Zaczęło się wszystko od „bostońskiej herbatki” – to pamiętamy z lekcji historii. Potem Kongres Kontynentalny uchwalił Deklarację Niepodległości i…. zaległa długotrwała cisza. Nie w sensie historycznym, lecz dosłownym, bo nikt z „ojców narodu” nie kwapił się do złożenia swego podpisu pod aktem, od którego w zasadzie już mogło nie być odwrotu, przynajmniej dla podpisujących.
Niepokojąco przedłużającą się ciszę przerwał dopiero John Hanckock, który swój zamaszysty, złożony maksymalnie wielkimi literami podpis ozdobił komentarzem: „Myślę, że król Jerzy potrafi to przeczytać!” Za nim już bez ociągania podpisali się inni. Był właśnie 4 lipca Roku Pańskiego 1 776.
Tym samym „wolność” formalnie stała się faktem. Teraz należało ją tylko obronić. A to wcale nie było takie łatwe, bo Anglia dysponowała ogromną przewagą na lądzie i morzu. 0 ile walki lądowe toczyły się ze zmiennym skutkiem, o tyle na wodach flota angie ska uważana była za niezwyciężoną. Do czasu jednak.
Jeszcze w październiku 1 775 roku z iście amerykańskim rozmachem powołana została Continental Navy, której zadaniem miało być uzbrojenie… dwóch statków do walki na morzu. Dowódcą został E.Hopkins i kto wie jak by się historia mogła potoczyć, gdyby ten nie znalazł sobie do pomocy pewnego zbliżającego się już do trzydziestki Szkota Johna Paula Jones’a – człeka na wskroś niezwykłego.
Jones rozpoczął służbę na morzu w wieku lat trzynastu. Osiem lat później był już kapitanem statku. Kolejnych pięć lat potrzebował, by stać się właścicielem pływającej jednostki, co stawiało go już w rzędzie ludzi dość zamożnych. W dosyć niejasnych okolicznościach, ponoć w czasie próby buntu marynarzy, dokonał zabójstwa jednego z nich i w obawie o własne życie zbiegł do Wirginii – a tu właśnie dosłownie wrzało.
Jako pierwszy podniósł flagę na okręcie „Alfred”, flagę, którą sam obmyślił (i być może nawet wykonał) i wziął udział w pierwszej, może jeszcze nie bitwie w pełnym znaczeniu tego słowa, ale potyczce, w której nawet przemówiły armaty.
Osobliwym pomysłem Jones’a było również przeniesienie działań na macierzyste wody angielskie, gdzie o dziwo nie potrafiła sobie z „piratami” poradzić największa ówczesna potęga morska świata.
Przybijał niespodziewanie do portów, brał zakładników, niemiłosiernie przy tym łupiąc przeciwników. Przeklinali go dosłownie wszyscy Wyspiarze. We Francji zaś i Ameryce zdobył sobie dzięki temu sławę wybitnego i nieustraszonego dowódcy. Gdy pojawiał się w salonach, wszystkie damy mdlały na jego widok, a że i obyczaje były wówczas dość swobodne….Zarówno na salonach jak i w sypialniach odnotowywał liczne sukcesy.
We wrześniu 1779 roku wraz z trzema okrętami z czterdziestodziałowym „Bonhomme Richard” na czele pojawił się u wybrzeży Szkocji z zamiarem złupienia miasta Leith nad zatoką Forth. Gdy już wydawało się, że nic nie uratuje poddanych króla Jerzego III przed zakusami ich dawnego sąsiada, zerwał się sztorm, który zmusił Jonesa do wycofania się z zatoki.
Anglicy odetchnęli z ulgą. Nie na długo jednak, bo wycofująca się eskadra natknęła się na czterdzieści brytyjskich statków, powracających z Morza Bałtyckiego. Rozgorzała bitwa, w której zatonął “Bonhomme Richard”. Wa-ka ta przeszła do historii. Jeana z anegdot opowiada, że gdy przeciwnik zaproponował Jonesowi, by z uwagi na poważne
uszkodzenia swego „biorącego już wodę” okrętu, poddał się, usłyszał w odpowiedzi: „Sir, ja jeszcze nie zacząłem walczyć!”.
I rzeczywiście, to Szkotowi udało się zmusić do poddania HMS “Serapis”, którym odpłynął do Holandii. Wcześniej jeszcze opanował fregatę HMS „Countess of Scarborough”.
Później, gdy Amerykanie uzyskali już niepodległość, całą swoją flotę po prostu sprzedali. Cóż, kraj farmerów rzec by można….
Paul Jones nie zawitał nigdy więcej do swej nowej ojczyzny. Rozgoryczony, pozostał w Europie i w 1787 r. przyjął propozycję carycy Katarzyny, by jako kontradmirał jej floty walczyć z Turkami. Dla Rosjan był Pawłem Iwa-nowiczem Dżonsem. I pod tym nazwiskiem zaczął nawet odnosić pierwsze sukcesy, lecz… zawarty został pokój. A to było to, czego najbardziej nie lubił.
Zmarł w zapomnieniu w Paryżu w 1791 roku w biedzie, bo był zbyt dumny, by przypomnieć Ameryce swoje zasługi. Paradoksem jest, że stało się to dosłownie na kilka dni przed oficjalną nominacją na ambasadora USA w Tunisie. Sto lat później jego szczątki zostały przewiezione do USA i pochowane w kaplicy amerykańskiej marynarki wojennej w Annapolis.
Dzisiaj też jego postać wydaje się być nieco zapomniana, podobnie jak imię najsłynniejszego okrętu amerykańskiej wojny o niepodległość – zbudowanego we Francji „Bonhomme Richard”. Dominuje bowiem mit „Constitution”, który narodził się dopiero wiele lat później, gdy ponownie odbudowywać zaczęto za oceanem wojenną flotę i zrodziła się potrzeba posiadania tradycji. Także Hanckok wyszedł na wszystkim nie najgorzej i ma przynajmniej swoją Tower w Bostonie… Ale to już zupełnie inna historia.
Tekst: Krzysztof Łukaszewicz
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze lipiec-sierpień 2006, pt.: “Opowieść o pewnym Szkocie – siejącym grozę piracie, śmiałym żeglarzu i rewolucjoniście, człowieku czynu, który pewnego razu wynalazł amerykańską flagę Wiek osiemnasty był doprawdy niezwykły i niesamowity. Zrodzone wówczas idee, myśli i postawy na zawsze już zmieniły świat. Zmieniły też człowieka, przestając go przede wszystkim dzielić na tego lepiej i gorzej urodzonego, którego zadaniem była praca na rzecz stojących wyżej w społecznej hierarchii. Z takiej właśnie idei wolności i równości zrodziły się Stany Zjednoczone, kraj, który można wielbić bądź nienawidzić, ale któremu prawa do bycia wielkim odmówić nie sposób.”.
