W tym roku po raz drugi Instytut Książki zaprosił do Krakowa 28 wydawców zagranicznych z USA, Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Holandii, Niemiec, Szwecji i Włoch, którzy w dniach 1-4 czerwca wzięli udział w seminarium o literaturze polskiej i zapoznali się z najnowszymi propozycjami naszego rynku wydawniczego.

W czasie zjazdu po raz drugi została również wręczona nagroda dla najwybitniejszego popularyzatora literatury polskiej za granicą pod nazwą TRANSATLANTYK. Jest to nagroda Instytutu Książki mająca wyróżnić osoby, które mają szczególne osiągnięcia w zakresie promocji literatury polskiej na świecie. Laureatami TRANSATLANTYKU mogą zostać tłumacze, wydawcy, krytycy, a także animatorzy życia kulturalnego. Wyboru laureata dokonuje Kapituła Nagrody pod przewodnictwem Dyrektora Instytutu Książki, dr Magdaleny Ślusarskiej. Nagrodę stanowi 10 000 euro oraz statuetka autorstwa Łukasza Kieferlinga.

Do Nagrody mogą kandydować obywatele innych państw, także Polacy z obcym paszportem. Zgłoszeń kandydatów dokonują polskie i zagraniczne instytucje zajmujące się upowszechnianiem kultury, ośrodki naukowe, wydawnictwa, stowarzyszenia twórcze, osoby prywatne.

W pierwszej edycji do Nagrody zgłoszono 50 kandydatów z 25 państw. Dominowali tłumacze, ale znaleźli się także wydawcy, dziennikarze oraz prawdziwi pasjonaci polskiej literatury. Kapituła po zapoznaniu się z ich dorobkiem przyznała Nagrodę niemieckiemu tłumaczowi Henrykowi Beresce, który od 55 lat zajmował się tłumaczeniami. Przełożył na język niemiecki ponad sto książek, był też aktywnym promotorem polskich pisarzy w Niemczech i mentorem młodych niemieckich tłumaczy. Zmarł we wrześniu 2005 roku.
Do drugiej edycji nagrody Transatlantyk zgłoszono 38 kandydatów z 29 państw. Większość kandydatów pochodziła z Europy, ale nadesłano też zgłoszenia z Brazylii, Kanady, USA, Wietnamu, Mongolii, Iranu, Chin, Kuby.

Tegoroczna uroczystość wręczenia TRANSATLANTYKU odbyła się 2 czerwca w Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nazwisko kandydata było tajemnicą aż do rozpoczęcia uroczystości. Dyrektor Instytutu Książki dr Magdalena Ślusarska z przejęciem odczytała werdykt Kapituły:… nagrodę Transatlantyk w roku 2006 otrzymuje… Anders Bodegard ze Szwecji.

Kim jest ten drobny mężczyzna z siwą przystrzyżoną brodą o wesołych niebieskich oczach, oprawionych złotą ramką eleganckich okularów?

Od lat osiemdziesiątych Anders Bodegard zajmuje się z wielkim powodzeniem tłumaczeniem literatury polskiej. Przełożył już prawie cały dorobek Witolda Gombrowicza. Zasługą jego świetnych tłumaczeń jest również popularność w Szwecji twórczości Wisławy Szymborskiej. Mieszkaniec bogatej i ustabilizowanej Szwecji po raz pierwszy przyjechał do Polski na początku września 1981 roku, znajdując się w centrum potężnej burzy społecznej. Zamieszkał w Krakowie, gdzie został zatrudniony jako lektor języka szwedzkiego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Chcąc zrozumieć istotę burzliwych przemian zachodzących wówczas w naszym kraju, Bodegard przetłumaczył na własny użytek pracę księdza profesora Józefa Tischnera o etosie “Solidarności”. Tak zaczęła się jego przygoda z zawodem tłumacza. Był naocznym świadkiem dramatycznych wydarzeń stanu wojennego. Po powrocie do Sztokholmu, współpracował z redakcją “Orła Białego”, a także organizował pomoc dla prześladowanych i potrzebujących Polaków.
Podczas wielokrotnych podróży do naszego kraju w latach 80. pełnił rolę kuriera nielegalnych wydawnictw i przesyłek dla swych krakowskich przyjaciół. “Niezdrowe i romantyczne” misje stanowią nader chwalebny rozdział jego biografii. To on spopularyzował w Skandynawii prozę Witolda Gombrowicza i Ryszarda Kapuścińskiego oraz poezję Ewy Lipskiej i Zbigniewa Herberta, Pawła Huellego, Antoniego Libery. Dzięki jego przekładom międzynarodowe uznanie zyskał Adam Zagajewski. Najgłośniejszym dokonaniem Bodegarda okazało się przetłumaczenie na język szwedzki dwóch tomików Wisławy Szymborskiej. Członkowie szacownej Akademii Szwedzkiej nie musieli opierać się wyłącznie na opiniach, rekomendacjach i przekładach angielskojęzycznych. Lektura dzieł zagranicznej autorki w ich mowie ojczystej mogła mieć wpływ na przyznanie Wisławie Szymborskiej literackiej Nagrody Nobla.
A co myśli o sobie i Polsce tegoroczny laureat? – Umówił się ze mną w kawiarni „Nowa Prowincja” blisko krakowskiego Rynku.

Ha­li­na Go­dec­ka: Wszy­scy za­czy­na­jà z Pa­nem roz­mo­wę od gra­tu­la­cji, ja rów­nież ser­decz­nie gra­tu­lu­ję. Co Pa­na za­in­te­re­so­wa­ło w Pol­sce, nie w pol­skiej li­te­ra­tu­rze, ale w Pol­sce, prze­cież mógł Pan np. zo­stać  wy­kła­dow­cą we Fran­cji, a nie w Kra­ko­wie?

Anders Bodegard: To się zaczęło od języka, ja bardzo wcześnie sprecyzowałem swoje zainteresowania w kierunku ich poznawania. Najpierw był język francuski, potem dzięki służbie wojskowej nauczyłem się rosyjskiego. Na uniwersytecie miałem wykłady z rosyjskiego i polskiego, to było fascynujące. Wtedy panowała „zimna wojna” i system porozumiewania się nie był tak prosty. Przyjechałem w tym czasie tylko raz do Polski w 1967 roku na kurs dla polonistów. Wtedy po raz pierwszy byłem w Warszawie, Krakowie i Zakopanem. Od razu polubiłem Kraków, jego niezaprzeczalny urok, Kościół Mariacki. Pamiętam, że spędziłem wtedy bardzo dużo czasu w tym kościele przed ołtarzem Wita Stwosza. Potem pojechałem do Francji. Tam pracowałem i mieszkałem parę lat, ale znałem już język polski. Czytałem trochę polską literaturę i gazety. Miałem też polskich przyjaciół w Sztokholmie. Nie byłem zadowolony, że znając polski nie utrzymywałem ścisłych kontaktów z polszczyzną, że nie szkoliłem się, bo wówczas język polski był dla mnie wielkim wysiłkiem. Studia, które ukończyłem w Sztokholmie były ustawione na bardzo wysokim poziomie, a to również dzięki „Panu Galicyjskiemu”, który był naszym lektorem. Bardzo dobrze go pamiętam z tamtych czasów. Wyglądał i poruszał się jak nauczyciel sprzed wojny. Właściwie nie miał wieku, ale był świetny. Potem spotkaliśmy się obaj na Uniwersytecie Jagiellońskim, nazywał się Andrzej Siudym

H.G.Kiedy Pan ponownie trafił, do Polski?
A.B.: Przyjechałem do Polski ponownie na początku lat 80. Zostałem w Krakowie i pracowałem jako lektor języka szwedzkiego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pamiętam, że w tamtych czasach najważniejszym źródłem wiedzy i pogłębiania znajomości polskiego były prawdziwie kultowe rozmowy w krakowskich kawiarniach, bo mało kto miał wówczas telefon. Staraliśmy się w ścisłym gronie spotykać w każdy wtorek o 11.00 na Rynku w kawiarni „Noworol”. W stanie wojennym też. W czasie, kiedy tu mieszkałem, wszystko było dla mnie straszne. Nic nie było do jedzenia. Ogromna chmura wisiała nad wszystkimi i było wiadomym, że musi się coś stać. I stało się coś okropnego, ale ja tutaj zostałem.

H.G.: Dla­cze­go zo­stał Pan wów­czas w Pol­sce?
A.B.: Byłem wściekły na tę sytuację. Moi przyjaciele siedzieli w więzieniu. Poza tym miałem przecież własnych studentów i jak tylko mogliśmy zacząć zajęcia w lutym, to – ku mojemu zaskoczeniu – zaczęliśmy. Dziwiłem się nawet, po co im ten szwedzki w takiej sytuacji bez żadnych nadziei, ale na zajęciach pojawili się wszyscy.

H.G.: Po­wo­dem  na­szej wdzięcz­no­ści wo­bec Pa­na jest w tym okre­sie Pań­ska pra­ca na rzecz Pol­ski w Szwe­cji 
A.B.: To się zaczęło tutaj, dzięki temu zresztą jestem tłumaczem, bo była taka potrzeba Szwedów. Oni chcieli wiedzieć, co się dzieje w Polsce. Miałem dostęp do publikacji podziemnych dzięki sąsiadom i przyjaciołom jednocześnie. Dostawałem od nich liczne teksty. Miałem bardzo dużą, biurową maszynę do pisania, którą dostałem od byłej teściowej. Była bardzo przydatna, bo można było na niej pisać jednocześnie do 16 kopii. Pisałem i rozdawałem teksty, wysyłałem do Szwecji. Tak, to były szalone czasy.

H.G.: Gdy Pan za­czął już za­wo­do­wo tłu­ma­czyç z ję­zy­ka pol­skie­go na szwedz­ki, to od cze­go Pan za­czął? W Pa­na tłu­ma­cze­niach jest po­ezja, pro­za dość ukie­run­ko­wa­na, ale co by­ło naj­pierw?
A.B.: Chyba najpierw było zainteresowanie wartością i znaczeniem samego języka. Tłumaczenie jest dla mnie rodzajem czytania, bardzo żmudnego czytania. Żeby zrozumieć sytuację w Polsce, zacząłem czytać rzeczy napisane przez księdza Tischnera.
W 1981 był moim kluczem do jej zrozumienia. Na początku zupełnie nie wiedziałem, o co chodzi. Nie było prasy, a Tischner byt wszędzie obecny. Przemawiał w kościołach, na Uniwersytecie miał wykłady. Dostałem od niego taką małą książeczkę o Solidarności. Dostałem ją dla samego siebie, żeby zrozumieć sens sytuacji. W dwa lata później wydałem ją w Szwecji jako swoje pierwsze tłumaczenie.

H.G.: Co Pa­na fa­scy­nu­je w li­te­ra­tu­rze pol­skiej, co Pan w niej naj­bar­dziej lu­bi?
A.B.: Bardzo lubię poezje Szymborskiej i prozę Gombrowicza, pomimo że ta twórczość tak się bardzo od siebie różni. W Szwecji polska poezja jest czytana i popularna. Znane są utwory Miłosza, Szymborskiej, Różewicza. Popularność polskiej literatury w Szwecji zaczęła się moim zdaniem od Różewicza. On miał widoczny wpływ na szwedzką poezję. Po latach sam przetłumaczyłem jego jedną książkę. Nosiła tytuł „Płaskorzeźba” i zrobiłem to akurat w 1996 roku. Książka wyszła dwa dni przed ogłoszeniem przyznania literackiej Nagrody Nobla dla Wisławy Szymborskiej. Z tego powodu, książka Różewicza sprzedała się błyskawicznie. To, co jest siłą polskiej poezji, tak popularnej w Szwecji, to, moim zdaniem, rozbudowana strona liryczna i intelektualna, czego nie ma w poezji szwedzkiej. Wiersze zawierają elementy filozoficzne, ale przy tym są bardzo liryczne. To jest to specyficzne bogactwo waszej poezji i powód, dla którego jest tak popularna w Szwecji.

H.G.: Po­lak za­py­ta­ny o szwedz­ką li­te­ra­tu­rę może wy­mie­nić „Dzie­ci z Bul­ler­byn” Astrid Lind­gren. Ja­kich pi­sa­rzy i po­etów szwedz­kich sta­ra się Pan  przed­sta­wić pol­skie­mu czy­tel­ni­ko­wi?
A.B.: No cóż, to nie jest moja rola. Ja przekładam na szwedzki, a nie ze szwedzkiego na polski. W tej pracy nie można postawić znaku równości pomiędzy „dwukierunkowym” tłumaczeniem. Jasne, że są tacy tłumacze, ale ja skupiam się na popularyzacji literatury polskiej w Szwecji. Bez wątpienia jednak polska literatura jest lepiej znana w Szwecji niż szwedzka w Polsce. Obserwuję jednak, że wydaje się coraz więcej u was autorów szwedzkich. Zresztą w tej chwili w Szwecji panuje moda na pisanie kryminałów i to już zupełnie nie jest moja dziedzina. Literatura szwedzka cieszy się natomiast rosnącą popularnością w Niemczech, gdzie pojawia się coraz więcej szwedzkich autorów i tytułów.

H.G.: Czy TRANS­ATLAN­TYK jest Pa­na pierw­szą na­gro­dą za tłu­ma­cze­nia?
A.B.: Nie, dostałem już wiele nagród w Szwecji.

H.G.: Wo­bec te­go, ja­kie zna­cze­nie ma dla Pa­na TRANS­ATLAN­TYK?
A.B.: To jest naprawdę wielki zaszczyt dla mnie. TRANSATLANTYK jest największą nagrodą w moim życiu. W ubiegłym roku bytem w Krakowie na Pierwszym Światowym Kongresie Tłumaczy Literatury Polskiej i bytem bardzo zadowolony, że poznałem Henryka Bereskę, zeszłorocznego laureata. Byt wspaniałym człowiekiem. Wybrał kiedyś życie tłumacza, bo nie cierpiał cenzury. Z zawodu był dziennikarzem, ale nie potrafił pracować w tamtych czasach w swoim zawodzie.

H.G.: Ta na­gro­da, bę­dzie dla Pa­na przy­pusz­czal­nie mo­bi­li­za­cją do dal­szej pra­cy. Co Pan w tej chwi­li ma u sie­bie na „warsz­ta­cie”?
A.B.: „Transatlantyk”. Praktycznie cała twórczość Witolda Gombrowicza jest już przeze mnie przetłumaczona na szwedzki, a teraz pracuję nad jego powieścią „Transatlantyk”

H.G.: Co pan my­śli o Po­la­kach?
A.B.: Nie potrafię na to odpowiedzieć, to trudne pytanie. Wie Pani, coraz trudniej jest mówić o Polakach, bo Polaków nie da się wsadzić w żadne ramy, schematy, porównania. Poza tym Polacy są teraz wszędzie. Co druga osoba, która do mnie w Szwecji dzwoni to Polak, są to przeróżni ludzie. Gdybym jednak miał zamieszkać ponownie w Polsce to byłby to Kraków. Tak, chciałbym mieć jakieś mieszkanie w Krakowie.

H.G.: …bo tyl­ko tu moż­na spo­tkać „za­cza­ro­wa­ną do­roż­kę…”?
A.B.: … to może być powód.
Dziękuję za rozmowę

Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze Czerwiec 2006.