Wyobraźmy sobie miejsce, w którym przyszłość i przeszłość idą ramię w ramię, a dzieci, zamiast wpatrywać się w ekrany tabletów, chwytają za glinę, tańczą w kolorowych hanbokach albo… karmią sarny w cieniu wielkich drapaczy chmur.
To nie bajka. To Korea Południowa.
Ale dlaczego właśnie teraz polskie rodziny, znudzone europejskimi kurortami i przewidywalnymi atrakcjami, tak tłumnie kierują wzrok na ten daleki, wschodni skrawek świata?
Świat, w którym dzieci nie chcą wychodzić z muzeum
Seul i Busan – dwa pulsujące serca Korei – to miejsca, gdzie dzieci mogą zostać… strażakami, pilotami samolotów, a nawet kucharzami sushi. Nie w dorosłym świecie, ale w KidZanii, gdzie wszystko jest na niby, a jednak jak najbardziej na serio.
Nieco dalej, w Lotte World, można stracić poczucie czasu – przechadzać się między krainami, w których toczy się parada postaci z bajek, podziwiać akwaria pełne rekinów i wsiąść do pociągu-widmo, który pędzi przez krainy lodu i ognia.
I jeszcze Trick Eye Museum, gdzie rodzice, zamiast nudzić się na ławce, ustawiają się w kolejce do zdjęcia na skrzydłach anioła albo z gigantycznym kubkiem wylewającego się mleka.
Podróż w czasie i przestrzeni – od cesarzy do wulkanów
Ale Korea to także historia, której w Europie nie znamy. W Korean Folk Village dzieci zakładają kolorowe stroje, uczą się kaligrafii, oglądają taniec z wachlarzami i walki na kijach. A na wyspie Jeju biegają po wulkanicznych szlakach, zaglądają do lawowych jaskiń i gubią się w labiryntach z żywopłotów.
Czy wiedzieliście, że w Namsangol Hanok Village można wejść do domów sprzed kilkuset lat i posłuchać, jak brzmi muzyka grana dla dawnych koreańskich królów? Dla dzieci – to czary. Dla rodziców – historia, którą można dosłownie dotknąć.

Dlaczego to tak wygodne i… bezpieczne?
Być może to największe zaskoczenie. Bo Korea, mimo swego egzotycznego oblicza, jest czystsza i bardziej uporządkowana niż większość europejskich metropolii. Szybkie pociągi KTX sunące 300 km/h, metro z windami dla wózków i rozpisanymi w języku angielskim trasami. A jeśli się zgubicie – spokojni mieszkańcy z uśmiechem pokażą, gdzie iść.
Do tego rodzinne bilety, aplikacje w rodzaju Visit Korea czy KakaoMap, które pokażą najbliższy park, restaurację z menu dziecięcym i godzinę odjazdu autobusu. Wszystko, co redukuje stres do minimum, by zostało tylko to, co najważniejsze – radość wspólnego odkrywania świata. A może w tym wszystkim chodzi o coś więcej?
Może to nie przypadek, że w świecie, gdzie królują smartfony i zamknięte place zabaw, polskie rodziny wybierają miejsce, które uczy dzieci ciekawości, samodzielności i szacunku dla historii. Gdzie przez zabawę dowiadują się, że poza ich krajem istnieje inny rytm życia, inne smaki i kolory.
Może to wcale nie jest podróż w przestrzeni. Może to podróż w głąb tego, co w rodzinnym podróżowaniu najcenniejsze – wspólnych chwil, które budują więzi mocniejsze niż sieci 5G.
Korea czeka. I być może wcale nie tak daleko, jak sądzimy.
Bo czasem najdłuższa podróż zaczyna się… w głowie. A ta do Korei Południowej zaczyna się od jednego pytania:
„A co jeśli to będzie podróż, o której nasze dzieci będą opowiadać własnym dzieciom?”
