Co też ci nasi księża mieli kłopotów z tą nocą ! W zasadzie już prawie udało im się wyplenić pradawne, dość luźne, obyczaje erotyczne, zamykając dziewczyny wieczorami po zagrodach i przekonując współmieszkańców, że największą wartością jest Hymen.
Tak więc pilnowanym przez rodziców i jeszcze sroższe obyczaje tylko ten jeden raz w roku mogły się „wyrwać po zmroku z chałupy” by po lasach i kniejach szukać upragnionego kwiatu wiecznego szczęścia i pomyślności. Czy coś znalazły? Czy zgubiły? To zostawało najczęściej tajemnicą ich i św. Antoniego Padewskiego – patrona rzeczy beznadziejnie utraconych. Często jednak już wczesną wiosną następnego roku dawało o sobie znać w dość zresztą nieoczekiwanej postaci.
W rzeczy samej Noc Świętojańska była pozostałością dawnego pogańskiego święta zwanego często Sobótką, Palinocką czy też Kupałnocką. W tym dniu zakazana była wszelka praca. Groziło to bowiem utratą zwierzęcia użytego do pracy, bądź nawet zniszczeniem przez piorun całego gospodarstwa. Młodzież zbierała się wówczas na łąkach, miedzach i pagórkach paląc ogniska. Jeszcze w końcu wieku XVI według świadectwa Marcina z Urzędowa, księdza, botanika i profesora Akademii Krakowskiej w wilią św. Jana niewiasty ognie paliły, śpiewały, diabłu cześć i modła czyniąc; tego obyczaju pogańskiego do tych czasów w Polszczę nie chcą opuszczać, ofiarowanie z bydlicy czyniąc, wieszając po domach i opasają się nią, czynią sobótki, palą ognie krzesząc je deskami. Miało to na celu uzyskanie „nowego, czystego ognia”, który ze świętojańskiego ogniska rozprowadzany był po domach. Do ognisk sypano rozmaite zioła, skakano przez płomień i przepędzano bydło – „by było zdrowe”. Domy i przydrożne figury strojono zielenią, wito wianki i puszczano na wodę dla wróżb matrymonialnych. Po zapadnięciu zmroku ruszano na poszukiwania legendarnego kwiatu paproci mającego przynieść swemu znalazcy szczęście i bogactwo. Ze śpiewem na ustach szły więc w las, w tę najkrótszą z nocy, całe tabuny odświętnie ubranej młodzieży. Skronie dziewcząt zdobiły wstążki i wianki. Poza bohaterami baśni nie znano jednak nikogo, komu ów kwiat udało się znaleźć. Znacznie częstsze bywały powroty do domu „bez wianka”, niekiedy z pamiątką na całe życie. Same wianki, nawet te utracone, miały jednak cudowną moc. Naparz każdego z dziewięciu ziół, jakie się na nie składały, leczył. Położenie na noc takiego wianka pod poduszkę potrafiło przywrócić utracone siły. Sny tej nocy uznawano za prorocze.
Kościół dniu temu przypisał patronat św. Jana Chrzciciela, prekursora Mesjasza, nałogowo zajmującego się demaskowaniem grzechów mu współczesnych, za co przyszło mu zapłacić głową. Ewangelia św. Mateusza wplotła w jego losy Salome, która tak potrafiła urzec tańcem Heroda Antypusa, tetrarchę Galilei i Perei, że ten przyrzekł spełnić każde jej życzenie. Salome zaś za namową swej matki Herodiady miała się usatysfakcjonować głową świętego. Obecnie, z niegdysiejszej bogatej tradycji ostały się jedynie pojęcia świętojańskiego grosza – zadatku związanego z terminem zawierania kontraktów dla służby oraz świętojańskiego ziela – dziurawca – którego termin zbioru kończył ten dzień. Później opluty przez czarownice mógł być nawet szkodliwy. Została też tradycja puszczania z wodą wianków, może nie do końca ekologiczna, ale na pewno przyjemna i widowiskowa.
Tekst: Krzysztof Łukaszewicz
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze czerwiec 2006.
