No to uwaga – mamy problem. Turystyka zwariowała. Świat zrobił się tak zatłoczony, że nawet sardynki w puszce mają więcej przestrzeni. Wchodzisz na Fontannę di Trevi – a tam zamiast rzymskiego dolce vita czujesz się jak na wiecu politycznym. Jedziesz do Dubrownika? Lepiej licz się z tym, że obok twojego stolika w knajpie przy murach zaparkuje statek wycieczkowy większy niż całe miasto.

Eksperci biją na alarm: nadmierna turystyka zjada same fundamenty podróżowania. Infrastruktura się kruszy, zasoby się kończą, mieszkańcy mają dość, a w dodatku jeszcze ktoś cię skroi w tłumie. Global Rescue policzyło – 73% podróżnych boi się tłoku tak bardzo, że omija Francję, Hiszpanię, Włochy czy Tajlandię. A to są miejsca, które jeszcze niedawno uchodziły za must-see.

Chcesz na Phuket? Odpuść. Pattaya, Krabi? To samo. Chorwacja – Dubrownik – w sezonie nie do życia. Santorini? Owszem, białe domki i niebieskie kopuły, ale obok ciebie trzy miliony selfie-sticków i protesty mieszkańców. Barcelona, Amsterdam, Lizbona, Wenecja? Antyturystyczne nastroje, upał i ceny z kosmosu.
Co więc zrobić? – pytają podróżnicy. A odpowiedź jest prosta jak moje bosonogie stopy: nie idź tam, gdzie idą wszyscy. Zamiast Dubrownika – Split albo Zagrzeb. Zamiast Santorini – Ateny, Saloniki. Zamiast Paryża w sierpniu – Helsinki albo północna Szwecja.
A najbezpieczniej? Zajrzyj do raportów Berkshire Hathaway Travel Protection. Tam na podium: Islandia, Australia, Kanada, Irlandia, Szwajcaria, Nowa Zelandia. Bo zimno, drogo albo daleko – czyli krótko mówiąc: tłumy tam nie dochodzą.

Podróżowanie to wolność. A wolności nie znajdziesz w kolejce do atrakcji turystycznej z tysiącem innych gapiów. Bądź przekorny. Jak wszyscy jadą na północ – ty skręć na południe. Jak oni stoją w kolejce – ty idź polną drogą.

Hagerfjord, jeden z najpiękniejszych w Norwegii
Bo podróże są po to, żeby odkrywać. A nie żeby się przepychać.
Źródło: Euronews
