O tym, że papier jest trwalszy niż stal czy kamień wiemy dobrze nie od dzisiaj i czasami właśnie tylko on daje świadectwo odległej przeszłości. My sami możemy się o tym przekonać starając się poznać przeszłość choćby zamieszkujących jeszcze kilka stuleci temu ziemie obecnej północno-wschodniej Polski, plemion pruskich, których w średniowieczu ujarzmił krzyżacki miecz.
Ale osobliwą legendę o wyginięciu pruskich Galindów pozostawił w ujęciu Piotra Dusburga – krzyżackiego kronikarza z XIV stulecia. Zdaniem autora mieli jakoby być Galindzi niezwykle płodni i tak szybko się rozmnażać, że już niebawem ich ubogi kraj zaczął mieć poważne kłopoty z zapewnieniem żywności wszystkim mieszkańcom. Nie widząc innej możliwości rada starszych postanowiła zredukować niepokojący przywódców przyrost naturalny polecając zabijać wszystkie niemowlęta płci żeńskiej.
Jednak łatwiej jest wydać nawet najbardziej barbarzyński rozkaz niż go w całości wykonać i większość matek potrafiła na tyle skutecznie ukryć swe pociechy, że i sami oprawcy zrozumieć w końcu musieli, iż chyba nie tędy droga.Kolejnym więc pomysłem „oderwanych od życia” – jakbyśmy to dziś określili – starców była decyzja o obcinaniu piersi kobietom karmiącym, tak by nie mogły one dostarczać pokarmu poukrywanym dzieciom.
W obronie ciemiężonych niewiast stanęły jednak mieszkające po lasach galindzkie kapłanki – same żyjące w celibacie, które postanowiły zgotować mężczyznom los o wiele ich zdaniem gorszy i jęły publicznie głosić, że wolą bogów jest by nie tylko przygotować wielką wyprawę łupieżczą na Mazowsze, ale by i ci, którzy pragną z niej powrócić w blasku chwały, zdrowi i z ogromnymi łupami broń swą pozostawili w domu pod opieką kobiet.
Galindzi z jednej strony publicznie „wywoływani do tablicy”, z drugiej zaś „naciskani w domu” przez swe małżonki wyprawę w końcu zorganizowali, ale zgodnie z „wolą bogów” wybrali się jak na „majówkę”.
Zaskoczenie mieszkańców Mazowsza było całkowite. Tak samym najazdem, jak i „nową metodą”, przy której zawsze groźni Prusowie postanowili tym razem pozbawić swego majątku. Po chwilach pełnej niedowierzania własnym oczom zwłoce, chwycili gremialnie za broń i z łatwością wytępili hordy zupełnie bezbronnych rabusi.
Również kapłanki galindzkie rychło ogłosiły swój sukces zamierzając tworzyć w pełni szczęśliwe kobiece społeczeństwo, w którym kobiety zarówno w przenośni, jak i dosłownie będą mogły oddychać pełną piersią. Nie na długo jednak, bowiem na pozbawiony obrońców kraj tym razem najechali Mazowszanie. Złupili go niemiłosiernie, dzieci i starców pozabijali, kobiety pojmali w niewolę, a to, czego się już ze sobą zabrać nie dało, po prostu spalili. W ten oto sposób – zdaniem krzyżackiego kronikarza – niegdyś potężne i waleczne plemię przeszło do historii, a ludny kraj nieomal z dnia na dzień został pozbawiony mieszkańców i porastać zaczął knieją.
Historia zdaje się być wręcz zbyt fantastyczną, by uchodzić za prawdziwą, ale – jak to zwykle z legendami bywa – w każdej z nich można doszukać się co najmniej kilku ziarenek prawdy. Tak jest i w tym „galindzkim” przypadku, co potwierdzają inne, zupełnie od Dusburga niezależne źródła. Nie jest ona bowiem wyłącznie kolejną transformacją starszych o kilka tysiącleci greckich i hebrajskich mitów. Otóż okazuje się dzisiaj, że Prusowie dość często decydowali się na uśmiercanie noworodków płci żeńskiej w sytuacji, gdy mieli podejrzenie, że rodzą się one w nadmiarze. Istnieje również co najmniej kilka dowodów na to, że zdarzały się wypadki, w których Prusowie wyruszali na wojenne wyprawy zupełnie bezbronni, co – jak się dzisiaj uważa – miało swój związek z jakiś nieznanym nam zupełnie religijnym kultem. Również rozcinanie kobiecych piersi w czasach głodu jest dość powszechnie praktykowane wśród wielu ludów na całej nieomal planecie.
Jak jednak było z wyginięciem plemienia Galindów nie dowiemy się chyba już nigdy i możemy jedynie sądzić, że w toku trwających kilka stuleci bezustannych walk z Mazowszem i Rusią na tyle wyczerpali oni swe siły, że nie byli już w stanie stawić jakiegoś zauważalnego oporu zajmujących ich ziemię Krzyżakom.
Z Galindów dziś nam jeno pozostała nazwa puszczy. Mówię nazwa, bo to co się obecnie puszczą nazywa, trudno nawet za knieję uważać. Jest to raczej najzwyklejszy las, jakich pełno w okolicy. Powstaje jednak w okolicach Orzysza „galindzki szlak” z obliczoną na trzy dni trasą kajakowej wyprawy wiodący przez rzeki i akweny „strefy ciszy”, gdzie zarówno trudno będzie usłyszeć okrzyki wymarłych pruskich plemion, jak i głosy wytworów naszej współczesności. Ale dawni mieszkańcy tych ziem pozostawili jednak pewną historię z morałem, który chyba wypada nam wszystkim zapamiętać: do czego może prowadzić z jednej strony zbyt daleko idąca ingerencja władz w życie normalnych ludzi, z drugiej zaś czym skończyć się może zbyt poważne traktowanie pomysłów – jakby nie patrzeć – opozycji. Ale to już jest zupełnie inna opowieść.
Tekst: Krzysztof Łukaszewicz
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze czerwiec 2005, pt. “Opowieść o łupieżczym i bitnym plemieniu Galindów, odwiecznej walce płci, pewnym feministycznym pomyśle, niesamowitym zdziwieniu Mazowszan i tym wszystkim co było potem.”.

