Pamiętacie jeszcze popularną piosenkę o „Jožinie z bažin”? Jej autorzy sugerują, że na Orawę trzeba jechać przez Vizovice.
Nie przez przypadek, choć przecież wystarczy wziąć do ręki mapę, żeby znaleźć kilka innych, wygodniejszych dróg. Może dlatego, że piosenka powstała za butelkę śliwowicy, z produkcji której miasto słynie od dziesiątków lat.
Z Bałkanów w Karpaty
Vizovice leżą w sercu krainy nazywanej Valašsko (Wałasko). Nazwa ta pochodzi od Wołochów, którzy wędrując wzdłuż łuku Karpat, dotarli aż do Bramy Morawskiej. Mimo stopniowej asymilacji ich kultura okazała się silniejsza niż czas i zachowała żywe tradycje pasterskie, folklor i charakterystyczną architekturę prezentowaną w największym w Republice Czeskiej skansenie w Rožnovie pod Radhoštěm. Przyjmuje się, że to właśnie Wołosi przynieśli z Bałkanów w Karpaty umiejętność wyrobu śliwowicy. I coś w tym jest – w końcu na rynkach światowych najbardziej cenione są właśnie bałkańskie śliwowice z Bośni i Serbii.
Tutejszy krajobraz przypomina raczej nasze pogórza niż Beskidy – łagodne, kopulaste grzbiety, miejscami przykryte tylko czapami lasów, szerokie doliny z gęstą zabudową łańcuchowych wsi. I wszędzie sady. Wiosną stoki bielą się kwiatami owocowych drzew, tak że wydają się pokryte śniegiem. A że klimat tu łagodny, dużo więcej niż u nas słońca i brak przymrozków – owoce rodzą się wyśmienite.
Senne miasteczko wśród wzgórz
Same Vizovice nie powalają na kolana – małe, schludne miasteczko wśród wzgórz, jakich dziesiątki na Morawach. Niesymetryczny rynek, w pobliżu pałac (owszem całkiem ciekawy, ale takich mają tu około setki), kościół (takich jest tu z tysiąc), kilka knajp i ludzie niespiesznie przemierzający ulice. Vizovice ożywają praktycznie dwa razy do roku – w lipcu, kiedy odbywa się tu jeden z większych rockowych festiwali w Czechach „Masters of Rock”, i w sierpniu – podczas tradycyjnego Trnkobraní.
Witajcie w stolicy śliwowicy
Ale to i tak stolica. Jak głoszą tablice przy wjeździe do miasta: „Vizovice – hlavní město slivovice”, co można by dość pokrętnie przełożyć na „Witajcie w stolicy śliwowicy”. I od razu jasnym staje się cel, dla którego tysiące turystów corocznie odwiedzają to miasteczko.
Odwieczna tradycja
Pędzenie śliwowicy to tu odwieczna tradycja – chociaż pierwsze pisane wzmianki o produkcji pálenki pochodzą z XVII w., to nie ma wątpliwości, że mieszkańcy Vizovic zajmowali się tym od początku istnienia osady.
Było to raczej zajęcie domowe – miejscowa gorzelnia, należąca do tutejszej szlachty, początkowo wypalała głównie resztki słodu po produkcji piwa, później zaczęto wypalać zboże, z którego produkowano żytnią. Mniej więcej w połowie XVIII w. zaczęto również produkować słynną śliwowicę. Na początku była traktowana bardziej jako produkt uzupełniający asortyment niż jako wyrób flagowy, ale z początkiem XIX w. jej produkcja nabrała większego znaczenia.
Destylaty koszerne „R. Jelínek”
Pojawienie się w drugiej połowie XIX w. w mieście Zikmunda Jelínka i Karela Singera stało się ważnym punktem zwrotnym w rozwoju lokalnego przemysłu owocowego. Wcześniej rolnicy ogromne nadwyżki śliwek suszyli i sprzedawali kupcom, ale w latach 90. XIX w. bardzo popularna stała się produkcja śliwowicy. Szybko powstawały małe zakłady wypalające śliwowicę, do naszych czasów dotrwał jednak tylko jeden z nich – „R. Jelínek”. Wielka sława produktów markowanych nazwą „R. Jelínek” rozpoczęła się w 1934 r., kiedy to Rudolf Jelínek zaczął produkować destylaty koszerne, czyli wyroby, do produkcji których zastosowano tylko surowce, urządzenia i metody zgodne z przepisami ortodoksyjnej wiary żydowskiej. Sława ta przetrwała drugą wojnę światową, chociaż nie przetrwała jej rodzina Jelínków, której większość zginęła w Auschwitz, zaś ostatni z żyjących synów Rudolfa Jelínka, zanim wyjechał do Izraela w 1948 r., zezwolił państwu czechosłowackiemu na zarejestrowanie oryginalnego znaku towarowego „R. Jelínek”.
Zwiedzanie destylarni
Trzeba przyznać, że sama destylarnia, którą miejscowi nazywają likérką, z początku robi skromne wrażenie. Ale warto ją zwiedzić i przy okazji wstąpić oczywiście do sklepu firmowego… Zwiedzanie fabryczki możliwe jest dzięki projektowi „Distillery Land”, w ramach którego obiektom przywrócono wygląd z lat 30. ubiegłego wieku, kiedy właścicielem firmy był Rudolf Jelínek.
Największe wrażenie na zwiedzających robi pomieszczenie egalizacji. W przesiąkniętej zapachem destylatów hali przebiega proces długotrwałego ich dojrzewania w wielkich nierdzewnych tankach.
Trnkobraní, czyli śliwkobranie
W pobliżu gorzelni znajduje się teren, na którym co roku w połowie sierpnia odbywa się wielkie wałaskie święto – Trnkobraní (czyli śliwkobranie). Za reklamę niech posłuży tylko fakt, że głównym celem tej folklorystyczno-muzycznej imprezy jest „sławienie śliwki pod każdą jej postacią”. Stoi tu też od niedawna wielki posąg… Jožina z bažin, który oczywiście „ochrzczono” śliwowicą – opryskując figurę z samolotu rolniczego – jak w piosence…
Oni mogą, a my nie?
Kosztując szlachetny trunek, ciężko się opędzić od natrętnych myśli, które dopadają za każdą wizytą u naszych południowych sąsiadów – że oni mogą, a my nie… Przecież my też mamy swoje znakomite śliwowice – choćby tę łącką, która przez wielu uważana jest za najlepszą w swojej klasie. Od lat produkowana domowymi sposobami i od lat nielegalnie sprzedawana. Ostatnio pojawiły się szanse na to, by w przyszłym roku zalegalizować produkcję i sprzedaż mocnych domowych trunków, w sposób podobny do tego czeskiego czy słowackiego. Tam wystarczy, że producenci zawiozą owoce do regionalnej gorzelni – założonej przez nich samych i kontrolowanej przez lokalne władze – po czym odbiorą gotowe butelki z trunkiem z własnych owoców. Później mogą je legalnie sprzedać.
Na razie w oczekiwaniu na szybką zmianę przepisów i dalszą ich liberalizację pozostaje nam do wyboru śliwowica z akcyzą „Rzeczpospolita Sądecka – Ministerstwo Gorzelnictwa” albo podróż na południe, gdzie grasuje (całkiem legalnie zapewne) Jožin z bažin…
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze marzec-kwiecień 2014 na str. 70-73.
