Peru, z jego malowniczą Doliną Inków i legendarnym Machu Picchu, od wieków przyciąga podróżników z całego świata. To miejsce, gdzie historia splata się z teraźniejszością, a ruiny inkaskich miast, niegdyś skryte przez dżunglę, rozpalają wyobraźnię. Wędrując po Andach, można podziwiać zapierające dech w piersiach widoki, a spotkania z mieszkańcami, którzy wciąż pielęgnują tradycje swoich przodków, stanowią most między dawnymi czasami, a współczesnością.
krajobrazy wynagradzają każdy trud. Szlak Inków to najsłynniejsza trasa w Ameryce Południowej, a każda ścieżka opowiada historię cywilizacji, która przed wiekami pozostawiła tu trwałe ślady. Inkowie budowali drogi tam, gdzie inni się poddali. Część powstała nawet powyżej 5000 m n.p.m. Dawniej tymi drogami poruszali się tylko dostojnicy państwowi i wojsko. Tędy też transportowano towary do różnych części kraju. Inkowie nie znali koła, więc drogi budowano dla pieszych idących z karawanami lam.
Wędrówka na 2 tysiącach metrów
Dawne drogi biegną przez dżunglę, grzbiety górskie i pustkowia. Na wielu znajdują się schody wykonane z kamiennych bloków, co ode mnie – astmatyczki – wymaga dużej determinacji. Palące słońce też daje się mocno we znaki. Idziemy przez gęsta selwę i zielone doliny. W ciągu czterech dni pokonujemy około 40 km, wędrując na wysokości od 1500 do 2500 m n.p.m. Po drodze mijamy krzaki kawy, plantacje koki, a w oddali słychać szum meandrującej rzeki. W jednej z lokalnych restauracji próbujemy nalewki z węża. Smakuje wyśmienicie. Indianie twierdzą, że trunek pomaga na problemy żołądkowe i przeziębienie. Po południu docieramy do małego hoteliku i rozpoczynamy rafting. Rzeka Vilcanota, która w Dolinie Inków zmienia nazwę na Urubamba, to jedna ze źródłowych rzek Amazonki. Woda jest lodowata, ale mimo to kąpiemy się w jednym z wodospadów. W kolejnych dniach, w okolicach miasta Santa Teresa, regenerujemy się w gorących wodach termalnych, a w pobliżu miasteczka Santa Maria zjeżdżamy tyrolkami nad 200-metrową przepaścią. Podjeżdżamy też na przełęcz Abra Malaga znajdującą się na wysokości 4350 m n.p.m. Wiatr jest zimny, ale widoki nieziemskie – śnieżne czapy lodowców w oddali błyszczą w słońcu. Na rowerach zjeżdżamy w dół asfaltową trasą, pokonując 50 km. Mijamy niewielkie andyjskie wioski, bujne lasy i strumienie. Docieramy do niewielkiej wioski znajdującej się w otoczeniu selwy. Dla mnie najprzyjemniejszym odcinkiem jest trekking z Hydroelectric (hydroelektrowni) do Aguas Calientes. Trasa liczy 10 km i wiedzie przez las wzdłuż torów kolejowych. Zatrzymujemy się przy niewielkich budkach, gdzie sprzedawcy oferują lokalne specjały, w tym empanadas – pyszne, gorące pierożki z mięsem lub serem. Palce lizać!
Najlepiej zachowane miasto Inków
Poranne mgły otulają szczyty gór, tworząc niemal mistyczna aurę. Bujna roślinność, soczyście zielona, pokrywa zbocza Andów, a w powietrzu unosi się wilgoć. Po wschodzie słońca mgła opada, a ruiny inkaskiego miasta pokazują się nam w całej okazałości. Machu Picchu – jeden z siedmiu nowych cudów świata – zbudowano w XV wieku. Kompleks składa się z około 200 budowli, które służyły do celów religijnych i administracyjnych. W czasach świetności Machu Picchu zamieszkiwało ponad 1000 osób – wśród nich kapłani i urzędnicy królewscy. Do dziś odkryto zaledwie 40 procent tego wyjątkowego miasta. Podziemne tunele i komory nadal nie zostały zbadane przez archeologów.
Spacerujemy po Machu Picchu i podziwiamy kunszt dawnych budowniczych. To najlepiej zachowane miasto Inków. Budynki, które przetrwały wieki, są odporne na trzęsienia ziemi. Każdy kamień jest idealnie dopasowany do kolejnego. Dachy domów zostały pokryte strzechą, a później trzciną i słomą. Najważniejszymi budynkami w kompleksie są dwie świątynie: Trzech Okien i Słońca, a także Intihuatana – czyli zegar słoneczny i narzędzie do określania pór roku. Czujemy, że czas zatrzymał się tu na zawsze.
Tu, gdzie powstała tęcza
W Świętej Dolinie Inków jest wiele wiosek, w których mieszkańcy nadal kultywują dawne tradycje. To tu, według indiańskich wierzeń, narodziła się tęcza. W drodze do Ollantyaytambo – jednego z najlepiej zachowanych miast Inków – mijamy bawiące się na zboczach indiańskie dzieci ubrane w kolorowe stroje. Mają rumieńce na twarzach i spękane dłonie. Klimat Andów jest brutalny – palące słońce w ciągu dnia przypieka skórę, a wieczorem chłód przeszywa ciało do szpiku kości. Mieszkańcy Doliny Inków okrywają się grubymi kocami i nakładają na siebie kilka warstw odzieży, bo w domach nie ma ogrzewania. Ollantyaytambo zamieszkiwane jest nieprzerwanie od XV wieku. Kamienne domy i mury, zbudowane bez użycia zaprawy, zachwycają precyzyjnością. Na szczycie wzgórza znajduje się twierdza i niedokończona Świątynia Słońca. Głazy, które wciągnięto na górę, ważyły nawet 50 ton.
W okolicach Ollantyaytambo odwiedzamy dom jednej z Indianek. Mój wzrok przyciągają czaszki. Są ubrane w kolorowe czapeczki. To… krewni kobiety. Dawniej wierzono, że światy żywych i zmarłych się przenikają, a ci, którzy odeszli, nadal mogą służyć radą. Czaszki były zostawiane w domach, by bliscy czuli, że duchy ich przodków są nada obecne i chętne do pomocy. Dziś to już jest zabronione.
Żyzne gleby sprawiły, że Dolina Inków była spichlerzem dla lokalnej ludności. Tarasowe pola, które inkaskie ręce budowały przed wiekami, służą mieszkańcom do dziś. Woda z gór spływa po tych tarasach, nawadniając uprawy. Tarasy można zobaczyć m.in. w miasteczku Pisac. Znajdują się tu także pozostałości po budowlach Inków i wykute w skałach grobowce. Jest ich kilka tysięcy, ale są niedostępne dla zwiedzających. Ruiny dawnego miasta zajmują obszar kilkukrotnie większy niż Machu Picchu.

Z Pisac można podjechać do stanowiska archeologicznego w Moray. Dawniej było ono ogromnym laboratorium rolniczym, gdzie badano m.in. wpływ klimatu na wzrost roślin. Różnica między dolnym a górnym tarasem wynosi aż 30 metrów. Tarasy zostały zbudowane w kształcie kręgów, wyglądem przypominają amfiteatr.
Z Moray jest już rzut beretem do słynnych salin w Maras. Sól wydobywa się tu od czasów Inków, choć niektóre źródła podają, że nawet od tysiąca lat. W wyniku działania słońca i wiatru woda z tych płytkich basenów wyparowuje. Pozostają tylko kryształki soli, która jest zbierana przez mieszkańców. Na zboczach Andów znajduje się aż 5 tysięcy takich salin.
Rekst: Agnieszka Waszryl



