Wyobraź sobie: stoisz na szczycie Kilimandżaro, 5895 metrów nad poziomem morza. Wiatr tnie cię po twarzy lodowatymi igłami, a powietrze jest tak rzadkie, że każdy oddech to wysiłek, walka o przetrwanie. Zamiast podziwiać rozpościerającą się panoramę Afryki, ty rozkładasz… ciemnię fotograficzną. Mały, prowizoryczny namiot, który ma cię odizolować od ekstremalnych warunków. Brzmi jak szaleństwo? Być może. Ale właśnie tak wyglądała moja droga po rekord Guinnessa na najwyżej wykonane zdjęcie w technice mokrego kolodionu.

Mokry kolodion – alchemia z XIX wieku
Mokry kolodion to technika fotograficzna z 1851 roku, która zrewolucjonizowała ówczesny świat obrazu. Zamiast cyfrowego kliknięcia, proces wymaga ręcznego przygotowania emulsji światłoczułej na szklanej płycie. Najpierw polewasz szkło kolodionem – mieszanką bawełny strzelniczej rozpuszczonej w eterze i alkoholu. Następnie zanurzasz płytę w roztworze azotanu srebra, by uczynić ją światłoczułą. Cały proces musi odbywać się w warunkach ciemniowych, w których jedynym źródłem światła jest czerwona czołówka.
Mokra płyta trafia do aparatu, gdzie następuje ekspozycja. Po zrobieniu zdjęcia, płytę natychmiast wywołujesz w roztworze siarczanu żelaza, a następnie utrwalasz w tiosiarczanie sodu. Wszystko to musi nastąpić, zanim kolodion wyschnie – stąd nazwa “mokry kolodion”. W idealnych warunkach masz około 10-15 minut. Na wysokości prawie 6000 metrów, gdzie wilgotność powietrza jest bliska zeru, ten czas drastycznie się skraca. Każdy etap to ryzyko, a błąd może zrujnować całą płytę. W idealnych warunkach to już wyzwanie, a co dopiero na szczycie góry, gdzie mięśnie odmawiają posłuszeństwa, brakuje tchu, a krew pulsuje w skroniach, starając się dostarczyć do mózgu tlen, łapczywie wdychany wraz z rozrzedzonym powietrzem!
Mokry kolodion to nie tylko fotografia – to mający coś z magii i alchemii rytuał, w którym każdy błąd może zniweczyć całą pracę. Nie ma podglądu, nie ma drugiej szansy. Jest tylko szkło, chemia i światło.
Kilimandżaro – piękno i zagrożenie
Kilimandżaro, samotna góra w północno-wschodniej Tanzanii, to najwyższy szczyt Afryki i jeden z tzw. Korony Ziemi – najwyższych szczytów na każdym kontynencie. Położona blisko równika, oferuje niezwykłą różnorodność krajobrazów – od tropikalnych lasów u podnóża, przez wrzosowiska i kamienistą pustynię alpejską, aż po lodowiec na samym szczycie.
To też symbol kontynentu – samotna góra wyrastająca z równinnych sawann. Jej nazwa w języku suahili oznacza “górę, która błyszczy”. Dla wspinaczy to wyjątkowe wyzwanie – choć technicznie nie wymaga sprzętu alpinistycznego, przez co często nie jest traktowana poważnie przezwyczynowych górołazów, wysokość i warunki atmosferyczne stanowią niekiedy śmiertelne zagrożenie.
Każdego roku Kilimandżaro próbuje zdobyć około 35 000 osób. Nie wszyscy docierają na szczyt. Choroba wysokościowa, wyczerpanie, hipotermia – to realne zagrożenia. Statystyki mówią o średnio 10 ofiarach śmiertelnych rocznie. Na własne oczy widzieliśmy turystów, którzy przecenili swoje siły i musieli być znoszeni z góry.
To właśnie tam, w tym surowym i pięknym miejscu, postanowiłem przenieść moją pasję do fotografii analogowej na zupełnie nowy poziom. Pomysł narodził się w 2021 roku podczas podróży po Tanzanii. “A gdyby tak…?” – to pytanie, rzucone żartem podczas wielogodzinnej jazdy autobusem, zasiało ziarno, które wykiełkowało w szalony plan. Dwa lata później, po zaakceptowaniu projektu przez Guinness World Records, zaczęły się prawdziwe przygotowania.
Chemiczne perypetie w Afryce
Pierwszym i największym wyzwaniem okazało się zdobycie odpowiednich chemikaliów. Kolodion to roztwór bawełny strzelniczej w eterze i alkoholu – mieszanka wybuchowa i łatwopalna, której konwencjonalny transport z Polski był niemożliwy. Mój przewodnik, Jumanne Kolokolo, niczym detektyw przeczesywał sklepy chemiczne w Tanzanii i Kenii. Po miesiącach poszukiwań udało się znaleźć dostawcę w Kenii, który zaoferował się sprowadzić odczynniki drogą morską z Indii. Jednak na tym problemy się nie skończyły. Zamówiona partia kolodionu, na którą czekałem przeszło trzy miesiące, okazała się bezużyteczna. Mimo wielu prób, godzin konsultacji ze specjalistami od fotografii historycznej i chemikami, nie udało się zmusić roztworu do działania. Zaczęła się walka z czasem – bilety kupione, ekipa gotowa, a ja bez kluczowego składnika! Pojawiały się nawet szalone pomysły – jeden dostawca zaoferował mi przemyt kolodionu przez trzy afrykańskie kraje. Tę opcję odrzuciłem, ale znalazłem inną, legalną.
Okazało się, że można wysłać towary niebezpieczne drogą lotniczą po wyrobieniu certyfikatów i bezpiecznym zapakowaniu ich przez wyspecjalizowaną firmę. Do tego wysyłka możliwa była ponownie tylko do Kenii, która ma mniej restrykcyjne przepisy niż Tanzania. Gdy wydawało się, że wszystko idzie już ku dobremu, paczka utknęła w kontroli celnej! Adrenalina sięgała zenitu, bo do wyjazdu pozostawało już tylko kilka dni. Na szybko uzupełniałem brakujące dokumenty, uiszczałem opłaty celne, a zaprzyjaźniony sklep chemiczny pracował na miejscu. Tuż przed naszym wylotem udało się odebrać kolodion z lotniska, pozostało go tylko przetransportować do Tanzanii. Paczka wyruszyła autobusem, a mój przewodnik wyjechał na granicę, by ją jak najszybciej odebrać i bezpiecznie dowieźć. Kosztowało mnie to wiele stresu (i pieniędzy!), ale kluczowy element ekspedycji został rzutem na taśmę załatwiony.
Ciemnia na plecach, marzenie w sercu
Kolejnym wyzwaniem był sprzęt. Chciałem wnieść wszystko na szczyt samodzielnie: ciemnię, chemikalia, sprzęt laboratoryjny, aparat i statyw. Przez wiele miesięcy budowałem prototypy ciemni, starając się zminimalizować jej rozmiar i wagę.Standardowa ciemnia fotograficzna to pomieszczenie z bieżącą wodą, wentylacją i stałą temperaturą. Moja musiała zmieścić się w plecaku. Ostatecznie udało się zamknąć wszystko w 18,5 kg ekwipunku: lekki namiot z tkaniny nieprzepuszczającej światła, składane kuwety, butelki z chemikaliami, aparat wielkoformatowy, statyw, szkło i mnóstwo drobnych akcesoriów. Każdy gram miał znaczenie, a każdy element musiał być przemyślany.
Przygotowania fizyczne również były kluczowe. Kilimandżaro to nie przelewki, a dźwiganie ciężkiego plecaka na takiej wysokości wymagało solidnej kondycji. Pięć miesięcy treningów, sprinty po schodach, długie spacery z obciążeniem, bieganie – nigdy nie byłem w tak dobrej formie.
Test w zamrażarce i parówki jako taca
Przed wyjazdem do Tanzanii postanowiliśmy przeprowadzić testy w ekstremalnych warunkach. Dzięki uprzejmości przyjaciela, Kaspera Kędzierskiego, który kręcił dokument o wyprawie, zorganizowaliśmy specjalny kontener-zamrażarkę, służący na co dzień za mroźnię dla restauracji ze stekami. W temperaturze -18°C, w otoczeniu skrzyń z argentyńską wołowiną, próbowaliśmy odtworzyć warunki panujące na szczycie Kilimandżaro. Mieliśmy nadzieję sprawdzić, jak chemikalia zachowują się w niskich temperaturach.
Dwie pierwsze wizyty w mroźni zakończyły się fiaskiem – uczulacz i utrwalacz zamarzały, kolodion krystalizował się na zmrożonej płycie. Szukałem więc sposobów na równomierne podgrzanie wszystkich płynów i szkła. Najlepiej egzamin zdał zestaw małych świeczek.
Podczas ostatniego testu, przeprowadzanego zresztą w piątek trzynastego, zapomniałem zabrać kuwet na odczynniki chemiczne! Najpierw ogarnęło mnie przerażenie, bo nie było czasu na powrót do domu i był to ostatni dostępny termin przed wylotem. Potem stwierdziłem, że będę improwizować. Znaleźliśmy z Kasprem nieopodal kontener na śmieci i zabraliśmy się za przetrząsanie zawartości. Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy rozwiązanie – opakowanie po parówkach posłużyło jako taca na roztwór azotanu srebra, a plastikowy pojemnik jako kuweta na utrwalacz. Mimo tych niespodziewanych przygód, udało mi się uzyskać w końcu czytelne zdjęcie!
Ironią losu okazało się, że te testy były kompletnie nieprzydatne. Na szczycie, wewnątrz ciemni, temperatura sięgała +25°C! Efekt cieplarniany w małym namiocie był niesamowity – czarne ściany pochłaniały promieniowanie słoneczne, tworząc wewnątrz warunki jak w saunie. Podczas gdy na zewnątrz panował mróz -6°C, wewnątrz ciemni pot spływał mi po plecach.
Ostatni test przed wyprawą – gdy wszystko się sypie
W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Po dotarciu do Tanzanii i krótkim odpoczynku, od razu zabrałem się za mieszanie chemii. Stres był ogromny – cała wyprawa zależała od tego, czy kolodion zadziała.
Dzień przed wyruszeniem na szlak przeżyłem moment prawdziwej paniki. W pokoju hotelowym w Moshi, u podnóża Kilimandżaro, rozstawiłem prowizoryczną ciemnię, by przeprowadzić ostateczny test sprzętu i chemikaliów. Wszystko poszło nie tak.
Kolodion, który miał być moim biletem do rekordu, zachowywał się nieprzewidywalnie. Pierwsza płyta wyszła kompletnie czarna – prześwietlona lub zanieczyszczona. Na drugiej pojawił się obraz,co w całej ekipie wywołało wybuch entuzjazmu, ale gdy płytę włożyłem do płukania w wodzie, obraz nagle rozmył się i zniknął. W całej swojej wieloletniej karierze jako fotograf kolodionowy nigdy się z czymś takim nie spotkałem!
Sześć miesięcy przygotowań, tysiące wydanych dolarów, a podstawowy element procesu zawiódł. Nie było już czasu na dalsze testy. Musiałem ruszać z tym co miałem – niepewną chemią i duszą na ramieniu.
Ta lekcja pokory tuż przed wyruszeniem na górę była jak zimny prysznic – przypomnienie, że w fotografii kolodionowej nie ma gwarancji sukcesu, a w połączeniu z ekstremalnymi warunkami wysokogórskimi, szanse na powodzenie są jeszcze mniejsze. Ale właśnie to wyzwanie było sednem całego przedsięwzięcia.
Na szlaku ku rekordowi
Wyruszyliśmy na szlak. Trasa Marangu, którą wybraliśmy, oferowała noclegi w domkach, co było dużym ułatwieniem, szczególnie podczas mycia zlewek i kuwet, jak i mieszania odczynników.
Zdecydowałem się na systematyczne testowanie sprzętu i chemii na każdym etapie wspinaczki, co 1000 m wysokości – to była moja strategia aklimatyzacji nie tylko ciała, ale i procesu fotograficznego. Te systematyczne próby na różnych wysokościach były kluczowe. Każdy obóz to inny mikroklimat, inne warunki, inne wyzwania. Dzięki nim mogłem dostosować proces do zmieniającego się środowiska i zwiększyć szanse na sukces na szczycie.
W pierwszym obozie, Mandara Hut (2700 m n.p.m.), rozstawiłem ciemnię na pobliskim wzgórzu. Wykonałem trzy zdjęcia i wszystkie wyszły dobrze. To wlało otuchę w moje serce i dodało mi pewności siebie.
Dwa dni później, w Horombo Hut (3700 m n.p.m.), sytuacja się skomplikowała. Wysokość zaczęła wpływać na chemię – kolodion schnął szybciej, a wywoływacz działał wolniej. Musiałem dostosować czasy i proporcje. Pierwsze zdjęcie – nieudane. Drugie, lepsze, ale znów rozpływające się pod wpływem wody. Trzecie tak samo, więc postanowiłem ograniczyć płukanie do minimum. Wrócił stres i przyspieszony oddech, który sprawiał, że na tej wysokości męczyłem się jeszcze bardziej.
Ostatni obóz – granica wytrzymałości
Ostatni obóz przed szczytem, Kibo Hut (4700 m n.p.m.), to miejsce, gdzie wszyscy ledwo się trzymają. Podejście do niego daje pewne wyobrażenie o tym, kto ma szansę zdobyć szczyt, a kto będzie musiał zawrócić. W naszej grupie też nastąpił podział na część, która lepiej się zaaklimatyzowała i tą, która dotarła do obozu później i z dużym wysiłkiem. Ja na szczęście byłem w tej pierwszej połowie, co było dobrym prognostykiem.
Sam czas w obozie to często już walka o przetrwanie. Rzadkie powietrze sprawia, że najdrobniejszy wysiłek – zawiązanie butów, spakowanie plecaka – powoduje zadyszkę. Niedotleniony mózg zaczyna płatać figle, ciężko się skoncentrować i pozbierać myśli. Większość turystów leży na pryczach, walcząc z bólem głowy i nudnościami – typowymi objawami choroby wysokościowej.A ja, w tych spartańskich warunkach, bez bieżącej wody, myłem ekwipunek laboratoryjny i mieszałem chemię. Przewodnicy i inni wspinacze patrzyli na mnie jak na szaleńca, gdy rozkładałem szkło, zlewki i butelki z chemikaliami. Nie mogłem się jednak poddać i mimo że nie czułem się najlepiej, metodycznie wykonywałem wyuczone zadania.
5100 metrów – nieoficjalny rekord
Podczas ostatniej aklimatyzacji postanowiłem spróbować ustanowić nieoficjalny rekord – wykonanie zdjęcia kolodionowego powyżej 5000 metrów. Podejście było strome i wymagające, każdy oddech palił w płucach. Do tego silny, mroźny wiatr, wiejący nam w twarz. Gdy znaleźliśmy odpowiednie, osłonięte miejsce, rozstawiłem ciemnię i wykonałem zdjęcie przewodników. Płyta wyszła perfekcyjnie! Taniec radości, śpiewy, uśmiechy, ulga. Wszystkich nas momentalnie opuściło zmęczenie i przepełnieni radością wróciliśmy do obozu.
Droga na szczyt
Noc przed atakiem szczytowym była krótka i nerwowa. Wyruszyliśmy w dwóch grupach, słabsza o 1:00, mocniejsza, ze mną, o 2:00 w nocy. Mrok, mróz i rzadkie powietrze sprawiały, że każdy krok był wyzwaniem. Widzieliśmy światła czołówek innych wspinaczy, jakbyśmy szli w procesji duchów.
Po godzinie spotkaliśmy jednego z członków naszej ekipy wracającego do obozu. Zawroty głowy i problemy z krążeniem zmusiły go do przerwania wędrówki. Po kolejnej godzinie dogoniliśmy ekipę, która wyszła wcześniej. Byli wykończeni, ale my również. W ciemności idzie się krok za krokiem, jak robot, widząc tylko plecy wspinacza przed sobą i myśląc tylko o regularnym oddechu. Wschód słońca nad Kenią dodał otuchy, ale siły opadały z każdym metrem.
Kolejnym newralgicznym podejściem była ścieżka prowadząca do Gilman’s Point (5756 m n.p.m.), najbardziej stroma z całej trasy, wymagająca wspinania się na głazy. Do tej pory szedłem jak robot, napędzany adrenaliną. Tutaj jednak, konieczność wchodzenia z ciężkim plecakiem na wysokie kamienie, całkowicie mnie wyczerpała. Dla nas wszystkich wędrówka przestała opierać się na sprawności ciała, a na sile woli i determinacji.
Droga na szczyt to nie tylko fizyczne wyzwanie, to także emocjonalny rollercoaster. Mijaliśmy turystów, którzy ledwo trzymali się na nogach, niektórych znosili przewodnicy na prowizorycznych noszach lub specjalnych wózkach. Te widoki były dołujące – przypominały, że góra nie wybacza błędów ani słabości. Ale szliśmy dalej, dzieląc sobie długą trasę na malutkie kroczki.
Na dachu Afryki
O 10:30 stanęliśmy na dachu Afryki. Euforia mieszała się z wyczerpaniem. Czas naglił – trzeba było zbudować ciemnię i zrobić rekordowe zdjęcie. Samo rozstawienie namiotu zajęło pół godziny. Wysokość dawała się we znaki – saturacja krwi tlenem spadła do niebezpiecznego poziomu. Przewodnicy zalecają, by na szczycie przebywać nie dłużej niż 20 minut. My spędziliśmy tamniemal dwie godziny. To było ryzykowne, ale nie mieliśmy wyboru – proces fotograficzny wymagał czasu.
Kasper, kamerzysta, niemal zemdlał, siedząc ze mną w ciemni i dokumentując cały proces. Pozostali również słaniali się na nogach. Ale nie było już odwrotu.
Błąd, który kosztował mnie idealne zdjęcie
W końcu nadszedł czas na wykonanie zdjęcia. Drżącymi rękami przygotowałem płytę, ustawiłem ekipę pod znakiem na szczycie i zrobiłem TO JEDNO zdjęcie. Niestety, popełniłem błąd – prześwietliłem je. Promieniowanie UV na takiej wysokości było silniejsze, niż zakładałem.
W technice kolodionowej można ratować prześwietlone zdjęcia, przerywając szybko proces wywołania. Tak też zrobiłem, ale to zawsze odbija się na jakości zdjęcia. Grupa ledwo trzymała się na nogach, spędziliśmy na szczycie znacznie więcej czasu, niż się zaleca. Obejrzałem jeszcze raz fotografię – mimo zanieczyszczeń, widać było wyraźnie tablicę ze szczytu, wraz z wypisaną na niej wysokością – 5895 m n.p.m. W głowie miałem tylko jedną myśl – czy komitet Guinnessowski to zaakceptuje? Nie było jednak czasu na kolejne próby. Musieliśmy wracać.
Ostatecznie, mimo niedoskonałego zdjęcia, byłem zadowolony. Biorąc pod uwagę ekstremalne warunki, efekt nie był najgorszy, a przede wszystkim, zrobiłem to, co sobie wymarzyłem, nad czym pracowałem miesiącami. Zejście było równie trudne, co wejście. Kolana odmawiały posłuszeństwa, a zmęczenie dawało o sobie znać.
Guinness – oficjalnie!
Po powrocie do Polski nastały miesiące oczekiwania na oficjalną decyzję Guinnessa. Wymogi odnośnie dokumentacji były bardzo szczegółowe. Obejmowały materiał fotograficzny i filmowy, odczyty GPS, relację świadków i opinię specjalisty w dziedzinie fotografii historycznej. W końcu, po niemal 6 miesiącach, przyszedł wyczekiwany mail. Zostałem oficjalnie ogłoszony Rekordzistą Guinnessa! I choć w rekordzie, na skutek błędnego wskazania wysokościomierza, widnieje wysokość o 24m niższa, 5971m. n.p.m. to z dumą mogę się nazywać tak, jak głosi slogan rekordu – „Officially Amazing”.
Podsumowanie
Moja wyprawa na Kilimandżaro to historia o pasji, determinacji i pokonywaniu własnych ograniczeń. To dowód na to, że nawet najbardziej szalone marzenia mogą się spełnić, jeśli włoży się w nie dużo pracy i serca. To także lekcja pokory, bo góra pokazała mi, jak mały jest człowiek w obliczu potęgi natury. Wspomnienia z tej wyprawy, przyjaźnie i lekcje zostaną ze mną na całe życie. A rekord Guinnessa? To tylko wisienka na torcie. To dowód na to, że warto marzyć i walczyć o swoje.

Jan Skwara
Fotograf i podróżnik z zacięciem dydaktycznym.
Rekordzista Guinnessa na najwyżej wykonany ambrotyp (zdjęcie na szkle w technice mokrej płyty kolodionowej). Rekord ustanowił na szczycie Kilimandżaro (5871m n.p.m.).
Laureat wielu międzynarodowych i krajowych konkursów fotograficznych (m.in. Wielki Konkurs Fotograficzny National Geographic, Leica Street Photo, Travel Photographer of the Year, Polski Konkurs Fotografii Sportowej, trzykrotny zwycięzca konkursu „Kadry ze Świata”), wyróżniany w dziedzinie fotografii podróżniczej, portretowej,reporterskiej i sportowej. Jego zdjęcia publikowane były m.in. w The Sun, The Mirror, Daily Mail, The Telegraph, National Geographic, Poznaj Świat, Digital Camera UK i Magazynie Turystyki Górskiej NPM. Prezentował zdjęcia podczas wystaw indywidualnych i zbiorowych (m.in. „Bangladesz reporterskim okiem 2023”, “Black & White” Ateny 2017, „Photocrowd & Alamy Exhibition London 2015”, „Podróże okiem Polaków”, „Polska – konteksty”, „Indyjskie Misteria”). Zdobywca pierwszej nagrody w ogólnopolskim plebiscycie Osobowość Roku 2024 w kategorii Kultura.
