Różnie można spędzać długie majowe weekendy. Szczególnie jak dopisuje pogoda. A ta wiosna, chociaż późna była nadzwyczaj piękna. I gorąca. Nic więc dziwnego, że mając okazję spędzenia kilku dni w Blekinge – najbardziej zaludnionym okręgu w południowo-wschodniej Szwecji, bez specjalnego namysłu skorzystałem z propozycji Stena Line. Przyznam jeszcze, że ten rejon Szwecji był mi dotąd zupełnie nieznany, więc interesował mnie tym bardziej. A ponieważ należało tylko i wyłącznie się spakować….
Nocny rejs na pokładzie „Stena Baltica” przez gładki jak stół Bałtyk trudno nazwać przeżyciem. Na wszystko w dodatku patrzeliśmy „z góry” zdając sobie sprawę z tego, że z pokładów przepływających obok masowców prom wyglądać musi jak wielki kredens. I tak zresztą często bywa nazywany.
Karlskrona, do której samo wejście jest niesamowicie malownicze, powitała nas wspaniałym słonecznym porankiem. Zaraz potem „przejęli” nas szwedzcy gospodarze i nie rozstawali się z nami aż do końca.
Peregrynację zaczęliśmy od odwiedzin gospodarstwa Ewy i Rolanda Nilssonów w Snarjetskogen. U nas powiedziałoby się o nim agroturystyczne, chociaż jest ono bardziej nastawione na organizację rozmaitego rodzaju incentiwów niż przyjmowanie indywidualnych turystów. Osobliwością przedsięwzięcia Nilssonów są nie tylko owce i las – podstawa ich gospodarczej działalności – czy wielkie drewniane beki kąpielowe z podgrzewaną węglem drzewnym wodą, z których można korzystać w zasadzie przez okrągły rok, ale i niekoedukacyjna sauna – jedyne w całej okolicy miejsce, gdzie jak twierdzi Roland, mężczyźni mogą być chociaż przez chwilę sami i odpocząć od wszechobecnej i coraz bardziej dynamicznej płci pięknej. Lunch, bo pod tym względem Szwedzi stali się chyba bardziej angielscy niż Anglicy, mieliśmy za to w pokrytej darnią okrągłej budowli wzniesionej wokół wysokiego kamiennego paleniska.
Karol, Mats i kapelusz
Karol XI, którego pomnik wznosi się na centralnym placu Karlskrony postanowił wznieść tu bazę swojej floty (1670), która przed niespodziewanym atakiem chroniłyby nie tylko silne umocnienia, ale przede wszystkim archipelag dziewięćdziesięciu wysp i niezwykle trudne do pokonania dla okrętów żaglowych drogi wodne, przebiegające pomiędzy piętrzącymi się skałami.
Jego ambicją było również, by zimą te okręty mogły się skryć w specjalnych suchych dokach wykutych w nabrzeżnych skałach. Tego ostatniego pomysłu nie udało się jednak nigdy zrealizować. Wykonano wyłącznie jeden, który jednak po dziś dzień budzi ogromne zainteresowanie i podziw zwiedzających.
Właśnie przy budowie tego doku, a raczej przy kruszeniu skał, najprawdopodobniej pracował Mats Rosenbom – symbol Karlskrony, eks-żeglarz, który po założeniu rodziny wybrał sobie mniej ryzykowne zajęcie minera w porcie wojennym.
Ówczesnemu systemowi socjalnemu w Szwecji daleko było jeszcze do tego, z którym mamy obecnie do czynienia, więc każda, a tym bardziej długotrwała choroba głowy rodziny znaczyła zwykle poważne kłopoty w jego domu. Tak stało się i tym razem. Nie było jeszcze wówczas mowy o jakiś zasiłkach, ale burmistrz Paul von Schoting w swej łaskawości najął już eks-minera do wysadzania tarasujących miejskie ulice skalnych występów, pozwalając mu w zamian na „pobieranie datków” od mieszkańców. Doprowadenie do stanu używalności traktów, uczyniło z Rosenboma współautorem zachowanego po dziś dzień układu przestrzennego Karlskrony, który został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Pod koniec mroźnego 1717 roku Rosenbom obchodził zgodnie z przysługującym mu prawem kolejne domostwa, zbierając mu należne datki i podarki. Podochocony wypitym alkoholem pozwalał sobie niekiedy nawet na żarty. Gdy nieopatrznie upuścił kapelusz w domu kapitana Lagerbilke, gospodarz ze śmiechem wsadził mu go na głowę mówiąc: „Kto chce otrzymać podziękowanie od Rosenboma sam musi mu zdjąć kapelusz”.
Zdanie to tak się spodobało staremu, że postanowił je wykorzystać w czasie odwiedzin u bogatego rzeźbiarza galionowych figur Fritza Kolbe, z pochodzenia Niemca. Ten jednak albo do końca nie zrozumiał żartu, albo też był pozbawiony poczucia humoru, bo na słowa o kapeluszu nie tylko tęgo przywalił bezczelnemu żebrakowi, ale i kopniakami „wyprowadził go za drzwi”. A krzepy był niezłej. Skończyło się tym, że oszołomiony razami, kurczowo trzymający się narożnika kościoła Admiralicji Ulrica Pia Mats Rosenbom zamarzał na stojąco. Tak przynajmniej znaleźli go rano śpieszący na mszę świętą ludzie. W takiej też pozie uwiecznił go w swej rzeźbie ów Kolbe, którego po niewczasie ruszyły wyrzuty sumienia i obdarował kościół pięknie rzeźbioną skarbonką na datki dla ubogich, której niezwykłą osobliwością jest to, że żeby tam umieścić pieniądze trzeba samemu uchylić wciśnięty „na oczy” rosenbomowy kapelusz.
„Dzika” Szwecja
Może słowo „dzika” będzie w tym wypadku niewielkim nadużyciem, chociaż jeżeli chodzi o mieszczuchów to może nie aż tak bardzo. To właśnie z myślą o nich w okolicy Olofstróm, tam gdzie graniczy ze sobą dwadzieścia jezior, stworzony został sztuczny ciek wodny, w nurtach którego najbardziej nawet wybredni wędkarze potrafią znaleźć dla siebie odpowiednie miejsce. Dowodem zaparkowane w pobliżu auta z niemiecką rejestracją. Ale tu już samo „zaplecze” – bo to chyba ono w tym całym interesie może uchodzić za najważniejsze – jest w stanie skusić niejednego.
Inne, takie jeszcze bardziej „cywilizowane” łowisko odwiedziliśmy w Morrum. I tu też natrafiliśmy na niemieckich wędkarzy, chociaż nie mogę powiedzieć, by ich wielogodzinne tkwienie w wartkim nurcie rzeki przyniosło jakieś efekty. Nic więc dziwnego, że każda ze złowionych tego dnia ryb rozpierała dumą szczęściarza, który czym prędzej biegł wpisać jej wagę i wymiary do specjalnego brulionu.
Innym przejawem „dzikiej” Szwecji jest powszechna tu obsesja łosi. Z jednej strony uważanych za symbol kraju i powielanych na użytek przybyszy w najbardziej nawet dziwacznych postaciach, z drugiej budzących lęk i uzasadnione obawy kierowców, potrafiących sobie opowiadać o tych zwierzakach niesamowite historie. Myśmy żadnego nie spotkali, mimo że właśnie był ku temu najlepszy okres, kiedy to odgonione od wymion zeszłoroczne cielaki „jak głupie” pętają się wszędzie, nie bacząc na czyhające na nich niebezpieczeństwo. Ostrzegają przed nimi liczne znaki drogowe, chociaż przyznać trzeba, że taki łoś musi nieźle się „nagłówkować” nim wtargnie na szosę, bowiem wszystkie ważniejsze drogi odgradzane są od lasów i pól tęgimi siatkami.
Cisza i spokój
Szwedzkie weekendy nie są specjalnie głośne. Mimo, że kto jak kto, ale właśnie Skandynawowie dbają o to, by się móc „nieźle zabawić”. Generalnie jednak ludzi wówczas na ulicach jest jak na lekarstwo. Przekonaliśmy się o tym zwiedzając senne i ciche Solvesborg z pochodzącym z wieku trzynastego – najstarszym zachowanym w okolicy w całości zabytkiem – kościołem pod wezwaniem świętego Mikołaja oraz ruinami zameczku, bo trudno by było ową budowlę, nawet w czasach jej największej świetności, zwać zamkiem, wzniesionym najprawdopodobniej na miejscu wcześniejszej warowni Wikingów, o czym świadczy sztuczny pagórek, ich zwyczajem usypywany przed rozpoczęciem prac nad fortalicją.
Ciche i spokojne było nawet niedzielne Ronneby, gdzie właśnie miał miejsce największy w okolicy „pchli targ”, na którym tłum gapiów prawie dorównywał liczbie osób usiłujących coś sprzedać. Szwedzi bowiem sobie cenią niezwykle wszelkie starocie, nie tak jednak bardzo jak swoje korony, więc nic dziwnego, że dość rzadko jakikolwiek przedmiot zmieniał właściciela. Nic też dziwnego, że każdorazowe choćby tylko niewielkie zainteresowanie czymkolwiek ze strony oglądających wyzwalało w sprzedających niesłychane nadzieje. Słowem emocje w samym sercu wielkiego uzdrowiskowego parku uznanego w 2005 roku, a więc w trzechsetną rocznicę założenia za najwspanialszy publiczny ogród Szwecji.
Cicha i wyludniona była także w niedzielne popołudnie Karlskrona i tylko nieduży kawiarniany ogródek przy głównym placu oraz pobliska lodziarnia potrafiły ściągnąć do siebie kilka dziesiątków osób.
Dni marynarki
Raz na dwa lata szwedzki podatnik ma prawo pooglądać i podtykać to, na co idzie tak wiele jego pieniędzy. My też mieliśmy to szczęście, że trwały akurat Dni Marynarki, w których uczestniczyło wiele okrętów wojennych na codzień pływających pod błękitną flagą ozdobioną żółtym krzyżem.
Przy okazji dane nam było stwierdzić, że wojskowi to jednak ten sam w sumie gatunek, niezależnie od tego gdzie i dla kogo służą. Szczególnie wyraźnie było widać to po tym, w jaki sposób odnosili się do posiadaczy aparatów fotograficznych, zwracając nawet niekiedy uwagę, że pokazywane są tam rzeczy nie przeznaczone dla obiektywów, tak jakby stanowiło to jakąś Bóg jeden wie jak wielką tajemnicę w czasach, gdy nawet obecna na pokazie najnowocześniejsza i wykonana w technologii stealh korweta K32 „Helsing-borg” – jedna z czterech klasy “Visby” została dawno już temu w literaturze dokładnie opisana, obfotografowana i oceniona.
Z drugiej jednak strony podoficerowie werbunkowi gorąco zachęcali nas do wstąpienia na służbę do floty Jego Królewskiej Mości nie do końca jednak sami wiedząc, czy jako obywatele innego państwa UE mamy taką możliwość czy też nie.
Czekała nas też wizyta w karlskrońskim Marinemusem, w którym znajduje się jedna z najstarszych w święcie kolekcji okrętowych modeli i gdzie nie tylko można pospacerować pomiędzy gablotami, ale i samemu spróbować zniszczyć duński okręt wojenny oraz poznać rozkosze bycia galernikiem.
Charakterystycznych dla południowej Szwecji brązowych domków z malowanymi na biało narożnikami i obramowaniami okien w Blekinge raczej jest niewiele. Dużo za to jest eternitu pokrywającego dachy domów i zabudowań gospodarczych, chociaż ten w „bogatej” UE jest już raczej niedozwolony. I to chyba by była ta jedyna wada, do której dostrzeżenia muszę się przyznać. Resztę wrażeń oceniam jak najlepiej, chociaż ciekawiej by było zwiedzać okolicę rowerem niż autobusem. Ale na takie wrażenia trzeba jednak poświęcić o wiele więcej czasu. Specjalnie mówię o aktywnych formach wypoczynku, bo jestem pod wrażeniem szwedzkiej troski o wychowanie fizyczne nie tylko młodego pokolenia. W niewielkiej wszak Karlskronie, w miejscu jeszcze nie tak dawno zajętym przez wojsko, wzniesiony został w końcu lat 90. prawdziwy kompleks urządzeń sportowych z dwoma dużymi lodowiskami i kilkunastu boiskami do siatkówki, piłki ręcznej i tenisowymi kortami. Sam obiekt jest niezwykle surowy w wyglądzie i pozbawiany wszelkich ozdób i marmurowych wykończeń, z których słyną nasze budowle, gdzie przerost formy nad treścią widoczny jest już z daleka, jak dajmy na to w warszawskim olimpijskim ponoć centrum. Nie można się więc specjalnie dziwić, że potem – tak jak miało to miejsce na ostatniej Zimowej Olimpiadzie – startujący w niej mieszkańcy jednej niewielkiej szwedzkiej wioski przywożą do domu więcej medali niż Polacy w całej swojej historii. Dla niedoinformowanych dodam szybko, że oni „wzięli” głównie złote medale!
Prawdziwym jednak szokiem dla mnie była wizyta w znajdującym się w Karlshamn „Kreativum”. Takim naprawdę na wysokim poziomie „ogródku jordanowskim” dla intelektualistów wzniesionym w murach starej fabryki. Okazało się, że bawić się w nim mogą nie tylko najmłodsi, a od wielu dostępnych tam rzeczy oderwać trudno nawet całkiem dorosłych ludzi. Nie dziwię się już teraz wcale, że Szwecja od lat znajduje się na czele rankingu krajów najbardziej innowacyjnych.
Tekst: Krzysztof Łukaszewicz
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze Maj 2006.


