Jeżdżąc po świecie, wiele razy natrafiłem na żywe atrakcje turystyczne. W New Delhi zaklinacz węży starał się oczarować swą grą ospałą kobrę, na rynku w Marrakeszu zmęczona i rozdrażniona małpka w pampersie (!), z którą można było się sfotografować, pogryzła moją koleżankę, a z kolei w Pinamar na atlantyckim wybrzeżu Argentyny mogłem porozmawiać z papugą. Oczywiście wszystko za opłatą (poza pogryzieniem).

Szczerze mówiąc, żal mi tych uwięzionych w koszach, klatkach i przykutych do łańcuchów zwierząt. Atrakcja to mierna i raczej na poziomie białego misia na Krupówkach (w tym wypadku człowieka w przebraniu). Z drugiej strony widać, że właściciele zwierząt to biedacy, ciułają grosze całymi dniami, błąkając się ze swymi podopiecznymi wśród turystów. Gdyby nie ta praca, nie mieliby co włożyć do garnka.

Innym rodzajem atrakcji jest przejażdżka, np. na słoniu. Chociaż i tu można się trochę rozczarować. Po dwóch godzinach bujania się na twardej ławce zamocowanej na grzbiecie trąbalskiego w tajlandzkim lesie deszczowym, miałem szczerze dosyć.  Znacznie zabawniejsze, przynajmniej dla mojej trzyletniej córki, było podawanie owoców, które słoń wdzięcznie odbierał końcem trąby.

A już jazda na wielbłądzie to czysta katorga. Te „okręty pustyni” tylko z daleka wyglądają majestatycznie. Z indyjskiego Puszkaru wybraliśmy się na dwudniową wycieczkę z noclegiem na pustyni. Mój „wierzchowiec” obładowany był niezliczoną ilością kołder, na których próbowałem się utrzymać. Miałem krótkie szkolenie z obsługi dromadera, ale ten za nic nie chciał mnie słuchać. Jak chciałem, żeby ruszył – stał, a jak miał stanąć – pędził jak obłąkany. Jeszcze gorzej było w marokańskim  Erg Chebbi – zanim dotarłem do oazy, boleśnie poobcierały mnie metalowe elementy wielbłądziego siodła. Wracałem już na piechotę,  przez wydmy.

Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze wakacje 2011 na str.5.