Wczoraj oglądałam wystąpienie uczestników programu “Europa da się lubić” w „Pytaniu na śniadanie” i skłoniło mnie to do refleksji, czy taka forma promocji innych krajów nie była czymś, czego dziś brakuje nam w bezosobowych reklamach. Sama przekonałam się o tym, gdy na swoich stronach internetowych publikowałam wywiady i rozmowy z właścicielami polskich zabytków historycznych — ludzie chcą widzieć autentycznego człowieka, który mierzy się z codziennymi problemami, by móc przekazać majątek przodków kolejnym pokoleniom. Liczba komentarzy i ich merytoryczny poziom przerosły wszelkie moje oczekiwania.
Przejdźmy jednak za kulisy powstawania programu. Aby nie trzeba było się zastanawiać, kiedy to było — pierwsza edycja talk-show była emitowana w roku, w którym promowano przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, a kontynuacja nastąpiła 15 lat później. Program prowadziła Monika Richardson.
Z pewnością pamiętacie Kevina Aistona, strażaka z Wielkiej Brytanii, który łączył obie edycje. I oczywiście — znów błyszczał.
Zjadała mnie ciekawość, na ile wszystko było przygotowane, a na ile autentyczne. Czy zwracano uwagę na tematy, sposób wypowiedzi, czy była to po prostu nieokiełznana show.
Dlatego poprosiłam Ivanę Bílkovą, która była uczestniczką pięciu programów drugiej edycji, o zakulisowe plotki. Znamy się prawie dwadzieścia lat, więc będziemy mówić sobie na „ty”.
DO: Kiedy wczoraj widziałam, jak uczestnicy swobodnie rozmawiają, a prowadzący się śmieją i nawet nie zadają pytań, wróciłam myślami do programu. Jak trafiłaś do programu?
IB: Zupełnym przypadkiem. Zadzwonili do mnie z telewizji z pytaniem, czy nie przyszłabym powiedzieć czegoś o kulturze, gastronomii i zwyczajach. Ponieważ miało to być „na ulicy”, myślałam, że to klasyczny program śniadaniowy, do których chodziłam prezentować ofertę CzechTourism. To, że słyszałam co drugie słowo, wynikało też z faktu, że przyszłam do telewizji dzień wcześniej.
DO: Kiedy więc przyjechałaś w terminie, na który cię zaproszono, co się działo?
IB: Na miejscu dowiedziałam się, że to casting. Gdybym wiedziała wcześniej, byłabym zdenerwowana i coś bym sobie przygotowała, jak niektórzy uczestnicy. W grupie pięciu osób wchodziliśmy na rozmowę z Moniką Richardson. Pani Monika rzucała temat, a my mieliśmy swobodnie włączyć się do dyskusji. Jak dowiedziałam się później, sprawdzano, czy dobrze rozumiemy po polsku, jak jesteśmy błyskotliwi, dowcipni i czy potrafimy reagować na innych. Przyznam, że byłam w szoku, że mnie wybrano — byli tam uczestnicy bez akcentu, którzy wydawali mi się świetni.
DO: I wtedy zaczęły się nagrania?
IB: Nie tak szybko. Dostaliśmy temat i zakres możliwych pytań. Każdy miał w domu przygotować odpowiedzi. Potem pojechaliśmy do telewizji, gdzie siedzieliśmy z producentami odcinka i jeden po drugim odpowiadaliśmy na wcześniej przesłane pytania. Gdy ktoś z zespołu zawołał: „O, to jest dobre!”, padało: „Na to pytanie odpowiesz ty”. Trwało to około dwóch godzin. Po kilku dniach rozpoczęły się nagrania. Przyjechaliśmy rano, znów przez około trzy godziny odpowiadaliśmy na pytania i wszystko szlifowaliśmy. Około południa szybki obiad i do charakteryzacji, a potem do stylistów, by wybrać ubrania. Buty, co prawda, przynosiłam własne.
DO: A potem już na plan?
IB: Tak. Przyszła publiczność, zespół muzyczny, później jeszcze dołączał gość a my — piękni po rękach specjalistów. I zaczęło się nagrywanie. Tylko że kreatywność nas nie opuszczała, więc często efekt końcowy nie odpowiadał scenariuszowi, który tak długo ćwiczyliśmy.
DO: Jak długo trwało nagranie z publicznością?
IB: Około trzech–czterech godzin. Potem montowano to do jednego godzinnego odcinka.
DO: Czy mówi się o powrocie tego samego lub podobnego programu?
IB: Tak, mówiło się o tym, ale na razie to raczej rozważania, czy wszystko nie zmieniło się na tyle, że program nie byłby już atrakcyjny dla widzów.
DO: Osobiście uważam, że to wielka szkoda, bo radość jest zaraźliwa, a wszyscy jej potrzebujemy.
IB: Całkowicie się zgadzam. Spójrz, jak ludzie chętnie jeżdżą na różne wydarzenia, gdzie panuje wesoła atmosfera. Przecież w sobotę 31 stycznia odbywa się zapust (Masopust) w kraju pardubickim i pamiętam, że każdy dziennikarz wspomina, że tam był. Wesołe diabły smarujące twarze sadzą, gospodynie z chałup oferujące coś do jedzenia i na rozgrzewkę. Radość ze wspólnego bycia razem i świetnej zabawy.
Nie pozostaje mi nic innego, jak dodać, że powinniśmy czerpać radość z poznawania nowego.
Z Ivaną Bílkovą rozmawiała Dorota Olendzka
