Swojska, autentyczna, cudownie prowincjonalna, pełna prawdziwych smaków i wciąż nieodkryta 

Usytuowana między Rumunią i Ukrainą, czująca na sobie oddech wielkiego (rosyjskiego) brata, uwikłana co rusz w polityczne zawieruchy, plasuje się na końcu europejskich rankingów gospodarczych i turystycznych. Na dodatek nie ma morza, gór ani spektakularnych zabytków pokazywanych w milionach postów i instagramowych galerii. Ma jednak kilka skarbów, których trudno szukać na zadeptanych szlakach naszego kontynentu. Jest prawdziwa, niezniszczona komercyjną papką, bez tłumów, bez presji „must see”, idealna dla tych, którzy wyjazd wakacyjny traktują jak doświadczenie, a nie zaliczenie. Poczują tu sielską atmosferę, spokojny rytm życia, zobaczą nieudawany folklor, rozsmakują się w regionalnej kuchni i wybornych, a jednocześnie niedrogich winach. Jest jeszcze coś, co sprawia, że chce się tu wracać: gościnni, niezwykle życzliwi ludzie, którzy mają serce (i pełen kieliszek wina) na dłoni. Dajcie się pozytywnie zaskoczyć Mołdawii!

Królestwo Dionizosa
W Mołdawii, której granice przypominają kiść winogron, wszystko kręci się wokół wina. Jego historia sięga tu ponad 4 tysięcy lat; winną latorośl uprawiali starożytni Dakowie, a później Rzymianie. Do upowszechnienia mołdawskich trunków przyczynił się największy bohater tych ziem, którego pomniki i wizerunki można zobaczyć niemal na każdym kroku. To hospodar mołdawski  Stefan III Wielki – mądry dyplomata, świetny organizator, mężny władca, odważny i pobożny. Ponoć przed każdą bitwą i po każdej bitwie wzmacniał się mołdawskim winem, a po wygranej (takich była zdecydowana większość) fundował cerkiew. On także wybudował słynną kamienną twierdzę w Sorokach. Legenda mówi, że podczas tatarskiego najazdu do wycieńczonych i zgłodniałych obrońców przylatywały bociany z kiśćmi winogron w dziobach. Dzięki temu wojownicy przetrwali. Do tej bocianio-winogronowej symboliki odwołuje się często współczesny przemysł winiarski.

Wina mołdawskie zdobyły ogromną popularność w czasach carskich, gdy Besarabia (historyczna kraina, która obejmowała m. in. teren dzisiejszej Republiki Mołdawii) dostała się pod panowanie Imperium Rosyjskiego. Sprowadzano francuskich specjalistów, zakładano szkoły ogrodnicze, a tutejsze szlachetne trunki gościły na stołach koronowanych głów. Pierwszą oficjalną winnicą powołaną dekretem carskim w 1827 r. została  Purcari Château. Jej wytrawne wino francuscy specjaliści nagrodzili złotym medalem na EXPO w Paryżu w 1878 r. Jakież było ich zaskoczenie, gdy okazało się, że nie pochodzi ono – jak mniemali – z Bordeaux, ale z dalekiej wsi nad Dniestrem.

Historia i wino przeplatają się też w Castel Mimi – jednym z najpiękniejszych miejsc na winiarskiej mapie Mołdawii. Okazały zamek otoczony winnicą wybudował Konstantyn Mimi – ostatni gubernator Besarabii, wykształcony winiarz i filantrop. Jego elegancki przybytek odwiedzali i raczyli się szlachetnymi trunkami car Mikołaj II i rumuński król Karol II.

Europejska sława mołdawskich win przycichła po drugiej wojnie światowej. Wówczas Mołdawia, będąc jedną z republik radzieckich, stała się największym dostarczycielem win na rynek ZSRR. Po odzyskaniu niepodległości (1991 r.) Mołdawianie podjęli ogromny wysiłek ekonomiczny i kulturowy, także w przemyśle winiarskim. Cios przyszedł od niedawnego sojusznika; embargo Kremla miało ukarać Mołdawię i załamać jej gospodarkę, ale stało się inaczej. Rosyjskie przysłowie  „co bardziej dokuczy, to rychlej nauczy” sprawdziło się co do joty. Mołdawianie znaleźli nowe rynki zbytu, zaczęli na potęgę odnawiać infrastrukturę, inwestować w nowe technologie i marketing, połączyli wiedzę pokoleń z nowoczesną edukacją winiarską, a Unia Europejska otworzyła swe rynki i wspomaga finansowo. Postawiono na jakość, bo po wieloletniej dominacji wewnętrznego rynku radzieckiego trzeba było nadrobić zaległości. Udało się. W ciągu zaledwie kilkunastu lat mołdawskie wino odzyskało renomę, zdobywa laury, jest doceniane przez koneserów, trafia do ponad 60 krajów świata.

 Na szlaku wina
Co dominuje w krajobrazie Mołdawii? Oczywiście winna latorośl hen po horyzont. Kraj ma największą na świecie gęstość winnic i 140 producentów (nie licząc prywatnych, przydomowych). Wielu z nich otworzyło swe podwoje dla turystów, oferując im zwiedzanie z przewodnikiem, wypoczynek pośród winnych pejzaży, kursy sommelierskie, warsztaty gotowania, wystawy, koncerty, zakupy, a przede wszystkim degustacje win i tradycyjne posiłki z lokalnych produktów. Tutejsza bryndza, mamałyga (kasza kukurydziana) podawana ze śmietaną i skwarkami, ryby słodkowodne, tradycyjny rosół zeama, placki (placinty) z przeróżnym nadzieniem smakują wybornie z odpowiednio dobranym winem. Do tego kojące widoki, spokój, przyjazna atmosfera, niskie ceny… Czyż to nie wspaniały pomysł na urlop pod znakiem Dionizosa?

W prestiżowej winnicy Purkari (tej od cara), malowniczo usytuowanej na wzgórzu, czeka wiele wrażeń: degustacje i warsztaty ze specjalistami, piwnice zbudowane na planie krzyża, zdobione jeszcze przez mnichów, stare kolekcje win (np. królowej Elżbiety II), dwie świetne restauracje, tarasy widokowe, ścieżki, jeziorka (można łowić w nich ryby), kajaki, rowery oraz butikowy hotel i bungalowy w kształcie beczek. Nie wolno oczywiście zapomnieć o sklepie, który kusi ofertą i cenami. Wśród rarytasów wina z kolekcji Vinhora (mieszanki szczepów lokalnych i klasycznych).

A może coś na modłę ludową? Rodzinnie prowadzona Asconi Winery. Tu nie tylko można zwiedzać linię produkcyjną (3 mln butelek rocznie!) i piwnice wypełnione dębowymi beczkami, ale też zamieszkać domach stylizowanych na chaty wiejskie, zobaczyć regionalne stroje, pójść w tany przy dźwiękach ludowej muzyki, raczyć się lokalnymi daniami w rustykalnej knajpie i smakować tutejsze wina, których podstawę stanowią klasyki, takie jak cabernet sauvignon, merlot czy chardonnay, ale także szczepy endemiczne, występujące tylko na terenach historycznej Besarabii.

Zupełnie inny charakter ma Atu – pierwsza w Mołdawii miejska winnica. Wrażenie robi jej artystyczno-industrialny wystrój i kolorowy mural na fasadzie. Powstała w Kiszyniowie na terenie garaży trzy lata temu i w tak krótkim czasie zdobyła spore (winne!) grono wielbicieli. Wszystko za sprawą pasji małżeństwa Vlady i Victora Vutcarau. Postawili na tradycję w nowoczesnej odsłonie. Produkcja  i etykietowanie opiera się na ręcznej robocie. W świat wychodzą limitowane edycje – maksymalnie 3 tys. butelek wypełnionych winem, w którym prym wiodą lokalne szczepy viorica, feteasca alba i feteasca neagra.

Wina Tuska
Niektóre atrakcje winiarskie są naprawdę niezwykłe i zadziwią nawet abstynentów. Nigdzie na naszym globie nie ma bowiem takich miejsc, jak Milesti Mici oraz Krikowa (Cricova). Pierwsze z nich to, wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa, przeogromny kompleks piwnic z winami, mieszczący się w niegdysiejszych wapiennych wyrobiskach. Od lat 60. zwożono tu trunki ze Związku Radzieckiego i Bułgarii. Podziemne szerokie korytarze liczą ponad 200 km, zdeponowano w nich prawie 2 mln butelek (także rekord świata!). Panują tu idealne warunki: o każdej porze roku taka sama temperatura 12-14 st. C i duża wilgotność.

Nie lada gratką jest też podróż elektrycznym pojazdem po Krikowej. Jej 120-kilometrowy labirynt podziemnych ulic (noszą imiona win), skrzyżowań i placów zadziwia bogactwem składowanych tu win w beczkach i butelkach. Wrażeń dopełnia wizyta w muzeum, w kaplicy i oczywiście w salach degustacyjnych. Niektóre z nich to prawdziwe przybytki luksusu. Nic dziwnego; lubią tu zaglądać koneserzy z całego świata, politycy, dyplomaci. Ich zdjęcia zdobią ścianę w jednym z korytarzy. Zachował się też list pochwalny od Jurija Gagarina. Miał za co dziękować;  podczas wizyty zaginął w piwnicznych otchłaniach, niczym w kosmosie, ale został szczęśliwie odnaleziony po dwóch dniach. W winnych piwnicach Krikowej obchodził swe 50. urodziny Władimir Putin, a butelkowe kolekcje przechowują  m. in. Angela Merkel, Aleksandr Łukaszenka, John Kerry i Donald Tusk.

Krikowa nie tylko składuje wina, ale też je wytwarza, np. musujące, które – gdyby nie obostrzenia formalne – można by nazywać szampanem, bo powstają według metody, jaką wymyślił mnich Dom Pierre Perignon. Smakują wybornie i są kilka razy tańsze od swych francuskich odpowiedników. Nie lada gratką jest też obserwowanie ręcznego obracania (45 st.) butelek ustawionych szyjką do góry. Na całym świecie tylko niespełna tysiąc osób zajmuje się tego typu fachem.

Mnich w jaskini
Mołdawia to nie tylko winnice. To także pola słoneczników i lawendy, to rozległe przestrzenie, krzyże przydrożne, studnie mające gasić pragnienie utrudzonych wędrowców, to także forty, cerkwie, klasztory. Wiele z nich – w czasach ZSRR – przeznaczono na szkoły, sanatoria dla prominentów partyjnych, magazyny. Niszczyły je przeróbki, dewastacje i ząb czasu. Szczęśliwie dziś odzyskują swój dawny blask.

Czarownym miejscem jest Orheiul Vechi (Stary Orgiejów) – kompleks archeologiczno-krajobrazowy na malowniczym płaskowyżu wyrastającym nad doliną rzeki Raut. Tutejsze wapienne wąwozy to pozostałość po jurajskim Morzu Sarmackim. Znaleziono tu mnóstwo śladów zamierzchłej przeszłości: od czasów prehistorycznych po Daków i Złotą Ordę. W średniowieczu zaczęli tu przybywać pustelnicy, drążyli korytarze w miękkich skałach, budowali kaplice cerkiewne i wnęki mieszkalne. Teren na kontemplacje blisko natury nie był jednak idealny. Wiatr, woda, wstrząsy tektoniczne i właściciele ziemscy spowodowali, że mnisi opuścili to miejsce w XIX w. W 1904 r. mieszkańcy pobliskiej wsi wybudowali cerkiew na szczycie cypla. Wojsko radzieckie zamknęło ją, uprzednio zniszczywszy wyposażenie. Duchowe życie odnowiło się kilka lat po odzyskaniu niepodległości. Dziś wykute w skałach sakralne budowle robią niezwykłe wrażenie. Wyjątkowa atmosfera panuje w niedużym skalnym klasztorze Pestera, którego niski strop podtrzymywany jest kolumną, na nierównych ścianach wiszą ikony, blask świec rozprasza ciemność, a przy lampie oliwnej siedzi stary mnich, od czasu do czasu odrywa głowę od książek i dewocjonaliów, by pobłogosławić wiernych. Jedno wyjście z pieczary prowadzi do schodów, drugie – do podziemnych cel, a trzecie, wąskie i nieduże – na naturalny, niczym niezabezpieczony taras. Ostrożnie! Wysoko, stromo, malowniczo. Roztacza się stąd panoramiczny widok na rzekę, stepy i skalne wzniesienia.

W dolinie leży wieś Butuceni. Prawdziwe stare domy z pnączami winorośli, prawdziwe zagajniki, studnie, bramy, prawdziwi ludzie, choć wielu turystom zdaje się, że są w skansenie. W tej uroczej, swojskiej, tradycyjnej przestrzeni czekają różne atrakcje: muzeum etnograficzne, noclegi w zgrzebnych izbach, lokalne jadło w gospodzie, sprzedaż sera i wina domowej roboty. Można nacieszyć się smakowitościami jak u babci (a raczej prababci), zajrzeć do spiżarni pełnej warzywno-owocowych zapasów, zobaczyć wnętrza tradycyjnych domów, podziwiać drewniane ozdoby, haftowane obrusy, koronki na poszewkach i wiszące na ścianach naturalnie barwione dywany. Techniki ich tkania, przekazywane z pokolenia na pokolenie, zostały wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Po sąsiedzku
Doświadczyć Mołdawii to zagłębić się w jej bogatą historię i ciekawą przeszłość. Kraj choć niewielki (zaledwie 34 km kw.) to jest niesamowicie różnorodny. Na przestrzeni dziejów przechodziły tędy lub zostawały różne ludy, żyli tu m.in. Rumuni, Rosjanie, Ukraińcy, Gagauzi, Romowie, Bułgarzy, Ormianie, Serbowie, Polacy, Niemcy, Żydzi. Dziś też nie jest jednorodnie. Na południu znajduje się autonomiczny obszar tajemniczej Gagauzji zamieszkałej przez prawosławnych potomków Turków, zaś na wschodzie rozciąga się wąski i długi na 200 km pas separatystycznej Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej, nieuznawanej na arenie międzynarodowej. To quasi-państwo z socrealistyczną architekturą, Leninem wiecznie żywym, jedyną na świecie flagą przedstawiającą sierp i młot oraz ze stacjonującym jeszcze wojskiem rosyjskim. Ma swego premiera, prezydenta i własną walutę. Wizyta tutaj to poznanie polityczno-terytorialnych zawiłości, ale też dreszczyk emocji, który można wzmocnić tutejszym koniakiem Kvint. Jeszcze głodni ciekawostek etnograficznych? Trzeba wybrać się na północ, bo tam znajduje się największe skupisko Romów, a ich nieformalną stolicę stanowią Soroki. Tutejsza twierdza (ta z legendy o bocianach) była w XVII w. zajęta przez wojska polskie.

Na przestrzeni dziejów mieliśmy sporo wspólnego z Mołdawią, układaliśmy się z jej hospodarami albo byliśmy z nimi w konflikcie, a przez wiele lat łaczyła nas wspólna granica. Do dziś w okolicach Styrczy można spotkać potomków polskich osadników z XIX w.

Stołeczne klimaty
Odzwierciedleniem dziejów i charakteru Mołdawii jest Kiszyniów; nieduży, kameralny i spokojny w porównaniu z innymi stolicami europejskimi. Podczas wojny został zniszczony w 80 proc. i niewiele uratowało się z jego historycznej zabudowy. Kilka ulic pamięta czasy, gdy Kiszyniów był stolicą guberni besarabskiej, wówczas trzy lata spędził tu na zesłaniu Aleksander Puszkin (w jego domu znajduje się muzeum). Architektoniczne pamiątki po czasach carskich mieszają się z betonowym socrealizmem i współczesnym koglem moglem. Na reprezentacyjnym, prawie 4-kilometrowym bulwarze Stefana Wielkiego i przylegających doń ulicach stoją pokaźne budowle rządowe, katedra prawosławna, Muzeum Etnograficzne, Narodowe Muzeum Sztuki, Teatr Narodowy, centrum informacji turystycznej, kuszą sklepy, butiki, eleganckie restauracje, a niemal po sąsiedzku rozpościera się duży bazar, w którym królują staroświeckie wagi z odważnikami. Czegóż tam nie ma; mydło, powidło, stosy warzyw, owoców i sera owczego, stoiska z gigantycznymi rybami, mięsiwo, miody prosto z pasieki i kwas chlebowy w beczkach. Trzeba tu zajrzeć! A potem już tylko odpocząć w którymś z parków, zasiąść w klimatycznej knajpce i chłonąć atmosferę przy kieliszku mołdawskiego wina.

Tekst: Alina Woźniak
Zdjęcia: autorka i ANTRIM