Kiedy bierze się do ręki „Pocztówki ze Skandynawii” Tomasza Dudy, ma się wrażenie, że ktoś otwiera przed nami drzwi do swojego bardzo osobistego świata. Nie jest to książka napisana „pod turystę” ani przewodnik, który odhacza punkty na trasie. To raczej zapiski człowieka, który na Północy zostawił kawałek serca i teraz próbuje go nam pokazać – bez pośpiechu, bez nachalnej dydaktyki, za to z ogromną czułością.
Duda od lat opowiada o Skandynawii na antenie Radia Super FM i wiele z tych radiowych historii znalazło swoje miejsce w książce. Jednak w formie pisanej zyskują inną głębię. Stają się spokojniejsze, bardziej osobiste, trochę jak rozmowa prowadzona późnym wieczorem przy kubku gorącej herbaty, kiedy za oknem szumi deszcz, a człowiekowi łatwiej podzielić się czymś ważnym.
Skandynawia w tej książce nie jest zbiorem atrakcji. Jest żyjącą przestrzenią – czasem surową, czasem łagodną. Pachnie mokrym kamieniem, słonym powietrzem i żywicą z nadmorskich lasów. Miejsca, o których pisze autor, nie są „naj” ani „must-see”. To raczej zakamarki, do których trafia się trochę przypadkiem, trochę intuicyjnie. Autor opisuje je tak, jakby sam się tam zatrzymał na moment dłużej, bo coś go poruszyło: kolor światła, cisza między dwiema falami, kawałek legendy usłyszanej od kogoś w drodze.
W kilku rozdziałach czuć wyraźnie nordycką mitologię, ale nie w patetyczny sposób. To raczej sugestia, że w tych krajobrazach naprawdę łatwo uwierzyć w bogów spacerujących po górach czy w elfy kryjące się w mchu. Duda nie udaje, że wszystko wie. Czasem tylko zadaje pytania, czasem zostawia przestrzeń na domysł. I to działa – dzięki temu czytelnik ma wrażenie, że również uczestniczy w tej opowieści.
To książka dla tych, którzy kochają Północ – ale też dla tych, którzy dopiero jej spróbowali albo wciąż się wahają. Nie ma tu nachalnych zachęt ani turystycznych sloganów. Jest za to cicha pewność: że Północ warto przeżyć po swojemu, bez pośpiechu. I że opowieści – nawet te niewielkie, radiowe, „codzienne” – potrafią otworzyć oczy na coś, co normalnie przegapiamy.
Po przeczytaniu „Pocztówek ze Skandynawii” zostaje poczucie, że przejechało się przez te krainy razem z autorem. Bez mapy. Bez stresu. Trochę intuicyjnie, trochę emocjonalnie.
To nie jest książka do odłożenia na półkę.
To książka, do której będzie się wracać – jak do ulubionego miejsca, w którym kiedyś było się naprawdę szczęśliwym.
