Miała piękną, nieskazitelnie białą suknię do ziemi. Bez wątpienia na kilku halkach, które wyginały kreację niczym żagiel na dosyć silnym wietrze.
Gdy stanęła na krawędzi skały – zrobiło mi się słabo. W dół były dokładnie 604 m pionowego urwiska. Wystarczyłby jeden, błędny krok, a śliczna panna młoda poszybowałaby ku granatowym wodom fiordu. Ale to tylko złudzenie, bo wbrew pozorom granitowa półka skalna Preikestolen – bez wątpienia jedna z topowych atrakcji turystycznych Norwegii – jest bezpieczna. Z tego, co wiem, nie odnotowano tam wypadków, choć od otchłani nie odgradza jej żadna balustrada. Na zdjęciach wygląda groźnie, wręcz niebezpiecznie, ale w rzeczywistości jej powierzchnia jest niemal idealnie płaska, a spore rozmiary – 25 na 25 m – pozwalają uniknąć „kolizji” nawet przy sporej liczbie zajmujących ją osób. To, jak zaobserwowałam, Europa ze sporą „domieszką” Azji, ale wszystkich łączy podobny, bo sportowy strój. Dlatego tak zdumiał mnie widok panny młodej w „pełnym rynsztunku”, która tu się nagle pojawiła. Nie przyleciała helikopterem. Po prostu tak jak my wszyscy, weszła, a to oznacza dwie godziny solidnej, choć, trzeba przyznać niewyczerpującej marszruty. Co innego jednak pokonywać skały i wzniesienia w wygodnych portkach, które można nawet podrzeć, a w kreacji, która ma pozostać świeża. Bo moja bohaterka wdrapała się z małżonkiem na Preikestolen w towarzystwie fotografa, mającego uwiecznić młodych w niebanalnym entourage’u. Sesja przebiegła sprawnie, choć my wszyscy, obecni na półce, wręcz wychodziliśmy ze skóry, aby znaleźć się jak najbliżej tej nieoczekiwanej sensacji i też sobie zrobić zdjęcie, najlepiej z małżonkami w tle. A potem panna młoda skromnie przysiadła na skale, zamieniła eteryczne, lakierowane pantofelki na obcasie na intensywnie fioletowe salomony, na ramiona narzuciła kurtkę i już jej nie było.

