Jest jednym z najwyżej położonych miast na świecie. Założone przez Hiszpanów w XVI wieku, przez ponad 200 lat było potęgą górniczą i prężnie rozwijającJest jednym z najwyżej położonych miast na świecie. Założone przez Hiszpanów w XVI wieku, przez ponad 200 lat było potęgą górniczą i prężnie rozwijającą się metropolią, liczącą ponad 150 tysięcy mieszkańców — więcej niż ówczesny Paryż czy Londyn. Bogactwo Potosi było jednak okupione śmiercią rdzennych mieszkańców i niewolników z Afryki, pracujących w pobliskich kopalniach. Po wyczerpaniu złóż srebra miasto podupadło, ale dziś nadal zachwyca kolonialnymi budynkami i regionalną kuchnią.ą się metropolią, liczącą ponad 150 tysięcy mieszkańców — więcej niż ówczesny Paryż czy Londyn. Bogactwo Potosi było jednak okupione śmiercią rdzennych mieszkańców i niewolników z Afryki, pracujących w pobliskich kopalniach. Po wyczerpaniu złóż srebra miasto podupadło, ale dziś nadal zachwyca kolonialnymi budynkami i regionalną kuchnią.

Do Potosi przyjeżdżamy lokalnym autobusem z Sucre – konstytucyjnej stolicy Boliwii. Ostrożnie opuszczamy pojazd, bo znajdujemy się na wysokości prawie 4000
m n.p.m. Tu nawet zwykły spacer wymaga większego wysiłku niż na nizinach. Odczuwam lekkie zawroty głowy, ale staram się nie robić gwałtownych ruchów. Na takich wysokościach do organizmu trafia mniej tlenu, co sprawia, że szybciej pojawia się zmęczenie.

Łapiemy taksówkę i zjeżdżamy do centrum miasta. Mijane budynki przyklejone są niemal do zbocza Andów. Stare Miasto jest mocno nadszarpnięte zębem czasu, ale to właśnie tutaj i w La Paz najbardziej odczuwa się klimat prawdziwej Boliwii. Pomalowane na kolorowo ściany kolonialnych budynków przypominają o dawnej świetności Potosi. Można zobaczyć tu m.in. Mennicę (La Casa de Moneda), główny plac – Plaza 10 de Noviembre, Klasztor św. Teresy i Katedrę Metropolitarną. Dziś to jednak trochę zapomniane miasto i aż trudno uwierzyć, że jeszcze 300 lat temu było jednym z najbogatszych na świecie. Od 1987 roku Potosi znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest jednym z najlepiej zachowanych kolonialnych miast w Ameryce Południowej. I jednym z moich ulubionych.

Siadamy w klimatycznej restauracji niedaleko głównego placu. Zamawiamy herbatę z liści koki – która ma łagodzić objawy choroby wysokościowej – a także lokalny specjał. Calapurca (kalapurka) to rozgrzewająca, sycąca zupa na bazie mięsa, ziemniaków, kukurydzy, przypraw i papryczki chili. W dawnych czasach Indianie gotowali ją na gorących wulkanicznych kamieniach. Dziś – ku uciesze turystów – podawana jest w garnku z kamieniem w środku. Mieszkańcy często jedzą ją na śniadanie. Palce lizać!

Zaglądamy też na niewielki bazar, gdzie autochtonki sprzedają wyroby rękodzielnicze, wypieki, przyprawy i oczywiście liście koki. Cena za woreczek – w przeliczeniu – 50 groszy.

Wieczorem ból rozsadza mi głowę. Niestety dopadła mnie choroba wysokościowa. Biorę lek, po którym na kilka chwil tracę świadomość, a i tak nie pomaga. Ratuję się ibuprofenem. Rano już na szczęście jest lepiej. Dziś zamierzamy zobaczyć słynną kopalnię Cerro Rico, która pochłonęła życie wielu rdzennych mieszkańców i czarnych niewolników.

Zanim wejdziemy na teren Cerro Rico, robimy jeszcze drobne zakupy dla górników, kupujemy też podarki dla podziemnego boga – El Tio. Po chwili każdy z nas niesie reklamówkę z napojami gazowanymi, papierosami, liśćmi koki i dynamitem – do dziś używa się go podczas pracy. Na miejscu zakładamy na siebie nie tylko robocze ubrania, ale też kaski z latarkami czołowymi i razem z przewodnikiem wchodzimy na teren Cerro Rico. Samodzielne zwiedzanie jest niemożliwe. Bezpieczeństwo przede wszystkim.

Podziemny bóg lubi używki
Cerro Rico (Bogata Góra) znajduje się na wysokości 4782 m n.p.m. Podobno srebro wydobywali tu już Inkowie, ale dopiero od przybycia Hiszpanów prace górnicze ruszyły pełną parą. Hiszpańscy konkwistadorzy do perfekcji opracowali system la mita – niewolniczej, przymusowej pracy. Europejscy misjonarze nazywali kopalnie „czeluściami piekieł”. W latach 1556–1783 wydobyto tu aż 45 tysięcy ton srebra. Kruszec transportowano drogą morską do Sewilli. Gdy w XVIII wieku złoża srebra się wyczerpały, miasto zaczęło podupadać.

Dziś nadal większość mieszkańców żyje z górnictwa, ale wydobywa się głównie cynę, cynk i miedź. Średnia długość życia górnika to 40–45 lat. Nasz przewodnik Wilfredo ma około 50 lat. Całe życie pracuje w kopalni. Tu zginął jego ojciec, także górnik. Praca w ekstremalnych warunkach – na dużych wysokościach, a do tego w pyle i kurzu – jest ogromnym obciążeniem dla organizmu. Wielu górników umiera przedwcześnie z powodu chorób płuc. Jeszcze 15 lat temu w kopalniach dozwolona była praca dzieci. Obecnie też się zdarza, że górnikami zostają nastolatki. Wynagrodzenie jest wyższe niż w innych branżach, dlatego chętnych do pracy nie brakuje.

Potosi to nie tylko nazwa miasta, ale też regionu (departamentu). W sumie w kopalniach jest zatrudnionych około 15 tysięcy górników. Sami kupują materiały ochronne i dynamit, dlatego cieszą się z prezentów od turystów. Nie wiadomo, ilu górników zginęło tu w czasie hiszpańskiego panowania. Źródła nie są zgodne. Niektóre mówią o setkach tysięcy, ale można też znaleźć informację, że we wszystkich kopalniach w Nowym Świecie życie mogło stracić nawet 8 milionów osób.

W kopalni jest parno i duszno. Choć mamy latarki, widoczność sięga zaledwie kilku metrów. Nagle nasz przewodnik każe nam przysunąć się jak najbliżej ściany. W oddali słychać narastający hałas. Po chwili pojawiają się górnicy pchający wagon. Jeden waży około 1,5 tony. Policzki górników wypchane są liśćmi koki. To święta roślina andyjskich ludów. Łagodzi problemy żołądkowe, dodaje energii i sprawia, że znika uczucie głodu. Górnikom nie wolno jeść w trakcie pracy. Dlatego napoje i liście koki są na wagę złota.

Idąc labiryntem ciemnych korytarzy, dochodzimy do boga podziemia – El Tio. Tu górnicy przychodzą przed pracą, prosząc o bezpieczny powrót. Nazywany pieszczotliwie „wujaszkiem”, czczony jest podobno od czasów prekolumbijskich. Bóg lubi używki. Nie pogardzi papierosami, liśćmi koki i gazowanymi napojami. Często polewany jest spirytusem.

Zakurzeni i spoceni wychodzimy na powierzchnię. Dojeżdżamy do centrum Potosi, żeby jeszcze raz pospacerować urokliwymi ulicami. Miasto może być dobrą bazą wypadową
do innych atrakcji Boliwii. Kolonialne Sucre, nazywane „białym miastem”, oddalone jest o 150 km. Do Uyuni – skąd ruszają wycieczki na największą solną pustynię świata (Salar de Uyuni) i do Narodowego Rezerwatu Fauny Andyjskiej Eduardo Avaroa – przejazd zajmuje około pięciu godzin.

Popijając herbatę z koki, spoglądamy na Bogatą Górę. Cerro Rico widać z daleka – dominuje nad Potosi. Wciąż daje mieszkańcom źródło utrzymania, a jednocześnie pozostaje niemym świadkiem ludzkich tragedii. Przypomina o trudnej historii tego wyjątkowego miasta i regionu.