Choć dwa kółka to mój żywioł, nigdy dotąd nie dosiadłam elektrycznego fatbike’a. Zdobyłam na nim pokryty śniegiem szczyt we włoskich Alpach Cymbryjskich, przełamując lęk wysokości.

Przypomina MTB, którym zresztą od lat przemieszczam się po stolicy. Od poczciwego „górala” różnią go naprawdę grube opony od 4” wzwyż i szerokie obręcze, no i oczywiście specjalne ramy i widelce, w których zamontowane są koła roweru. Stworzony do jazdy terenowej – w latach 80. ubiegłego wieku debiutował na pustyniach – ma swoją wersję zimową. I właśnie po śniegu miałam okazję odbyć kilkugodzinną trasę w Alpach Cymbryjskich.

Ten obszar położony między miejscowościami Folgaria, Fiorentini i Lavarone słynie ze 104 km tras narciarskich, szlaków dla amatorów biegówek oraz „fatów”, „tłuściochów”, „grubasów”, „grubci” jak określane są fatbiki. Nazwa terytorium odwołuje się zaś do dialektu cymbryjskiego, który „przechował” do naszych czasów XV-wieczną wersję języka niemieckiego. Mieszkańcy Luserny, jedynej miejscowości, gdzie dziś mówi się lingua cimbra, są potomkami Bawarczyków przybyłych do Trydentu i Wenecji Euganejskiej wiele stuleci temu.

Z pewną nieśmiałością
Wsiadam na „grubcia” na Przełęczy Coe (1610 m n.p.m.), gdzie  znajduje się Centrum Narciarstwa Biegowego, ale i wypożyczalnia fatbików. Ubrana jestem zgodnie z zaleceniami: w bieliznę „oddychającą”, strój narciarski, sportowe, nieprzemakalne obuwie (moon-buty  czy kozaczki wykluczone), nabyty kilka lat temu na Stubaiu polarowy „kominek” na szyję, który, gdy mocno wieje, naciągam na nos, aby go nie odmrozić. Solidne, narciarskie rękawice chronią dłonie, a kask umocowany na czapce – łepetynę. Wreszcie nadchodzi moment wypróbowania sprzętu. Podchodzę do niego jak do jeża, nieufnie, nie wierząc, że można fat bikiem jeździć po śniegu. Przecież zaraz się poślizgnie i wykonam fikołka w zaspę. A jednak nic z tych rzeczy – koła okazują się nad wyraz przyczepne, aczkolwiek granice tej przyczepności nie są ściśle określone, więc uważać trzeba. Początkowo, wraz grupą koleżanek-dziennikarek zaproszoną na wyjazd prasowy przez Region Trentino, jedziemy po terenie niemal całkowicie płaskim i pustym. Po kwadransie docieramy do zamarzniętego jeziorka, a następnie do ogrodzonego siatką terenu. W latach 60. ubiegłego stulecia znajdowała się tu jedna z dwunastu baz pocisków Sił Powietrznych NATO, rozlokowanych na terenie północnych Włoch. Dziś ten relikt Zimnej Wojny przekształcony w muzeum Base Tuono można zwiedzać.

No to w górę!
Jedziemy dalej. Napęd elektryczny na oba koła świetnie wspomaga pedałowanie. Już czuję się pewnie, coraz odważniej przyśpieszam. Reszta grupy również. I kiedy już jest nam sielsko-anielsko, pada komenda: W górę. – Dokąd? Jak to? – pytamy, a jeden z dwóch eskortujących nas instruktorów studzi emocje i opór przed wysiłkiem, kusząc: – To tylko kilometr.

Co to dla nas! – mocniej naciskamy pedały i zagłębiamy się w iglasty las. Ścieżka coraz bardziej meandruje, lecz z początku pokonujemy niewielkie wzniesienia. W pewnym momencie jednak szlak staje się coraz węższy, zakręty ostrzejsze, a kąt nachylenia wymagający od nas więcej siły. Co jakiś czas zatrzymujemy się w malowniczych punktach widokowych, ale najpiękniejsza panorama jest nagrodą za zdobycie Monte Maggio, Majowej Góry. Spoglądamy na drogowskaz z niedowierzaniem – tylko 240 metrów różnicy, a dało nam solidnie w kość. Jesteśmy wyczerpane, zdyszane i zlane potem. Dopiero po chwili „reaktywacji” dostrzegamy metalowy krzyż wieńczący sam skalisty czubek – do złudzenia przypominający ten na tatrzańskim Giewoncie. Wiatr niemal urywa nam głowę, ale poza tym ogarnia nas nieprawdopodobna cisza. Nozdrza mile łaskocze zapach żywicy. U stóp rozciąga się  alpejskie królestwo masywu Panubio, należącego do Przedalp Vicenzy wznoszących się na granicy prowincji Vicenza i Trydent. Z daleka migoczą grzebienie Dolomitów Brenta. Część zasnuwa błękitnawa mgiełka. Potykam się o stosik kamieni i o mały włos nie wpadam do okopów z czasów Grande Guerra, Wielkiej Wojny jak Włosi określają pierwszy konflikt światowy. Wprost nie mogę sobie wyobrazić, jak wciągnięto tutaj armaty, z których Włosi ostrzeliwali pozycje austriackie między 1915 a 1916 r. I jak żołnierze, czy śnieg czy spiekota trwali na swoich stanowiskach całymi miesiącami, w kamiennych rowach, które wcześniej wykopali w skalistym gruncie. Trasy wytyczone wzdłuż linii okopów sprzed stu lat są jedną z atrakcji turystycznych nie tylko regionu Trydentu, ale i pobliskich – Wenecji Euganejskiej oraz Friuli-Wenecji Julijskiej.

Teraz w dół!
Perspektywa zjazdu wywołuje u części z nas początkowo paroksyzm strachu. Ścieżka jest wąska, przysypana  zmrożonym śniegiem, spod którego wystają kamienie, a po prawej stromy, kamienisty, goły, bo porosły jedynie mchem, stok. Boję się wsiąść na rower, zrazu więc „jadę” na nim jak maluch, zamiast pedałów używając nóg. Jednak wreszcie wskakuję na siodełko i dopiero teraz odkrywam w pełni bardzo dobrą przyczepność opon do podłoża. Po chwili mój strach mija, zwłaszcza, że otula mnie już las – pnie drzew na zboczach stwarzają iluzję chroniącego mnie muru. Jadę w dół i odkrywam, że nie mam lęku wysokości towarzyszącego mi zazwyczaj w takiej sytuacji. Podczas, gdy podjazd zabrał nam chyba koło 40 minut, drogę powrotną  pokonujemy w kwadrans i znów jesteśmy pośród szerokich, ośnieżonych przestrzeni, gdzie kiedyś wypasano owce. Mijamy Malga Zonta, zbudowaną z łąkowych, szarych otoczaków zagrodę, gdzie 12 sierpnia 1944 r. Niemcy rozstrzelali 17 osób – 14 partyzantów oraz trzech ukrywających ich gospodarzy. W tym czasie w naszej stolicy trwało Powstanie Warszawskie.

Po eskapadzie – opalone, zmęczone, ale przeszczęśliwe  z wyraźną ulgą zajmujemy wyściełane, drewniane ławy i krzesła w schronisku na przełęczy – Osteria Coe. Mile rozgrzewa nas ogień trzaskający wesoło w kominku, a landszafty ilustrujące życie górali wywołują uśmiech na twarzy. Na stół wjeżdżają po kolei potrawy typowej, trydenckiej kuchni: krokieciki z sera Vezzena ze słoniną i marynowanymi na słodko cebulkami, mięsne carpaccio z prawdziwkami i „opiłkami” parmezanu Trentingrana, tagliatelle z ragout z dziczyzny, a na deser oczywiście strudel z jabłek z tutejszego sadu. Na koniec espresso obowiązkowo z kawy Bontadi. To przykład, jak Włosi promują lokalne produkty – ta marka produkowana jest w czwartym co do wielkości mieście regionu, Rovereto. Jeszcze kieliszeczek wytrawnej grappy z wina Teroldego, również wytwarzanego w Trentino. Dzięki temu wysokoprocentowemu trunkowi lepiej strawimy obfity obiad. Z kuchni dobiega nas nagle damski, podniesiony głos. – ’Z baibe boda nètt straitet, dar hunt boda nètt pèllt, di khatz boda nètt vånk maüs, mochtmase nètt haltn in haus – komentuje z uśmiechem nasz przewodnik. – To cymbryjskie przysłowie mówi, że nie trzyma się w domu kobiet, które nie narzekają, kotów, co nie łapią myszy i psów, które nie szczekają.*

Tekst i zdjęcia: Anna Kłossowska

*Więcej o języku i obyczajach cymbryjskich w najbliższym, papierowym wydaniu magazynu Świat Podróże Kultura