Nazywani są ludźmi lasu. Żyją na obrzeżach lankijskich parków narodowych, w skromnych, wręcz spartańskich warunkach. Wielu z nich nigdy nie uczęszczało do szkoły, a część nawet nie zna dokładnej daty swoich narodzin. Weddowie – rdzenni mieszkańcy Sri Lanki – stanowią dziś mniej niż jeden procent populacji kraju, a ich liczba wciąż się zmniejsza. Właśnie dlatego zależało mi, by podczas naszej podróży po Cejlonie, odwiedzić jedną z ich wiosek.

 

Przed nami trzy godziny drogi z Kandy do wioski Dambana. Nasz kierowca nie jest zachwycony. Laksitha chce nam pokazać swój kraj z jak najlepszej strony. Dla niego wioski Weddów to nic specjalnego – nie rozumie, że dla kogoś z dalekiego zakątka świata kontakt z inną kulturą może być największą atrakcją. Dla mnie to najbardziej fascynująca część wyprawy, zwłaszcza że tradycja Weddów powoli zanika. Ich dawne zwyczaje, język, rytuały i styl życia są coraz bardziej wypierane przez wpływ współczesnej kultury lankijskiej oraz nacisk państwa na asymilację. Wielu Weddów przystosowało się do stylu życia dwóch największych grup na Sri Lance – Syngalezów i Tamilów.

Coraz więcej młodych ludzi przenosi się do miast lub rezygnuje z tradycyjnego trybu życia. Dodatkowo utrata dostępu do lasów – które przez wieki były dla nich domem i źródłem utrzymania – sprawia, że Weddom coraz trudniej jest pielęgnować swoje dziedzictwo. Dawniej byli myśliwymi-zbieraczami. Wyznawali animizm. Jeszcze na początku XX wieku uważano ich za jeden z najbardziej pierwotnych ludów na ziemi. Weddowie robią wszystko, by przetrwać we współczesnym świecie, choć nie zawsze jest to łatwe. Podczas wyborów w 2024 roku członkowie społeczności przyszli zagłosować z tradycyjnymi siekierami na ramionach. Nie zostali wpuszczeni przez urzędników. Oburzeni rdzenni mieszkańcy zdecydowali, że nie będą uczestniczyć w głosowaniu. Ostatecznie zostali wpuszczeni do lokali wyborczych, ale jeszcze długo mówili o pogwałceniu ich praw.

Poznajemy wodza Weddów

Czas w podróży mija nam szybko. Najpierw zatrzymujemy się w miejscu, które ewidentnie przygotowano z myślą o turystach. Stragany z pamiątkami wykonanymi przez Weddów kuszą kolorami, ale to nie jest to, czego szukamy. Do Laksithy podchodzi krępy mężczyzna w średnim wieku. Ma 37 lat, gęste czarne włosy związane w kucyk i zabarwione na czerwono dziąsła. To przez betel – popularną używkę, która składa się z liści pieprzu żuwnego, orzeszków areki i mleka wapiennego. Czasem dodawany jest także tytoń. Szacuje się, że betel żuje około 15 procent ludzkości. To czwarta najpopularniejsza używka na świecie. Mężczyzna przedstawia się nam, ale nie mogę zapamiętać jego imienia. Dopiero po chwili zauważam, że nie ma wielu zębów. Szybko okazuje się, że będzie naszym przewodnikiem. Oczywiście taka przyjemność kosztuje. Nie ma nic za darmo. Cenę już wcześniej ustalił nasz kierowca
– 15 dolarów od osoby. Pieniądze pójdą na wioskę.

Idziemy w głąb lasu. Tu turystów rzeczywiście nie ma, a my wzbudzamy zainteresowanie Weddów. Po drodze poznajemy wodza wioski, który jest sympatycznym starszym panem z siwiejącą brodą. Uruwarige Wannila Aththo ma goły tors i nosi sarong. Sarong to bawełniana tkanina, często z wzorami geometrycznymi lub w kratkę. Mężczyźni noszą go zawiązanego w pasie lub na biodrach. Nierzadko zakładają do niego zwykłą koszulę lub T-shirt. Wódz pozwala nam zrobić pamiątkowe zdjęcia. Widać, że nie tylko Weddowie liczą się z jego zdaniem. Jako szef tutejszej społeczności bierze udział w spotkaniach z przedstawicielami najwyższych lankijskich władz, podczas których reprezentuje interesy Weddów.

Strzelanie z łuku i trudna sztuka rozpalania ognia

Nasz lokalny przewodnik mówi trochę po angielsku. Skończył kilka klas, chodził do szkoły i czasem jeździ do miasta. Jest miły, lekko nieśmiały, ale po kilkunastu minutach lody zostają przełamane. Weddowie, których odwiedzamy, mieszkają w skromnych chatach z gliny. Domy mają jednak doprowadzoną elektryczność, choć podobno nie wszędzie jest do niej dostęp. Mieszkańcy wioski utrzymują się z uprawy roli. Na spotkanie z nami wychodzi smukły, przystojny mężczyzna. Wygląda na 35–40 lat, choć on sam nie wie, kiedy się urodził. Na świat przyszedł w domu, kiedy jeszcze nikt nie prowadził statystyk. Nie chodził do szkoły, nie zna angielskiego. Ma piękne, delikatne rysy twarzy, poważne spojrzenie i gęste, lśniące kruczoczarne włosy, które sięgają mu do ramion. Wygląda jak wojownik i tak go nazywam w myślach. Niewiele mówi. Ma na sobie tylko czerwoną przepaskę na sznurku. Podejrzewam, że ubrał się tak specjalnie dla nas, żeby przybliżyć swoją kulturę.

Razem z Weddami idziemy przez gęsty las. Dołącza do nas mężczyzna po dwudziestce i 12–letni chłopiec, który chwali się, że chodzi do szkoły. Dziś jednak nie poszedł. Nastolatek z rozbrajającym uśmiechem wyjaśnia, że czasem opuszcza zajęcia. W lesie Weddowie starają się nas zaznajomić ze swoimi zwyczajami. W chaszczach improwizują polowania na zwierzynę. Jakaś kobieta śpiewa tradycyjne pieśni, ale jest bardzo skrępowana, przez co ja też czuję się nieswojo. Niepewnie się nam przygląda i się nie uśmiecha. Widać, że jest zestresowana. Prawdopodobnie mąż kazał jej zaśpiewać, bo turyści przyjechali i zapłacili. Z jednej strony ich występ jest trochę nieudolny, wygląda jak nie do końca dopracowane przedstawienie. Ale z drugiej, nie ma w nim sztuczności. To nie jest komercyjne show skrojone na potrzeby turystyki. Doceniamy to. Następnie Weddowie pokazują, jak rozpalić ogień, używając kamieni. Przychodzi im to z łatwością. Po chwili próbuję i ja. Niestety, to nie jest takie proste, jak się wydaje. Staram się, ale nic z tego, tylko zdzieram sobie opuszki palców.

Zdradliwy betel

Potem wojownik podaje nam łuk i pokazuje, jak z niego strzelać. To już wychodzi mi lepiej. Mogłabym polować – śmieję się w duchu. Na koniec chłopiec i dwudziestoparolatek prezentują nam jeszcze tradycyjny taniec, pełen energii i rytmicznych ruchów, po którym zostajemy zaproszeni na herbatę. Gorący napar ma wyraźnie ziołowy posmak. Jeden z Weddów podaje nam betel. W sumie, czemu nie? Raz nie zaszkodzi. Jestem ciekawa, jak smakuje. Betel podobno dobrze działa na trawienie i zabija pasożyty. Podczas żucia uwalniane z orzechów areki alkaloidy stymulują wydzielanie większej ilości śliny, a betel puszcza czerwony sok. Nie wolno go połykać, bo można się zatruć. Sok trzeba wypluć. Weddowie pokazują, jak zrobić to z gracją. Nieśmiało wkładam betel do buzi i zaczynam żuć. Ma bardzo gorzki smak. Po chwili czuję, że moje ślinianki pracują intensywnie. Muszę wypluć sok. Próbuję to zrobić jak dama. Niestety tym razem się nie udaje. Krztuszę się i charczę, opluwając się przy tym, co wywołuje salwy śmiechu. Żegnamy się w serdecznej atmosferze i ruszamy w drogę powrotną.

Weddowie, choć dumnie trwają przy swoich korzeniach, muszą stawić czoła ogromnym wyzwaniom. Przez całą drogę mam w głowie mężczyznę z łukiem, kobietę śpiewającą pieśni, Weddów uczących nas swoich zwyczajów. Choć żyją na skraju nowoczesności, to nadal są przywiązani do tradycji, która od wieków tworzy ich tożsamość.

 

Tekst i zdjęcia:

Agnieszka  Wasztyl