonych od siebie potężnymi zasiekami, krajów. Zwyciężyły służby czechosłowackie. Tej nocy Austriacy przyjęli nas do swego kraju, wbijając odpowiednie stempelki do paszportów, tylko po to, by za niecałe dwie minuty nas stamtąd wypuścić. Czechostowacy, którzy w końcu przejęli przeznaczone dla Austriaków wina, wspaniałomyślnie wpuścili nas w swe granice i pozwolili całemu składowi toczyć się dalej do Polski. A myśmy się po prostu zalali z radości, że możemy w końcu powrócić do kraju… 0 dziwo jednak, gdy oddawałem paszport, urzednik-oficer przeglądający go bardzo uważnie, zwrócił uwagę na ów szczegół i, proszę mi wierzyć, to właśnie on pierwszy zrozumiał nasze perypetie, mówiąc: Tak, coraz częściej docierają do nas słuchy, że czechosłowaccy towarzysze potrafią być złośliwi.
Tekst: Krzysztof Łukaszewicz
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze Styczeń-Luty 2005.
