„Miasto moje, w którym anioł mówi po żydowsku, po polsku i po rusku…” pisał Józef Czechowicz w „Poemacie o mieście Lublinie”.
Dziś wędruję po tym wyjątkowym mieście, odkrywając kolejne warstwy,
naniesione przez czas, pokolenia mieszkańców i architekturę.
Lublin to miasto historii – tej, która tworzyła Europę. To właśnie tu, na wzgórzu zamkowym, w 1569 roku podpisano unię lubelską, łącząc Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie w jedno państwo – Rzeczpospolitą Obojga Narodów. W tym samym miejscu, gdzie przed wiekami ścierały się wpływy kultur i języków, dziś spotykają się turyści, artyści i mieszkańcy w poszukiwaniu echa przeszłości.

Teraz Lublin znów zachwycił świat. Brytyjski dziennik „The Independent” nazwał go „najlepiej strzeżonym sekretem Europy Wschodniej” i umieścił na liście najciekawszych miejsc do odwiedzenia w 2025 roku. Trudno się dziwić – bo Lublin to podróż w czasie i przestrzeni, w której każdy budynek, każdy zapach i dźwięk opowiada własną historię. A już za kilka lat, w 2029 roku, miasto stanie się Europejską Stolicą Kultury – co brzmi nie jak tytuł, lecz potwierdzenie tego, czym od zawsze był: miejscem spotkania kultur, idei i ludzi.

Romańskie początki

Zaczynam na Wzgórzu Zamkowym. Neogotycki Zamek Lubelski, dziś siedziba Muzeum Narodowego w Lublinie, kryje w sobie serce o wiele starsze. W romańskim donżonie, najstarszym zabytku miasta, wciąż słychać echo jego narodzin. Był świadkiem bitew, rozbiorów, okupacji, a potem – odrodzenia. Zamkowy dziedziniec pachnie kamieniem i deszczem. Wchodzę do sal, gdzie czas się zatrzymał. Przy stole Trybunału Koronnego – czarcia łapa, legenda o sprawiedliwości silniejszej niż ludzie.

W muzealnym półmroku błyszczą płótna Matejki i Chełmońskiego – wspomnienie dawnej Polski. Dalej – Tamara Łempicka i jej „Ponad granicami”. Kobiety z jej obrazów patrzą z dystansem, ale i ogniem, jakby wiedziały, że w pięknie kryje się wolność.

Tuż obok wczesnogotycka Kaplica Trójcy Świętej, uhonorowana Znakiem Dziedzictwa Europejskiego perła, świadek spotkania Wschodu z Zachodem. Bizantyńsko-ruskie freski Jagiełły łączą duchowość z kunsztem geometrycznych kompozycji. Kiedy światło wpada przez wąskie okna, złoto i błękit drgają jak oddech.

Renesans lubelski

Zamkowy dziedziniec zostaje za mną. Schodzę ku Bramie Grodzkiej – tej samej, przez którą przez wieki przechodzili kupcy, rzemieślnicy i rabini. W środku wystawa „Lublin. Pamięć Miejsca”, która przypomina o tych, którzy odeszli. O dawnej „Jerozolimie Królestwa Polskiego”, o jesziwie słynnej na całą Europie, o drukarni, która wydała Zohar. Twarze wracają w fotografiach – tu, na wystawie i w oknach Starego Miasta, które pamięta więcej, niż my potrafimy wypowiedzieć.

Droga prowadzi ulicą Grodzką. Kamienice przy Rynku opowiadają o renesansie lubelskim – stylu, który łączy włoską harmonię z polską fantazją. Sgraffita, attyki, złocone herby, linie tak delikatne, jakby narysowane oddechem. Latem fasady odbijają muzykę i śmiech Carnavalu Sztukmistrzów, kiedy akrobaci spacerują po linach wysoko nad brukiem – tak, jak kiedyś wyobrażał to sobie Jasza Mazur, bohater Singera.

Barok

Na Krakowskim Przedmieściu barok objawia się w pełnej krasie. Archikatedra Lubelska zachwyca złotem i światłem, które przenika z ołtarza aż po kopułę. W kaplicy Akustycznej szept staje się modlitwą, a freski – teatralnym spektaklem wiary. Kilka kroków dalej stoi bazylika Dominikanów z relikwiami Drzewa Krzyża Świętego. W krużgankach klasztoru cisza ma ciężar wieków, a zapach kadzidła unosi się jak echo dawnych procesji.

Secesja i minimalizm

Z Placu Litewskiego ruszam w stronę dawnego gmachu Kasy Przemysłowców Lubelskich. Witraże, mozaiki, żeliwne balustrady tworzą serce lubelskiej secesji. To sztuka dla uważnych. Obok stoi Hotel Europa, dawny salon miasta, i Teatr im. Osterwy – świadek słynnych premier, gromkich oklasków i pierwszych miłości artystów.

Wieczorem zaglądam do Centrum Spotkania Kultur – budynku, który łączy beton, szkło i światło z poetycką przestrzenią. To dzieło Bolesława Stelmacha – architekta, który od lat kształtuje nowoczesną przestrzeń Lublina. Pachnie papierem wystaw, kawą z kawiarenki i świeżo polerowaną podłogą sal widowiskowych. Wchodzę powoli, wsłuchując się w echo własnych kroków – a zarazem w puls miasta: tu organizowane są wystawy, koncerty, spotkania literackie. Z tarasu można obserwować rytm miasta i poczuć, że czas w Lublinie ma inny puls: wolniejszy, uważniejszy, pełen zapachów lip i historii. W restauracji „Za Kulisami” kelner poleca wino z winnic z Lubelszczyzny i mówi: „To też część naszego pejzażu”. Ma rację.

Kalejdoskop

W restauracji Bona zamawiam aromatyczny barszcz ukraiński, a potem schodzę do Podziemi Browaru Perła. Przewodnik opowiada o mistrzach piwowarstwa i o piwie, które dawniej warzono tu dla żołnierzy Napoleona – opowieść barwna, choć niepotwierdzona historycznie. Wieczorem zaglądam do Perłowej Pijalni Piwa. Wnętrze wypełnia zapach chmielu i ciepło bursztynowego światła, a rozmowy i śmiech mieszają się z odgłosem stukających szklanek. Moim oczom ukazuje się imponująca ciekawostka – najdłuższy bar w Polsce, ponad 30-metrowy, zbudowany z beczek piwa, które niegdyś warzono w Browarze Perła. Stojąc przy nim, czuję żywą energię miasta – jakby każdy kufel, każdy łyk to osobna opowieść o Lublinie, pełna pasji i śmiechu.

Rano jadę do Kozłówki – do Muzeum Zamoyskich, jednego z najlepiej zachowanych pałaców w Polsce. Jego skarbem są marmury, sztukaterie, portrety. Kolejnym kierunkiem jest Poleski Park Narodowy i ścieżka Perehod prowadząca przez mgły i torfowiska. Panuje tu cisza tak głęboka, że słychać własne serce. W Urszulinie zaglądam do parkowego Ośrodka Dydaktyczno-Administracyjnego – miejsca, gdzie w „żłobku” dla żółwia błotnego brązowe maluszki suną w wodzie, ucząc się cierpliwości i szacunku dla życia.

Nowoczesność

Wieczorem wracam do Lublina. Nowy Dworzec Metropolitalny błyszczy szkłem i stalą. Nie przytłacza, lecz zaprasza. Architektura mówi tu językiem człowieka: jasnym, otwartym, pełnym oddechu. Projekt warszawskiej pracowni Tremend zdobył World Architecture Festival Award 2024 w Singapurze, nagrodę nazywaną „architektonicznym Oscarem”. Jury uznało, że lubelski dworzec to nie tylko nowoczesny węzeł komunikacyjny, lecz także symbol nowej wrażliwości – miejsca, w którym podróż zaczyna się od piękna.

W hotelu Hampton by Hilton rozmawiam z recepcjonistką. „Lublin zmienia się, ale bez pośpiechu – mówi. – Tu wszystko dojrzewa jak wino”.

Na koniec dnia – Mandragora. W żydowskiej restauracji na Rynku pachnie miodem, cebulą i wspomnieniami. Pan Józef, czarujący kelner z czterdziestoletnim stażem, uśmiecha się do mnie: „Lublin jest jak cebularz. Ma warstwy. Im głębiej się wgryziesz, tym bardziej czujesz jego smak”.

Patrzę na bruk, na wieżę Trynitarską, na mgłę nad Placem Litewskim. Lublin nie jest skansenem. To miasto, które rośnie z kamienia i pamięci. I jak w wierszu Czechowicza – wciąż śni o sobie. I o nas.