Tu nie przyjeżdża się z walizką na kółkach. Gwatemala to nie jest kraj dla turysty all inclusive, co to rano smaży się przy basenie, a wieczorem smaży mu się mózg od drinków z parasolką. Tutaj ziemia parzy w stopy, dym unosi się z wulkanów, a duchy przodków Majów nadal chodzą po górach. W Gwatemali trzeba mieć odwagę, żeby w ogóle otworzyć oczy – bo jak raz zobaczysz, to już nie zapomnisz.

Tikal – miasto, gdzie drzewa milczą z szacunku
Wchodzisz do dżungli. Gęstej jak zupa z liści, głośnej jak wiejskie wesele. I nagle… cisza. Tikal. Kamienne piramidy, które przebijają korony drzew. Miejsce, gdzie Majowie rozmawiali z bogami. Gdzie świątynie wyrastają jak palce wyciągnięte do nieba. I jeśli masz szczęście – usłyszysz ryk jaguara. Jeśli masz pecha – on usłyszy ciebie.

Jezioro Atitlán – lustro dla bogów
Naokoło jeziora stoją wulkany – jak strażnicy. Woda spokojna jak głęboki oddech szamana. A nad nią unoszą się dymy z kadzideł, modlitwy w językach, których nie rozumieją nawet językoznawcy z Oksfordu. Tu wioski mają więcej kolorów niż haft na koszuli Gwatemalki, a każda z nich to inny świat. Santiago, San Juan, San Pedro – biorą cię za rękę i prowadzą w głąb swojej magii. A jak cię polubią, to pokażą coś więcej niż stragan z koralikami.

Chichicastenango – gdzie Bóg siedzi na schodach, a obok krowa
To nie jest bazar. To święty spektakl. Indianie K’iche’ przychodzą tu nie tylko handlować, ale i modlić się, tańczyć, przepowiadać przyszłość. Kościół św. Tomasza stoi na starych schodach Majów – tu katolicyzm spotyka się z wierzeniami starszymi niż Europa. Pachnie kadzidłem, pieczoną kukurydzą i… życiem. I śmiercią, bo tu to jedno i to samo.

Antigua – kolonialna dama z trzęsącymi się nogami
Stare miasto. Brukowane ulice, pastelowe kamieniczki, barokowe kościoły. Patrzysz – jak z pocztówki. Ale ziemia tu drży częściej niż u nas w polityce. Antigua kilka razy już leżała w gruzach – i za każdym razem podnosiła się z klasą. W tle wulkan Agua, który wygląda jakby spał, ale nie licz na to, że nie chrapie.

Wulkany – wejść, przetrwać, zejść (albo nie)
Pacaya, Fuego, Acatenango. Nazwy, które brzmią jak zaklęcia. Pacaya – można podejść blisko i upiec marshmallow na gorącej lawie (ale po co ktoś wozi pianki w dżunglę, tego nie rozumiem). Fuego – niech cię nie zmyli nazwa, to nie zabawa. Jak buchnie, to bez ostrzeżenia. Acatenango – wycieczka dla twardzieli. Trzeba wejść nocą, żeby nad ranem zobaczyć, jak Fuego pluje ogniem. Nikt nie mówi, że to będzie łatwe – ale potem człowiek już nie jest taki sam.

Majowie – naród, który się nie poddał
Wielu myśli, że Majowie zniknęli. Guzik prawda! Są. Żyją. Mówią w dwudziestu językach, noszą stroje jak obrazy, patrzą z mądrością w oczy, ale nie lubią, jak się im robi zdjęcia bez pytania. Ich święta, rytuały, muzyka i taniec to nie folklor dla turystów. To życie. Życie, które trwa mimo wszystkiego, co ich spotkało.

Podsumowanie dla leniwych, czyli po co jechać do Gwatemali?
Bo tu nie jesteś tylko turystą – jesteś gościem w domu przodków.
Bo możesz dotknąć kamienia, który pamięta więcej niż twoja babcia.
Bo tu ziemia oddycha, woda opowiada historie, a powietrze ma smak palonej kukurydzy.
Bo Gwatemala to nie kierunek – to inicjacja.
A jeśli boisz się, że tam nie ma Wi-Fi?
To dobrze. Bo może wreszcie usłyszysz siebie. I głos Majów, który mówi: popatrz uważnie, bo zaraz zniknę.

