Trudno być prorokiem we własnym kraju – powtarzają za Mahometem tysiące nie tylko wyznawców islamu. To przecież stara prawda, chociaż zdarzają się na świecie postacie, które widząc „swą wielkość” od początku nie potrafią się zmieścić w otaczających ich normach, kanonach i konwenansach.
Taką „wyraźną” osobowością był Aleksander Macedoński, nie bez kozery zwany Wielkim nie tylko przez pochlebców – człowiek potrafiący rzucić wyzwanie całemu nieomal ówczesnemu światu. Nie tylko zresztą rzucić wyzwanie, ale i rzucić ten świat na kolana. Takim też, w dwa tysiące lat później okazał się być syn zastępcy kapelmistrza biskupiej orkiestry z cichego i spokojnego Salzburga.
To genialne mieszczańskie dziecko mogło pójść w ślady ojca, osiągając równie wiele jak i on, ale za podszeptem i wiarą w swój geniusz zdecydowało się na karierę w stolicy, która rozkochana w muzyce powinna potrafić docenić wielkość. Niestety, walka o prymat wśród dworskich muzyków okazała się za trudna dla Mozarta. Genialny muzyk, przegrywał jedną za drugą z salonowych batalii, pogłębiała się jego frustracja i rozpacz. Tragedia ciągnęła za sobą tragedię, a on w dalszym ciągu nie potrafił ugiąć się przed obowiązującym i niepisanym prawem, że do pełni sukcesu talent to mało, potrzebny jest również kompromis, możni „przyjaciele”, „życzliwi” odbiorcy i… miłość drugiego człowieka. A tej ostatniej w zasadzie w dorosłym życiu nigdy nie doświadczył, bowiem przywykł „oczekiwać” i „brać”, a sam dawać nie chciał i po prostu nie potrafił. Będąc w pełni świadom swego nadzwyczajnego daru, Mozart od maleńka ciężko pracował nie tylko dlatego, że dyscyplinę zaszczepił mu ojciec. On po prostu inaczej nie potrafił. Zniechęcać się zaczął dopiero później.
Widząc fiasko swych poczynań, zaczął tracić poczucie sensu życia.
Wybrańcy bogów umierają młodo. Aleksander Macedoński odszedł niespełniony mając świat u swych stóp. Wolfgang Amadeus Mozart zmarł w roku 1791 w wieku trzydziestu pięciu lat i 6 grudnia został pochowany we wspólnym grobie dla osób ubogich.
Niezależnie od przyczyn śmierci, a te ciągle jeszcze oczekują wyjaśnienia, bowiem może się okazać, że został po prostu otruty przez zawistnych konkurentów, schodził z tego świata z poczuciem poniesionego fiaska, samotny i wykluczony z wiedeńskiego towarzystwa, bez chęci do dalszego życia. Dzisiaj można sobie tylko wyobrazić ten ogrom strat, jakie pociągnęła za sobą ta śmierć. Ile mogłoby jeszcze powstać genialnych utworów. Ile jeszcze…
W Wiedniu Mozart zniknął, przepadł. Stał się jednym z wielu muzyków ubiegających się o łaski możnych i panującego cesarza. Był niezrozumiały, niedoceniony, ubogi. Inaczej się jednak ma się sprawa z Salzburgiem. To jest wszakże miasto najszczęśliwszych chwil Mozarta, pełne jego marzeń, zrealizowanych i niezrealizowanych nigdy pomysłów, oczekiwań, nadziei i… miłości, a więc tego wszystkiego, czego już później tak naprawdę nigdy nie doświadczył. Tu był, jest i na zawsze pozostanie pierwszym! Ile razy zrozpaczony wracał tu myślą, wspominał.
Być może nawet by wrócił, gdyby tylko miał na to siłę, potrafił i mógł. Ale on przyznać się do klęski i nie chciał, i nie potrafił.
Będąc w Salzburgu wypada chociaż spojrzeć na Mozarta nie tylko przez pryzmat jego genialnych dzieł, ale i jego osobistej tragedii oraz losu, który tak z niego drwił, który aż tak go doświadczył.
Tekst: Krzysztof Łukaszewicz
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze Maj 2006.

