Z Polskiego Festiwalu Muzyczno -Turystycznego w Buxton – relacjonuje Roderyk Więcek

Wydarzenie pod patronatem Magazynu Świat Podróże i Kultura

Jak spotkać w sercu Anglii polską duszę? Wystarczy odwiedzić Festiwal Muzyczno-Turystyczny w Buxton, by przekonać się, że Polska nie kończy się na Polsce. Wrześniowa aura w hrabstwie Derbyshire potrafi być kapryśna, ale to nie zniechęciło rodaków i ich przyjaciół, którzy przybyli tu z różnych zakątków Wysp. Wśród wzgórz Peak District, w cieniu legendarnego Grzbietu Smoka, rozbrzmiała muzyka, poezja i śmiech a razem z nimi coś, co można nazwać wspólnotą wędrujących serc.
Przez trzy dni Buxton stało się polską enklawą miejscem spotkań, rozmów, wspólnego śpiewania i wspomnień. W obszernym namiocie na scenie pojawili się znani i lubiani: Magda Turowska z poruszającym utworem Rzeki snu, Tomasz Lewandowski bard z Krakowa, Magda Czuła z Londynu, Wiesław Meronk, Konrad Staniszewski, Aga Maj Lubczyńska i inni. Nad wszystkim  unosiła się energia, też grającego i śpiewającego na scenie Andre Gaja pomysłodawcy, organizatora i dobrego ducha festiwalu.

„Brakowało nam tego na ziemi angielskiej” – rozmowa z Andre Gajem

Roderyk Więcek: Skąd wziął się pomysł na stworzenie Polskiego Festiwalu Muzyczno-Turystycznego w Buxton?
Andre Gaj: Wszystko zaczęło się dawno temu, jeszcze w czasach szkoły podstawowej. Miałem wtedy wyjątkowego nauczyciela muzyki, pana Andrzeja Betkę, który zaszczepił we mnie miłość do muzyki i do gór. Od dwunastego roku życia muzyka i turystyka idą ze mną w parze.
Inspiracją był brak takich wydarzeń tutaj, w Anglii. Pomysł narodził się rok temu, podczas festiwalu Olki Bacińskiej w Wąbrzeźnie. Po rozmowach z artystami z Polski i Wielkiej Brytanii zrozumieliśmy, że czas zrobić coś swojego. W Polsce niemal co weekend odbywa się jakaś impreza muzyczno-turystyczna, a tu pustka. No więc… zrobiliśmy to!

Dla wielu osób piosenka turystyczna to ognisko i gitara. Dla Ciebie to coś więcej?
A.G.: Zdecydowanie. Wspólne śpiewanie przy ognisku to tylko początek. Najważniejsza jest wspólnota to, że ludzie są blisko siebie. Na festiwalu wcale nie trzeba siedzieć przy ogniu, wystarczy stać razem pod sceną i już ta więź się tworzy. Jak powiedział Alex Marwood: „Nie chodzi o posiadanie więcej rzeczy, ale o stworzenie ciepłego schronienia dla tych, których się kocha.”
A.G.: Taka jest idea tego wydarzenia łączyć ludzi, tworzyć przestrzeń dla przyjaźni i muzyki, w której każdy znajdzie coś dla siebie.

Widać, że stawiasz na muzykę z przesłaniem, na autorskie brzmienia.
A.G.: Tak, zależy nam na pokazaniu, że poezja śpiewana to nie tylko Stare Dobre Małżeństwo i Wolna Grupa Bukowina. To żywa, różnorodna scena od poetyckich ballad po rap, który przecież też jest formą poezji. Chcemy przełamywać stereotypy, że ta muzyka jest „niszowa” czy „smutna”. Ona może być radosna, wspólnotowa i bardzo współczesna.
Muzyka, wspólnota i… brak internetu

Wspólnota, o której mówisz, to też spotkanie pokoleń.
A.G.: Dokładnie. Festiwal jest prorodzinny. Dzieci odkładają telefony, znikają na kilka dni z sieci i są szczęśliwe. Mówią potem: „Nie wiedzieliśmy, że można tak dobrze się bawić bez internetu.” To dla mnie największa nagroda.

Kto wystąpił w tym roku?
A.G.: Wspomniana Magda Turowska, Tomasz Lewandowski, Magda Czuła, wielu lokalnych artystów. Każdy wniósł coś swojego. A ja sam też tworzę po latach przerwy wróciłem do muzyki. Napisałem piosenkę dla mojej mamy, po jej śmierci. Zaczęło się od tego emocjonującego utworu, a dziś kończę nagrywanie płyty.

Festiwal bez granic

Czy festiwal jest skierowany głównie do Polonii, czy także do Brytyjczyków?
A.G.: Jesteśmy otwarci na wszystkich. Wielu Anglików interesuje się naszą kulturą, muzyką, kuchnią – zwłaszcza pierogami! (śmiech) W przyszłości chcemy zapraszać artystów z innych krajów. To ma być most między ludźmi, nie mur.

Co było najtrudniejsze przy organizacji takiego przedsięwzięcia?
A.G.: Najtrudniejsze? Chyba to, że ostatecznie zostałem z tym sam. Oczywiście z pomocą wielu wspaniałych osób Kingi Rewald, Agnieszki Urbańczyk i innych ale ciężar decyzji, logistyki, szukania namiotu, zaplecza, wszystkiego spoczywał na mnie. Udało się jednak dzięki życzliwości ludzi. Właścicielka pola, na którym odbywa się festiwal, pokochała nas od razu. Powiedziała: „Macie w sobie tyle dobra, że to musi się udać.”

A co dalej?
A.G.: Mamy już termin kolejnych edycji ostatni weekend maja. W przyszłym roku festiwal odbędzie się wtedy akurat po nim przypada „bank holiday”, więc ludzie będą mogli spokojnie odpocząć po wydarzeniu, bo to są w Anglii specjalne dni wolne. To będzie stała tradycja. Chcemy, by Buxton stało się miejscem spotkań ludzi, którzy kochają góry, poezję i muzykę.

To tu poczujesz, że „natura jest receptą na wszystko” – rozmowa z Kingą Rewald

Roderyk Więcek: Kingo, odpowiadasz za turystyczną część festiwalu. Co można zobaczyć w okolicach Buxton?
Kinga Rewald: To jedno z najpiękniejszych miejsc w Peak District pełne zieleni, dolin i wzgórz. Najsłynniejszy szlak prowadzi przez tzw. Grzbiet Smoka, a nasz festiwal odbywa się tuż obok. Nie są to góry w polskim sensie, raczej malownicze wzgórza idealne do pieszych wędrówek i kontemplacji natury.

Prowadzisz też grupy turystyczne na co dzień?
K.R.: Tak. Organizuję jednodniowe wypady, głównie dla Polaków mieszkających w Anglii. Ogłaszam się w polskich grupach, takich jak Turystyczni UK. Zwykle przychodzi około 70 osób z całej Anglii! Każdy przyjeżdża własnym transportem, płaci tylko za parking. Chodzi o integrację, wspólne bycie w naturze i oderwanie się od codzienności.

 Czego najbardziej Ci brakuje z Polski?
K.R.: Ciszy. Moi rodzice mieszkają w środku lasu, w Polsce. Tam można wyjść z kawą w piżamie i nie zobaczyć nikogo przez cały dzień. Tu tego nie ma, dlatego tak mnie ciągnie do natury. Na co dzień pracuję jako kurator społeczny, więc potrzebuję tego oddechu. Natura naprawdę leczy. Tak jak tu pod Grzbietem Smoka na naszym Festiwalu.

Powrót do źródeł

Kiedy wieczorem festiwalowe światła gasną, a nad Peak District unosi się mgła, słychać jeszcze echa polskich piosenek. Wśród namiotów i parujących kubków herbaty czuć coś, co trudno opisać słowami poczucie, że mimo tysięcy kilometrów od kraju, Polska wciąż żyje w sercach ludzi.
Takie festiwale jak ten w Buxton przypominają, że wspólnota nie potrzebuje granic, a muzyka i natura potrafią być najlepszym językiem porozumienia. Tak sobie myślę, że warto tu wrócić, bo jest tu coś czego nie da się oddać słowem.