Od kilku tygodni trwa w Polsce afera łosiowa. Ministerstwo Środowiska zaproponowało wprowadzenie w kilku województwach zezwolenia na odstrzał tych zwierząt, motywując decyzję wzrostem ich liczebności. Przyrodnicy podnieśli larum.
Już raz, kilkanaście lat temu, łosi omal nie wybito. Wstrzymano polowania i liczba żywych pomników przyrody wzrosła ponoć do 13 700 sztuk. Jeśli nawet tak jest, choć dane nie są pewne, to populacja myśliwych zrzeszonych w Polskim Związku Łowieckim (PZŁ) jest o niebo wyższa i sięga 100 tysięcy. Łatwo sobie wyobrazić starcie hordy uzbrojonych we flinty, sztucery, lasery i inne bajery myśliwych z wielkim i łatwym do ustrzelenia zwierzęciem. Jedni nazwą to polowaniem, inni masakrą.
Ruszyła akcja społeczna „Łapy precz od łosi”. Tysiące osób podpisało petycję w sprawie ich ochrony. Sprzeciw poparły gremia naukowe. Spór trwa. Szkoda, że Ministerstwo Środowiska (warto się zastanowić ministerstwo czego: ochrony czy wykorzystania), zamiast dbać o naszą ojczystą przyrodę, dba o interesy, które można na niej zrobić. Jak jednak może być inaczej, gdy na czele resortu stoi pasjonat myślistwa, a myśliwi określają się jako „miłośnicy przyrody”, mienią się być jej „obrońcami”. Tzw. ekologów zwyczajowo określa się mianem oszołomów, którzy zwykli przykuwać się do drzew i blokować rozwój gospodarczy gmin i regionów. Ale jak tu przykuć się do łosia?
Nie pojmuję, jak można strzelać „na komorę” obiektu swojej miłości? Jak można zabić dzikie, wolne zwierzę. Nie pojmuję. Znacznie więcej pozytywnych emocji dostarczy tropienie łosi. Łosiowy turysta uzbrojony w lornetkę, lunetę i aparat fotograficzny z obiektywem długoogniskowym ma szansę przeżyć fantastyczną przygodę. Warto się wybrać nad Biebrzę lub Wigry, do Puszczy Kampinoskiej lub na Polesie. Naturalnym środowiskiem łosi są bowiem rozległe, podmokłe lub wilgotne lasy, bory bagienne, olsy, brzeźniaki i wierzbowe zarośla. Majestatycznie przemierzają mokradła w poszukiwaniu smakowitych kaczeńców. Łosie mają słabszy wzrok i słuch, natomiast przedni węch. Żeby podejść jak najbliżej, trzeba iść z wiatrem. Te piękne zwierzęta nie są płochliwe, czasem udaje się podejść się do nich na odległość kilkunastu metrów. Powoli wymierzyć obiektyw i nacisnąć spust… migawki. Bez krwi, pogruchotanych kości i wyprutych wnętrzności. Czysta gra.
Tekst publikowany na łamach magazynu “Świat Podróże Kultura” w numerze wakacje 2014 na str. 14.
