Tu wcieliłam się w sztygara, poczułam westernowe klimaty, zjadłam „niebiańskie” lody, ale nie pokonałam najwyższej ścianki wspinaczkowej w Polsce. Gdzie tak się dużo działo?
W Nowej Rudzie.

Malownicze Góry Sowie w Sudetach Środkowych na Dolnym Śląsku znałam już wcześniej. Eksplorowałam je jeszcze jako nastolatka podczas obozów lingwistycznych w Srebrnej Górze. Biegałam tam po zawieszonych wśród mgieł, 30-metrowych mostach – wiaduktach nieistniejącej już kolejki zębatej, wspinałam się do największej twierdzy górskiej w Europie  i chłonęłam opowieści o tajemniczym transporcie „skarbów”, jakie mieli ponoć właśnie tutaj ukryć Niemcy w końcu II wojny światowej.
Do Nowej Rudy, położonej amfiteatralnie na pagórkach między Wzgórzami Włodzickimi a Górami Sowimi zawitałam  po raz pierwszy. Organizatorzy zapewnili naszej grupie dziennikarzy moc atrakcji, jakie przerosły moje oczekiwania.

Powrót do przeszłości
Po Nowej Rudzie oprowadzał nas Andrzej Behan, przewodnik lokalny i autor kapitalnej książki o tym mieście. Towarzyszyła nam Ela Bisikiewicz, Kierownik Referatu Turystyki i Promocji Urzędu Miejskiego w Nowej Rudzie. Oboje noworudzianie. – Herb miasta z wizerunkiem wykarczowanego korzenia drzewa pojawia się w źródłach od I poł. XVI w., choć pierwsza wzmianka o grodzie nad Wodzicą pochodzi sprzed trzech stuleci wcześniej – tłumaczył nasz cicerone. – W obecnej wersji herbu czerwone tło nawiązuje do koloru tutejszej ziemi, pochodzącej z zawierającej związki żelaza czerwonej skały piaskowcowej. Żółty pień wskazuje, że osada powstała na świeżo wykarczowanym terenie, a potężne korzenie mogą świadczyć o ciężkiej pracy jej założycieli – dodał.
Miasto założone zostało w czasach kolonizacji niemieckiej pod rządami króla czeskiego Przemysława Ottokara II z dynastii Przemyślidów. Pierwsza wzmianka o grodzie nad Włodzicą pojawiła się w źródłach pisanych w 1337 r. przy nazwisku proboszcza Reynharta, który dokonał darowizny na rzecz kościoła i szpitala ubogich w Kłodzku. Prawdopodobnie osada należała wtedy do niejakiego Hannusa Wusthuba. Ten 15 lat później odsprzedał dobra rodzinie Donyonów. Arystokratyczny ród posiadał noworudzkie dobra do 1472 r., kiedy to wymarł ostatni spadkobierca z linii męskiej. Władzę nad miastem przejął Jerzy Stillfried, jeden ze „złotych rycerzy”, który poślubił Annę von Donyn. Stillfriedowie utrzymali noworudzkie dobra pod panowaniem do 1810 r., potem władzę odstąpili Antoniemu von Magnisowi. W tym momencie Nowa Ruda utraciła tytuł siedziby szlacheckiej. W swojej burzliwej historii znaczonej najazdami i wojnami, miasto znajdowało się w granicach Prus, Czech i II Rzeszy Niemieckiej, a po II wojnie znalazło się w Polsce.
Zwiedzaliśmy noworudzki kościół parafialny p.w. św. Mikołaja – jego neogotycka, trójnawowa bryła z palonej, czerwonej cegły nie mieściła mi się w kadrze – świątynia mierzy 72 m długości i zajmuje większość wzgórza, na którym się wznosi. Dach, dzwonnicę i liczne strzelające w niebo, wąskie wieżyczki kryje seledynowa blacha, a nieco niżej, dookoła biegnie pas ozdobnego fryzu. Na znacznych rozmiarów obrazie patrona w ołtarzu głównym św. Mikołaj – patron pasterstwa, kupiectwa, sukiennictwa i tkactwa, zawodów, jakie przez wieki były domeną Nowej Rudy, spogląda skromnie na trzy powabne dziewoje u swoich stóp. Zgodnie z legendą biskup wyciągnął je z nędzy sypiąc groszem.
Podziwialiśmy prawdziwe, architektoniczne perełki, czyli połączony ciąg Domów Tkaczy sprzed trzech stuleci, których fasady odbijają się w płynącej poniżej rzece. Dotarliśmy do bezdyskusyjnej atrakcji turystycznej, jaką jest Czarny Most, wiadukt kolejowy nad doliną Woliborki, wzniesiony chyba cyklopowymi siłami pod koniec XIX w. Wspiera się na czterech potężnych pylonach i trzech filarach. Ten wiadukt uważany był niegdyś za „najwyższy w całej monarchii” – 36 m od lustra wody. Biegnie nim jedna z najpiękniejszych krajoznawczo w Polsce linii kolejowych Kłodzko-Wałbrzych.

Coś dla ducha, coś dla ciała
Władze Nowej Rudy wyraźnie starają się wkładać każde pieniądze w restaurację miasta. Widać to choćby po Rynku i pyszniącym się na nim Ratuszu, kryjącym w swoich wnętrzach niejedną niespodziankę. Nad schodami prowadzącymi na piętra, w dwóch gablotach wystawiono odciski jaszczurki paleozoicznej, wydobyte wcześniej w tutejszym kamieniołomie. W dużej Sali posiedzeń na drugim piętrze zachwyciłam się serią witraży przedstawiającą w zabawny, a niekiedy wręcz rubaszny sposób różne zawody, jakimi parali się mieszkańcy za czasów pruskich.

Nowa Ruda wymaga jednak jeszcze znacznych nakładów. Wiele posesji jest zdewastowanych. Przez dwadzieścia lat po wojnie Polacy, których na Dolny Śląsk przesiedlono ze Wschodu byli indoktrynowani przez ówczesną, komunistyczną władzę, że „Niemiec tu lada chwila wróci”. Dlatego żyli  w lęku, „na walizkach” pozwalając, aby nierzadko piękne posesje, wypieszczone ręką poprzednich właścicieli, niszczały. Kolejne dekady PRL-u nie sprzyjały remontom, a upadek przemysłu i kopalni po 1989 r. sprawił, że miasto jeszcze zbiedniało. Teraz ambitnie jednak inwestuje w rewitalizację zabytków. Dba też o ofertę kulturalną. W Galerii Mozaika natrafiliśmy na wystawę prac siostry znanej pisarki Olgi Tokarczuk, Tatiany Tokarczuk-Błażusiak. Architekt krajobrazu, wykładowca na Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie, maluje techniką akwareli i pasteli zarówno krajobrazy, jak i obrazki zapełnione postaciami ze snu czy baśni braci Grimm. Mój wzrok przyciągnął tłusty kocur odziany w sukienkę z koronkowym kołnierzykiem, który w jednej łapce trzymał lustereczko Śnieżki, a w drugiej myszkę ze… skręconym karkiem. Wzrok kocisko miało wredny…

Siódme niebo smakowych doznań zafundował nam Leszek Kopcio, właściciel kawiarenki Biała lokomotywa. Oczywiście nazwa „zakładu” nawiązuje do Stachury, który  był osobowością sam w sobie, jak i szef lokalu. Trzeba przyznać, że pan Leszek „ma gadane” i słowem włada biegle, niekiedy kąsając nieco, kiedy indziej szczypiąc, rzadziej słodząc, bo już to, co wnosi na tacach jest słodkie. Najpierw kawy, w których się specjalizuje: z surogatem żołędzi, z utartym żółtkiem przepiórczym, z kiszoną pomarańczą, z białym serem, syropem szafranowym i sezamem opiekanym w karmelu. Potem lody – też poezja smaku. Nie ma karty, nie ma cennika, a wszystko robione jest na miejscu z naturalnych składników. Pod okiem lub wręcz rękoma mistrza, w otoczeniu setek bibelotów, które w jakiś cudowny sposób pasują do siebie, tworząc klimatyczne wnętrze.

Moc wież
Licząca 58,8 m, żelbetonowa, kwadratowa wieża obsługująca dawny szyb Kopalni KWK Nowa Ruda widoczna jest z wielu punktów miasta. Stanowi symbol Nowej Rudy i regionu.

To też najwyższa w Polsce ścianka wspinaczkowa z czterema drogami na zewnątrz i aż 11 wewnątrz. Z góry rozciąga się podobno mega-panorama okolicy. Nie sprawdzałam, bo blokował mnie lęk wysokości. Zdobyłam natomiast inne wieże. Przede wszystkim tę białą, przypominającą latarnię morską na Wielkiej Sowie w Górach Sowich, dokąd dotarłam terenówką, ale zeszłam już per pedes malowniczym szlakiem turystycznym. Wspięłam się też na dwie wieże w granicach Nowej Rudy – na tę na Górze Wszystkich Świętych i na Górze św. Anny, mojej imienniczki. W dolnośląskim i w Małopolsce powstaje w ostatnich latach sporo takich wież- punktów widokowych dla turystów, nierzadko przy częściowym finansowaniu z UE. Są idealnym celem wycieczek i biwaków, oferującymi kapitalne widoki. Podobało mi się, że na dwóch ostatnich górach szczyty wież wyposażono w mapki, dzięki którym nawet taki laik jak ja mógł rozszyfrować wszystkie szczyty migające w perspektywie.

Kiełbasa na ranczo
Po zboczach Góry św. Anny codziennie można zobaczyć konie: gniade, kare i łaciate. Należą do postaci niezwykłej, która urzekła mnie od chwili poznania. To właściciel Rancho Overo, Stefan Kobak, prowadzący od lat wraz z żoną Janiną i synem Kornelem gospodarstwo agroturystyczne. Na początek dostałam kapelusz kowboja, a pan Stefan, starsza wersja słynnego kadru „W samo południe” usiadł na drewnianej ławie i uraczył mnie jedną z wielu opowieści. Ma dar narracji i niebywałą charyzmę, a jednocześnie jest bardzo skromny. A miałby się czym chwalić, skoro stworzył I Sudecki Szlak Konny PTTK, zorganizował po nim rajd, a pracuje już nad drugim szlakiem konnym w Sudetach, który zostanie otwarty w 2020 r. Ze stopni prowizorycznej, skleconej z desek widowni oglądałam popis woltyżerki w stylu western w wykonaniu Kornela i pracującej na ranczo Wiktorii Piwońskiej. Młody człowiek łapał na lasso konia koleżanki, chwytał w pędzie leżący na ziemi kapelusz, nawet stawał na grzbiecie konia. A wszystko w czerwonych światłach zachodu słońca, oblewającego widniejące na horyzoncie Góry Stołowe z charakterystycznym, płaskim grzbietem Szczelińca. Gdy zapadła noc – przenieśliśmy się do wigwamu, gdzie na trzaskającym pośrodku ogniu grillowały się zacne, wiejskie mięsiwa. Do tego łyk piwa Sowiego. Tymczasem Pan Stefan chwycił za akordeon i zaintonował jedną ze swoich piosenek, naturalnie o koniach – przytupując sobie nogami w kowbojkach. Po chwili zaczął wirować dookoła wraz z instrumentem. To były magiczne chwile, których nigdy nie zapomnę.

Prehistoryczna paproć
Kolejne emocje zafundowała mi i całej grupie niezrównana Basia Korbas, właścicielka  Dawnej Kopalni  Nowa Ruda w Nowej Rudzie. Zaopatrzona w kask, z przewodnikiem zwiedziłam najpierw Muzeum Górnictwa – kopalnia była tutaj bodaj najwcześniej na ziemiach polskich, bo na początku XV w! Od samego początku istnienia miasto „górnictwem stało” i ta tradycja kontynuowana była przez wieki aż do okresu transformacji ustrojowej po upadku komunizmu, kiedy kopalnię zamknięto.

Zjechałam do prawdziwej sztolni i poznałam ciężkie życie górników, którzy fedrowali w niekiedy bardzo wąskich korytarzach do 1995 r. Mianowana na sztygara – nolens volens zgodziłam się na chwilową zmianę płci. Przewodnik pyłem węglowym namalował na mojej twarzy sumiaste wąsy i brodę. Starałam się przerzucić łopatą rudę do wagonika, ale moje chude ramiona były w stanie udźwignąć tylko dwie bryłki. Przeżyłam wybuch, od którego zatrzęsły się ściany, a korytarze zasnuł dym. Dobrze, że symulowany! W największym z wyrzutów gazów i skał zginęło aż 187 ludzi, a było ich między 1908 a 1945 r. blisko 600! Na powierzchnię wyjechałam autentyczną, żółtą kolejką górniczą w towarzystwie Ducha Kopalni, z którym zrobiłam sobie selfie. Następnie, zaopatrzona w odpowiednie narzędzia ruszyłm na pobliską hałdę, pełną skamielin prehistorycznych roślin. Wykułam bryłkę, na której rysowała się odciśnięta paproć karbońska sprzed 300 mln lat – z jej szczątków powstał węgiel kamienny. Na koniec Basia zaprosiła naszą brać do restauracji na kanapkę górnika, wielki jak koło młyńskie kotlet sztygara i tort górnika. Jak widać pomysłowość nie zna granic. Zachwyciło mnie zwłaszcza ciasto, bo to nie był makowiec, a sernik. Puszysty, rozpływający się w ustach i naturalnie czarny niczym węgiel. Ale zębów nie barwił! Mogłam więc znów szminką pociągnąć ust korale i ruszyć w drogę powrotną. Do domu.

Tekst i zdjęcia: Anna Kłossowska

Autorka dziękuje Organizatorom Press Touru do Nowej Rudy: pomysłodawcom imprezy – Barbarze Korbas, właścicielce Podziemnej Trasy Turystycznej w Nowej Rudzie i Albinowi Marciniakowi, dziennikarzowi oraz fotoreporterowi, którzy przygotowali wyjazd we współpracy z  miastem Nowa Ruda. Podmioty uczestniczące: Hotel Parkowa, Miejski Ośrodek Kultury w Nowej Rudzie, Leszek Kopcio – właściciel Kawiarni Biała Lokomotywa ,firma 4×4 max.pl Nowa Ruda, Rancho Overo, Centrum Turystyczno-Sportowe w Nowej Rudzie.