Czy zdarzyło się wam wstać rano, nie wiedząc, co stanie się w ciągu reszty dnia,  gdzie i w jakiej formie się go zakończy? Albo zamiast nocować w polu, spać w łóżku w mieszkaniu dla dyplomatów Takie nieprzewidywalne przygody zapewnia podróżowanie autostopem!

Na pierwszą poważną wyprawę autostopem zdecydowałem się na drugim roku studiów, wraz z moim przyjacielem Bartoszem Krzymińskim. Po 6-dniowej podróży przez Czechy i Austrię, trafiliśmy do Wenecji. Powrót do domu zajął nam tylko 4 dni. W rankingach autostopowych z tym czasem zapewne jesteśmy w ogonie, ale przygód i przeżyć, które nam wtedy towarzyszyły, nie zamieniłbym nawet na pierwsze miejsce w rankingach światowych. Rok później wyruszamy na zachód.

Z Girony do Barcelony
Do Hiszpanii dostajemy się samolotem, tanim lotem do Girony, położonej ok. 100 km na północ od Barcelony. Lądujemy 7 lipca ok. godz. 23, rozbijamy „obóz” z przypadkowo poznaną parą polskich stopowiczów, Karoliną i Kubą. Z nimi też na drugi dzień ścigamy się do Barcelony. Razem znajdujemy tani hostel w centrum Barcelony.

Z Barcelony do Andory
Po dwóch dniach żegnamy się z Kubą, Karoliną oraz Barceloną. Stajemy znowu na poboczu, kierując się częściowo wzdłuż Costa Brava na północ. Po drodze odpoczywamy w nadmorskim Tossa de Mar i śpimy w ogrodach warzywnych w miejscowości Odlot.

13 lipca docieramy do Andory, drugiego dużego celu na naszej trasie. Kraj ten pokochaliśmy za piękne widoki, spokojną atmosferę i niskie ceny, idealne dla studenckiej kieszeni.

Przez Tuluzę do Paryża
Wyjątkowo trudny okazał się wyjazd z tego małego górskiego kraju. Ok. 30 km przemierzyliśmy aż pięcioma samochodami i zajęło nam to ok.sześciu godzin. Na koniec wybłagaliśmy podwiezienie u pewnej rodziny, robiącej sobie postój nieopodal miejsca, gdzie łapaliśmy „okazję”. Podrzucili nas do francuskiej miejscowości Ax-les-Thermes.
Kolejnego dnia docieramy do Tuluzy, gdzie łapiemy okazję do Bordeaux, stojąc na bramkach autostradowych. Jednym „stopem” udaje nam się dotrzeć do położonego nad oceanem Lacanau. Stamtąd z ekipą surferów docieramy do Carcans, małej miejscowości nad oceanem. Surferzy przemycili nas na kemping, oferując darmowy nocleg. Ruszamy w stronę Paryża, do którego docieramy po dwóch dniach. Po drodze nocujemy na polu kukurydzy w Montpon-Ménestérol i na kempingu w Limounge. W Paryżu spędzamy niestety tylko dwa dni, nocując na polu namiotowym w Lasku Bulońskim.

Bruksela i Amsterdam
Kolejnym punktem jest Bruksela, w której poznajmy dwie Polki, będące na praktykach w Parlamencie Europejskim. Dziewczyny goszczą nas w swoim mieszkanku dla polskich dyplomatów i decydują się jechać z nami do Amsterdamu. Po drodze przekonujemy się, że kobietom łatwiej jest złapać „stopa” i że można jechać autostopem w cztery osoby naraz.  Dziewczyny zatrzymywały auta momentalnie, przekonując kierowców do zabrania większej liczby osób. Do Amsterdamu docieramy w niecałe trzy godziny.

Powrót do domu
Do domu jedziemy z polskimi kierowcami TIR-ów, których zawsze będę wspominać pozytywnie. Oprócz ryzyka, jakie ponosili, wioząc nieprzepisowo dwóch pasażerów, pozwalali nam spać na naczepach, częstowali kawą, dzielili się jedzeniem.
Po powrocie z jednej strony odczuwamy radość i pewnego rodzaju ulgę, z drugiej jednak – smutek, gdyż kończy się coś wspaniałego. Cały wyjazd trwał siedemnaście dni.

Dlaczego właśnie stopem?
Nie dlatego, że jest to tani sposób podróżowania, chociaż jest to duża korzyść, zwłaszcza dla studenckiej kieszeni. Podróż autostopem to zbiór silnych wrażeń i emocji. Pozytywnych, ale także negatywnych. Samo stanie na poboczu z wypisaną na kartonie nazwą miasta jest jak łapanie ryb lub hazard. Loteria, w której czasami „wygrywa” się w dwie minuty, a czasami w cztery godziny. Czasami byliśmy podwożeni zaledwie kilka kilometrów, czasami kilkaset. Zatrzymywali się różni ludzie. Nierzadko tacy, których nigdy nie posądzilibyśmy o branie stopowiczów.

Ciężarówki i limuzyny
Jeździliśmy i w eleganckich samochodach biznesmenów, i na pakach samochodów dostawczych. Codziennie poznawaliśmy mnóstwo ludzi, oczywiście nie tylko kierowców. Z wieloma z nich mamy kontakt do dziś. Przekonaliśmy się, że można liczyć na bezinteresowną pomoc. Czasami byliśmy nawet obdarowywani i dokarmiani.

Strażnicy i altruiści
Ludzie często zabierali nas, mimo totalnego braku miejsca w samochodzie. We Francji gdy jechaliśmy do Limounge, zabrało nas dwóch młodych chłopaków wracających z wakacji. Ich malutka skoda favorit była zapakowana sprzętem kempingowym prawie po dach. Jechaliśmy „upchani jak sardynki”, trzymając plecaki na kolanach. Chłopaki podrzucili nas na kemping, nadkładając drogi. I takich aktów altruizmu było sporo. Nawet francuski patrol autostradowy zabrał nas na „pace” do najbliższej stacji benzynowej. Strażnicy podarowali nam też seledynowe kamizelki, by lepiej nas było widać na poboczu.

Wyścigi autostopowe
Wydawałoby się, że w dzisiejszych czasach podróżowanie autostopem jest już rzadkością, że jest to zbyt niebezpieczne, niemodne, niepotrzebne. Nic bardziej mylnego. Autostop cały czas ma ogromną rzeszę fanów. Corocznie organizowane wyścigi autostopowe dodatkowo zwiększają rzesze chętnych na niekonwencjonalny sposób wędrowania. I bardzo dobrze. Ta forma podróżowania ma bardzo pozytywny wpływ na ludzi, nie tylko na autostopowiczów, także na kierowców.

Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze wakacje 2011 na str. 14-27.