Nieodłącznym elementem podróży są dworce kolejowe i autobusowe oraz porty lotnicze. Niby pod względem funkcji i infrastruktury są podobne: mają służyć podróżnym. Jednak uznaję zdecydowaną wyższość dworców kolejowych i autobusowych nad lotniczymi. Bez względu na ich architekturę, wielkość czy wyposażenie. One są po prostu inne.
Na dworcach autobusowych i kolejowych tętni życie, w portach lotniczych życie jest zatrzymane, jakby zahibernowane. Dworce są przestrzenią otwartą. Miejscem, w którym przenikają się światy przyjezdnych i mieszkańców. Jedni jadą do swojej wioski położonej kilkanaście kilometrów dalej, inni wyruszają w podróż przez kontynent. Piękny konglomerat! Tu się pracuje, spędza czas, a nawet mieszka. Czy to na megawielkim Shinjuku w Tokio, gwarnym Otogarze w Stambule czy w zacisznym Flåm nad norweskim Aurlanfjordem – na każdym z tych dworców czułem, że jestem w realnym miejscu.
Każdy może wyjść lub wejść na dworzec, w każdej chwili można dać nura w otaczającą rzeczywistość i powrócić, by ruszyć w dalszą podróż. Dworce kolejowe i autobusowe są „łącznikiem struktury miejskiej”, integralną częścią (estetyczną lub szkaradną, to prawda) regionów i krajów, w których się znajdują. Kiedyś mój kolega, miłośnik miast (potrafi na weekend wyskoczyć do Singapuru), gdy pociąg zatrzymał się na dwudziestominutowy postój na dworcu we Wrocławiu natychmiast pobiegł, żeby spojrzeć na miasto. Kilka godzin do odjazdu autobusu do Mendozy wystarczyło mi, żebym z dworca Retiro ruszył na pierwsze w życiu spotkanie z Buenos Aires.
To nie jest możliwe w wypadku portów lotniczych. To przestrzenie zamknięte, sztuczne, niemal wirtualne. Są odcięte od świata, wyrzucone na peryferia. Tak je zaprojektowano, żeby sprawnie zarządzać podróżnymi i mieć ich pod całkowitą kontrolą. Zawsze się tam źle czuję, męczę się. Jakiś czas temu utknąłem na wiele godzin na lotnisku Guarulhos, 35 km od centrum São Paulo. Kiepskie połączenie i do tego opóźnienie. Plastikowe niewygodne krzesełka, korytarze, sklepiki wolnocłowe, bezimienny tłum. Nuda, maniana…
Francuski antropolog kulturowy Marc Augé zdefiniował nie-miejsca – przestrzenie niczyje ze względu na brak emocjonalnego powiązania z ludźmi. Lotniska, podobnie jak centra handlowe i wielkie parkingi, są takimi nie-miejscami. To tylko zunifikowane punkty przesiadkowe, pozbawione indywidualnych cech; nie sposób wejść z nimi w jakąkolwiek relację. Atmosfera lotnisk nieodmiennie kojarzy mi się z przymusowym zesłaniem: kontrole, zamknięcie, oczekiwanie. I cóż z tego, że gdzieś obok jest Bukareszt, Bagdad lub Moskwa. Nic nie mogę zobaczyć ani usłyszeć. Nawet nie mogę poczuć uderzenia gorąca w Delhi albo doświadczyć mroźnego poranka w Oslo. To nie podróż, to teleportacja.
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze Kwiecień-Maj 2015 na str. 12.
