Zawsze powtarzam: nie trzeba jechać do Meksyku, żeby zobaczyć coś niezwykłego. Wystarczy odbić z warszawskiego asfaltu, pojechać w stronę Warki i nagle lądujesz w świecie, gdzie wszystko pachnie jabłkiem. Dosłownie. Tu nawet powietrze jest bardziej soczyste. Kiedy wjeżdżasz w powiat grójecki, krajobraz przestaje być płaski. Fale sadów – zielone, złote, czerwone – ciągną się aż po horyzont. Co parę kilometrów mijasz dom, traktor z przyczepą pełną owoców i tabliczkę z napisem: „Jabłka z Warki – prosto z sadu”. Nie ma tu przypadkowych ludzi. Każdy coś sadzi, zbiera, tłoczy albo przetwarza.
Warka nie jest typowym miasteczkiem turystycznym. Nie znajdziesz tu pstrokatych parasoli ani krzykliwych banerów. Ale jeśli szukasz autentyczności, to bingo – trafiłeś w samo serce Polski, która wciąż wie, jak pachnie ziemia po deszczu i jak smakuje sok z owocu zerwanego własną ręką.
Szlak, który się smakuje, a nie tylko ogląda
Nazywają to Szlakiem Jabłkowym, ale to nie trasa dla tych, co lubią tylko stemplować mapy. Tu się idzie, żeby spróbować, powąchać, pogadać.
W jednym gospodarstwie dostaniesz świeżo wyciskany sok, w drugim – nauczą cię robić cydr, a w trzecim – pokażą stare odmiany jabłoni, o których zapomniały supermarkety.
Spotkałem sadownika, który mówi, że jego rodzina uprawia jabłka od pięciu pokoleń. Pokazał mi drzewo zasadzone przez pradziadka i powiedział z dumą:
„Widzisz pan, to jest prawdziwe jabłko – krzywe, nieidealne, ale jak pan ugryzie, to od razu czuć, że żyje”.
I rzeczywiście – ugryzłem. Sok poleciał po brodzie, a ja pomyślałem, że w tym jednym kęsie jest więcej Mazowsza niż w całym folderze promocyjnym województwa.
Warka – miasto, które ma duszę i bohatera
W samym sercu tej krainy stoi Warka. Miasteczko spokojne, czyste i zaskakująco dumne. Tu wszystko ma swoją opowieść.
Na wzgórzu – Muzeum imienia Kazimierza Pułaskiego w Warce. Bohater dwóch narodów, Polak i Amerykanin, którego pomnik stoi wśród dębów i lip, jakby wciąż czuwał nad Pilicą.
Wokół rozciąga się park – 15 hektarów zieleni, stawów i ścieżek, po których można chodzić godzinami. Nie zdziw się, jeśli na ławce obok przysiądzie sroka, a z trzcin wyskoczy kaczka. To nie tylko muzeum – to żywe miejsce, gdzie historia i przyroda idą pod rękę.
Na rynku zaś nie brakuje gwaru. W czasie Święta Jabłka ludzie śmieją się, jedzą szarlotki i rozmawiają tak, jakby znali się od zawsze.
Nie ma tu pośpiechu. Jest serdeczność. I ten moment, gdy myślisz: „kurczę, takiej Polski chcę więcej”.
Zamek w Czersku – strażnik dawnych czasów
Parę kilometrów dalej – ruiny zamku w Czersku. Czerwone mury, trzy wieże i echo historii, które niesie się po Wiśle. Kiedyś była tu potężna twierdza, dziś zostały ślady – ale jakie! Wchodzisz na mur, patrzysz na dolinę i rozumiesz, czemu książę Janusz Starszy wybrał właśnie to miejsce.
W weekendy zamek ożywa. Przyjeżdżają rekonstruktorzy, pachnie dymem i pieczonym mięsem, dzieci strzelają z łuku, a rycerze tłuką się mieczami, aż iskry lecą. Słowem – historia żyje i ma się dobrze.
Z jabłkiem w dłoni
Mazowsze ma w sobie coś, czego nie da się znaleźć w żadnym modnym kurorcie – szczerość. Tu ludzie nie udają. Tu słońce naprawdę piecze, jabłka naprawdę dojrzewają, a rozmowy przy stole naprawdę coś znaczą.
Wracając do Warszawy, miałem w kieszeni jabłko, które dostałem od jednej z gospodyń. Powiedziała:
„Zjedz pan w drodze, żeby pamiętać, gdzie pan był”.
Zjadłem. I pamiętam. Bo na Szlaku Jabłkowym nie tylko się smakuje Polskę – tu się ją naprawdę czuje.
